books on my mind: Lionel Shriver "Musimy porozmawiać o Kevinie"

czwartek, 15 marca 2012

Lionel Shriver "Musimy porozmawiać o Kevinie"

 
„Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver z całą pewnością nie jest książką łatwą. Nie jestem fanką książek w formie listów, do tego bardzo małe literki sprawiały, że przez pierwsze 60 stron nie mogłam się w tę powieść wciągnąć. I nagle zaskoczyło. Nie mogłam przestać czytać, a teraz nie mogę przestać o niej myśleć.
Eva Khatchadourian jest kobietą szczęśliwą i spełnioną. Udało jej się wyrwać z opiekuńczych ramion neurotycznej matki. Jako przeciwwagę dla matczynej agorafobii wybiera kosmopolityczny styl życia – jeździ po świecie, tworząc serię popularnych przewodników. Uwielbia swoją pracę. Nieco po trzydziestce poznaje amerykańskiego do szpiku kości Franklina Plasketta. Tych dwoje ludzi o całkowicie odmiennej filozofii życiowej, innych celach i marzeniach decyduje się na wspólne życie i są bardzo szczęśliwi.
Dlaczego w tym momencie zdecydowali się na dziecko? Dla Franklina było ono naturalnym dopełnieniem ich rodziny, dla Evy było środkiem do uszczęśliwienia Franklina. Do tej pory nieco nieuchwytna, wymykająca się konwenansom kobieta zostaje zamknięta w pułapce ciąży. Korzystając z sytuacji mąż ogranicza jej wolność. Dziecko w jej brzuchu jest symbolem tego co straciła, jest strażnikiem jej więzienia. Czy potrafimy pokochać strażnika? Eva nie potrafiła. A Kevin nigdy niczego nie ułatwiał. Wrzeszczący niemowlak, trudne dziecko, paskudny nastolatek. Piekielnie inteligentny, całe życie systematycznie uczył się manipulowania ludźmi. Nie było nikogo, kto nie nabrał się na jego sztuczki. Nikogo, poza jedną osobą, jedyną, której aprobaty potrzebował, własną matką.
Cała sytuacja prowadzi do ogromnej tragedii. Kevin odbiera swojej matce wszystko, na czym jej zależało, a co mogło odwracać jej uwagę od niego. Sprawił, że jedynym co jej pozostało, był on sam. Teraz w końcu ma to, o czym marzył od małego – życie matki koncentruje się na nim. Czy to dobry moment, żeby przestać grać?
„Musimy porozmawiać o Kevinie” jest kłębowiskiem emocji. Razem z Evą przechodzimy przez wszystkie meandry jej trudnego macierzyństwa. Wszystko w tej książce jest tylko tłem dla relacji matki z synem. Dla Kevina wszystko i wszyscy, poza matką, są tylko rekwizytami w jego grze o matczyną uwagę. Ma tylko jednego widza – Evę.
Czy Kevin był wcielonym złem? Czy ludzie tacy się rodzą, czy tak ich kształtują rodzice? W tej książce nie znajdziecie odpowiedzi. Najlepiej zastanawiać się nad tym, patrząc na małe dzieci. Większość tych niegrzecznych, to po prostu dzieci źle wychowane. Ale czasem, bardzo rzadko, zdarza się dziecko z natury złe. Jaki był Kevin? Nie można całej winy zwalać na Evę (chociaż ona tę winę z pokorą na siebie brała). Postawa Evy „to dziecko to zło wcielone, już od niemowlaka” nie jest wcale taką rzadkością. A jednak w Kevinie nie było nic dobrego. Nie miał momentów, w których pozwoliłby matce się pokochać. Sam nie kochał także dobrego dla niego ojca (wręcz nim gardził). Doceniał to, że matka widzi go prawdziwego, ze zna go, że wie, jaki jest. Chciał tylko, żeby wiedząc to wszystko zaakceptowała go.
Na pewno swój udział w rozwoju Kevina miała także postawa Franklina. Jak można być tak ślepym i bezkrytycznym wobec własnego dziecka? Jak można tak bardzo żyć wizją swojej wymarzonej rodziny? Franklin nie był dobrym ojcem, ani dobrym mężem. Dziwię się Evie, że godziła się na serwowane jej raz za razem upokorzenia. Jak mogła po tych wszystkich latach szanować swojego męża? Czasem lepiej być samotną matka, niż mieć w domu takie „wsparcie”. Lepiej samemu podejmować decyzje wychowawcze, niż ponosić odpowiedzialność za czyjąś ślepotę.
„Musimy porozmawiać o Kevinie” jest książką przejmującą. Kompletnie wgniotła mnie w fotel. Ze zdumieniem przeczytałam, że to nie jest jedyna powieść Lionel Shriver – miałam wrażenie, że gdybym ja napisała taką książkę, to byłabym po niej kompletnie wypalona. Nie mogłabym już nigdy napisać ani słowa. Bo w tej książce zostało powiedziane wszystko.

Lionel Shriver, Musimy porozmawiać o Kevinie, Videograf II, 2008

22 komentarze:

  1. naprawdę sądzisz, ze zdarzają się dzieci z natury złe?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem wstrząśnięta twoją recenzją. Koniecznie muszę przeczytać tę książkę, albo chociaż film obejrzeć (ponoć Tilda jest genialna). I zgadzam się z Tobą co do złych z natury dzieci. Coś musi być na rzeczy. W końcu psychopaci często wywodzą się z normalnych domów, a żadna toksyczna matka samą swoją toksycznością hitlerów i stalinów nie stworzy. No way! Teoria o tabula rasa nigdy mnie nie przekonywała i tyle.
    Zresztą ja tym przekonaniem, że są dzieci z natury złe, skutecznie jak na razie oddalam poczęcie potomka. Wmawiamy sobie, że się boimy, że nasze dziecko będzie złe - to dobra wymówka - dobra jak każda inna i przynajmniej oryginalna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, nie każdy jest psychopatą. Przecież to byłaby świetna linia obrony - mama mnie nie lubiła, to zabiłem 15 osób..

      Usuń
  3. moje pytanie brzmi co znaczy z natury ???:) Przez tę książkę będę musiała pogodzić się z biblioteką, z którą się z resztą wcale nie kłóciłam i wtedy będziemy sobie dyskutowały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. złe bez powodu. czekam na pogodzenie :D

      Usuń
  4. Hm, tez mi jakos trudno przyjac, ze istnieja dzieci, ktore juz rodza sie zle... musze to przemyslec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niektóre takie właśnie się rodzą

      Usuń
  5. Książki nie czytałam, ale niedawno obejrzałam film na jej podstawie - jest przejmujący, a Tilda Swinton fenomenalna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. najpierw słyszałam o filmie. teraz, kiedy już przeczytałam, to chętnie go obejrzę.

      Usuń
  6. I kolejna świetna recenzja tej książki - i jak jej tu nie przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam tę książkę na oku, bo wszyscy robią mi na nią chętkę. :) A i tematycznie jest w moim guście, więc jak dorwę to przeczytam. :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Oglądałam film, czy dałabym radę przeczytać książkę? No nie wiem, na pewno mocna jest..

    OdpowiedzUsuń
  9. Zapisuję sobie tę książkę do planowanych. Wgniotła mnie w fotel twoja recenzja...:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie czytałam książki ani nie oglądałam filmu, więc ciężko mi polemizować. Jednak Twoja recenzja zachęciła mnie do książki.
    Osobiście nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że ktoś jest z natury zły. Po pierwsze czynniki środowiskowe. Owszem nie wszyscy stają się psychopatami tylko dlatego, że matka ich nie kochała. Ale są ludzie o słabszych charakterach, różne osobowości, dzieci które odrzucone czują bunt albo inne destrukcyjne emocje. Oprócz różnych struktur psychologicznych to jeszcze są różne postrzegania świata i różne stopnie inteligencji które z pewnością też wiele zmieniają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale tu pojawia się pytanie: Czym jest "słabszy" charakter? Przecież upośledzenie zdolności odczuwania emocji jest "złem wrodzonym" i tworzy socjopatę.

      Usuń
  11. Niedawno przez blogi przetoczyła się fala recenzji książek J. Ketchuma. Pisano o nim w superlatywach, więc postanowiłam sprawdzić, kto zacz.
    Przeczytałam jego powieść "Dziewczyna z sąsiedztwa" - jeżeli nie znasz, w skrócie powiem, że to historia nastolatki zamęczonej przez popadającą w szaleństwo ciotkę i towarzyszące jej dzieciaki z sąsiedztwa.
    Powieść (poza opisami tortur dziewczyny, w których autor w jakiś obrzydliwy sposób się chyba lubuje) traktuje o problemie zła, które może się zagnieździć w każdym człowieku.
    No właśnie - nie wiem, czy zagnieździć się. Bo te dzieciaki, które ze spokojem patrzyły na to, jak ich rówieśnica jest dręczona, ba! same pomagały w tych torturach, chyba jednak były złe z natury.
    Autor niby usprawiedliwia je trudnym dzieciństwem i destrukcyjnym wpływem dorosłych, ale mnie to nie rusza.
    Niektórzy źli się po prostu rodzą, inni nigdy nie będą zdolni do jakiejkolwiek formy okrucieństwa.
    Koniec, kropka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka notek wcześniej pisałam o "Dziewczynie z sąsiedztwa". Akurat w tamtym przypadku wyślę, że to było zło wyuczone. Tamte dzieciaki mieli dorosłego, który nie stawiał im granic, a zachęcał do eskalacji agresji. Dzieci są okrutne, a rolą dorosłych jest wychowywać, wskazywać granice i uwrażliwiać. Jeśli to zawiedzie dziecko nie ma granic.

      Usuń