books on my mind

poniedziałek, 18 lipca 2022

Malgorzata Witko "Wyrka"

 


Jest taka kraina, w której wszystko jest idealne. Czas tam płynie spokojnie, wszystko jest prostsze, łatwiejsze i takie dobre, Myśląc o niej czujemy ciepło w sercu i wiemy, ze właśnie tam, właśnie w tamtym czasie jesteśmy na właściwym miejscu. To kraina dzieciństwa i naszych wspomnień. I takim właśnie miejscem jest dla bohaterów książki Małgorzaty Witko „Wyrka” – mała wieś na Wołyniu.
W tej książce trudno jest wskazać głównego bohatera. Tu każdy jest ważny, a bohaterem jest ta kresowa społeczność. Żyje ona zgodnie z prawami natury, we wzajemnej sympatii i szacunku. Do tej społeczności trafia nowe małżeństwo nauczycieli – Zosia i Michał. Bez trudu odnajdują się w Wyrce. Szybko zdobywają aprobatę miejscowych. Wyrczanie, mimo, że mieszkają na wsi, to nie są potomkami chłopów, a miejscowej szlachty, Kultywują dawne obyczaje, a w ich żyłach płynie miłość do polskości i przekazywane z pokolenia na pokolenie wartości. Nic nie zwiastuje zbliżającej się tragedii.

Pierwsza część książki, to scenki rodzajowe z życia kresowej wsi. Rozdziały, jak w “Chłopach” Reymonta, noszą nazwy por roku. Autorka barwnie opisuje miejscowe obyczaje i szczegóły z życia ówczesnych Kresowian. Maluje piękny, idylliczny obraz raju utraconego. W drugiej części powieści nazwy rozdziałów zmieniają się na Burza, Noc i w końcu Dzień. Wydarzenia stają się mroczne i straszne.
Czytałam wiele opisów wydarzeń na Wołyniu. Są one niewątpliwie dramatyczne i makabryczne, jednak często zdarzało się, że zmieniały się w wypunktowaną listę upiorności. W ten sposób czytelnik tracił z oczu ofiary, widział tylko kolejne koszmary. U Małgorzaty Witko wygląda to inaczej. Zachowała ona szacunek do swoich bohaterów, nie epatuje zbędną makabrą, ale też nie “rozmywa” tego, co się zdarzyło. To trudna sztuka, tym bardziej, że “Wyrka” powstała na podstawie wspomnień prawdziwych osób, mieszkańców tej kresowej wsi.

Książkę Małgorzaty Witko czyta się bardzo dobrze. Napisana jest w równym, ładnym stylu. Nie wiem, czy autorka ma na koncie inne książki, czy jest to jej debiut. Jeśli to pierwsza wydana powieść, to trudno to wyczuć. Styl jest dojrzały. Widać, jak wiele serca autorka włożyła w tę książkę, jak drobiazgowe informacje zbierała i jak ważne jest dla niej, żeby przekazać to czytelnikowi.
Bardzo zainteresowały mnie dalsze losy Kresowian. Straszny los, jaki zgotowała im historia i polityka. Wiara tych ludzi w Polskę, chęć powrotu do macierzy i ból po utracie swojego raju, swojej ziemi i dobytku.
Książka Małgorzaty Witko wciąga od pierwszej strony. Przeczytałam ja na raz. Ujęła mnie szacunkiem do tego utraconego świata. Jedynym minusem tej książki jest okładka. Jest zupełnie nieadekwatna do treści. Przyznam, że w tym przypadku powiedzenie “Nie oceniaj książki po okładce” jest bardzo na miejscu. Szkoda, bo wiele osób może zrezygnować z lektury właśnie z tego powodu.
I jeszcze jedno przemyślenie na koniec. Może to nie jest dobry polityczne czas na tę książkę, jednak pamięć o naszej historii nie powinna mieć wpływu na szacunek i współczucie wobec innych krzywdzonych obecnie narodowości.


Tekst dla Szczecinczyta.pl

czwartek, 18 października 2018

Luca D'Andrea "Lissy"



Włochy, lata siedemdziesiąte. Marlene, żona bogatego i wpływowego przestępcy Herr Wegenera  stwierdza, że musi zmienić swoje życie. Zabiera coś, co ma dla męża wielką wartość i ucieka. Ma misterny, wyliczony, co do sekundy, plan. Przemyślała wszystko. Wie, że ma tylko jedną szansę, bo wkrótce wyruszy za nią pościg. Jednak życie pisze nieprzewidziane scenariusze. Plan Marlene w jednej chwili legł w gruzach. Na krętej, leśniej, ośniezonej drodze jej samochód wpada w poślizg. Ranną, nieprzytomną kobietę odnajduje człowiek z gór - Simon Keller. Zabierają ją do swojej samotni. Kim jest tajemniczy mężczyzna i czy rzeczywiście mieszka tam sam?
Przyznam szczerze, że sam opis z okładki do mnie nie przemawiał. Brzmiał dość banalnie, jak nie z mojej "bajki". Jednak autorowi "Istoty zła" trudno się opierać. Byłam bardzo ciekawa tego, co napisał. Dlatego zdecydowałam sie na lekturę. Otworzyłam na pierwszej stronie i zupełnie wpadłam. 
Po przeczytaniu opisu pomyślałam, że wszystko to już widziałam - piękną, uciekającą żonę kryminalisty i tajemniczego człowieka z gór. Jednak to był tylko wstęp do przedziwnej fabuły, która może zaskoczyć każdego. Lubię opowiadać jej zarys znajomym i patrzeć na ich reakcję. Robią ogromne oczy. To wszystko razem tworzy wspaniałą całość!
Pisząc "Lissy" Luca d'Andrea inspirował się przepełnionymi okrucieństwem baśniami braci Grimm. Większość akcji rozgrywa się w zaśnieżonych górach, w małej chatce, zawieszonej gdzieś między światami. Wszystko tu toczy się inaczej, poza ludzkim prawem.  Wszyscy tam wydają się żyć w spokojnym, nieco sennym i lunatycznym stylu, nawet jeśli właśnie popełniają okrutne morderstwo. Każdego z bohaterów poznajemy wraz z tą częścią ich przeszłości, która ich ukształtowała (szczególnie zaintrygowała mnie historia Herr Wegenera). Tu nic nie bierze się z niczego. Wszystko, co robią bohaterowie wynika z tego, kim są. Każdy z nich wydaje się pionkiem na wielkiej szachownicy życia. Ich losy musiały się przeciąć, żeby dopełniło się ich przeznaczenie. I jeśli komuś pisana jest śmierć, to ktoś musi go zastąpić. Wszechświat nie lubi pustki. 
Po świetnej "Istocie zła", "Lissy" jest jeszcze lepsza. Pan d'Andrea ma we mnie fankę i z pewnością czytać będę każdą z jego mrocznych opowieść. Według opisów "Lissy" jest thillerem. Myślę, że jest. Jak już wspomniałam, ma grimmowy, dziwny i mroczny klimat. Jednak dla mnie jest także wspaniałą opowieścią o ludzkich losach i o miłości, poczuciu winy, odkupieniu. O nieuronności pewnych rzeczy w naszym życiu i o umiejętności przyjmowania tego, co nas spotyka z godnością. 

Luca d'Andrea, Lissy, W.A.B., 2018, s. 400

poniedziałek, 23 lipca 2018

Paulina Młynarska "Jesteś wędrówką"



Mam wiele szacunku i sympatii dla pani Pauliny  Młynarskiej. Jest ona dziennikarką, felietonistką, autorką książek, ale także dojrzałą, mądrą kobietą. Dzięki swojej odwadze, zamiłowaniu do podróży i ciekawości świata znalazła ona swoją drogę w życiu. Jest organizatorką wyjazdowych warsztatów Miejsce Mocy. Odbywają się one w egzotycznych, mistycznych miejscach. Są to połączone zajęcia jogi, medytacje, ale przede wszystkim czas, jaki każda kobieta może poświecić sobie. Bardzo przemawia do mnie idea kobiecego wsparcia i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się pojechać na jeden z warsztatów. Póki co, znajduję sobie wymówki :)
W swojej najnowszej książce "Jesteś wędrówką" Paulina Młynarska zachęca czytelniczki, żeby wyszły ze swojej strefy komfortu i wyruszyły na poszukiwanie siebie. Nie ma tu na myśli plażowania w najmodniejszych, przepełnionych kurortach, ale zanurzanie się w klimat odwiedzanego miejsca. Autorka snuje opowieść o wielkiej podróży po Europie, którą odbyła jako dziecko z mamą i siostrą. Poznajemy trudne początki emigracji 16-letniej Pauliny do Paryża. A potem kolejne przystanki w drodze ku dojrzałości. Szczególnie ważna jest dla mnie uwaga o znajdowaniu przyjemności w każdym z elementów wyprawy. Nie liczy się tylko cel, ale liczy się również droga. Żadna minuta spędzona na docieraniu do punktu docelowego nie jest stracona. Możemy smakować ją i czerpać z tego radość. Autorka dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat modnych turystycznych miejscowości, motywacji  i określania swoich podróżniczych preferencji, czy niezbędnego ekwipunku. Mamy też rozdział poświęcony planowaniu podróży dookoła świata. Na koniec autorka rekomenduje inspirujące blogi o tematyce podróżniczej. 
Z całą sympatią dla Pauliny Młynarskiej, ale nie do końca rozumiem cel, w jakim ta książka powstała. Nie jest to typowy poradnik motywacyjny, ani praktyczny przewodnik po planowaniu podróży. Zawiera sporo wskazówek, jednak nie jest to nic, czego nie znaleźlibyśmy w sieci. Rozdział o planowaniu podróży dookoła świata jest zaczerpnięty z jednego z polecanych blogów. Całość czyta się sympatycznie. Jest jak gawęda podczas wieczornego spotkania przyjaciół, przetykana dość oczywistymi radami. Jeśli taki był cel, to został osiągnięty. Niestety mam wrażenie, że pisanie szło, jak po grudzie. Nie ma w tym lekkości i pazura znanego z felietonów pani Pauliny. No i niestety jedna rzecz autorka w negatywny sposób pisze o osobach oceniających innych. W tej samej części książki bezpardonowo ocenia i szufladkuje innych uczestników zajęć jogi. Paradoks? Brak konsekwencji? Szkoda. 
Podsumowując, zawsze warto przeczytać książkę i wyrobić sobie o niej opinię. "Jesteś wędrówką" jest sympatycznym drogowskazem do radości podróżowania. Całość okraszona jest zdjęciami uśmiechniętej autorki. Bardzo cieszę się, że znalazła ona swoje miejsce w życiu. Jeśli jednak mamy do wyboru wydać 28 zł na tę książkę, to, idąc za radą autorki, lepiej odłożyć je na konto przyszłej podróży.

Paulina Młynarska, Jesteś wędrówką, Prószyński i S-ka, 2018, s. 256

wtorek, 17 lipca 2018

Stephen King "Outsider"



To morderstwo wstrząsnęło społecznością Flint City. Jedenastoletni Frank Peterson stał się ofiarą brutalnego pedofila. Co gorsza, wszystko wskazuje, że mordercą jest znany i szanowany trener szkolnej drużyny baseballowej Terry Maitland. Mężczyzna całe życie spędził we Filnt City. Jest przykładnym mężem i kochającym ojcem dwóch dziewczynek. Jak to jest możłiwe, że osoba tak lubiana i godna zaufania okazuje się drapieżnikiem?
Dla miejscowego detektywa Ralph Anderson ta sprawa ma bardzo osobisty wymiar - Terry trenował kiedyś jego syna. Dowody są jednoznaczne. Trenera widziało wielu świadków. Zachowywał się tego dnia dość nietypowo. Na miejscu zbrodni znalezniono odciski palców podejrzanego. Wkrótce okazuje się, że ślady DNA również potwierdzają jego winę. Dlatego Ralph decyduje się na aresztowanie trenera w czasie bardzo ważnego meczu, na oczach wszystkich mieszkańców miasta. Ku zaskoczeniu detektywa i prokuratora okazuje się, że Terry Maitland ma żelazne alibi. Potwierdzają je świadkowie i ... odciski palców. Czy możliwe jest, żeby ktoś był w dwóch miejscach jednocześnie?
Najbardziej lubię w powieściach Stephena Kinga misternie odmalowany małomiasteczkowy klimat - najbardziej ten z dawnych powieści mistrza. W najnowszych powieściach nie czuję już tego dreszczyku zanurzania się w atmosferę miejsca. Akcja "Outsidera" jest osadzona we Flint City. Każdy tu zna każdego, a życie toczy się niespiesznie. I mimo, iż pozornie jest to w stylu Kinga, to jednak mam wrażenie, jakbym zamiast oryginalnego obrazu oglądała jego rzemieślniczą kopię. Sam autor chyba ma tego świadomość, ponieważ w posłowiu tłumaczy się z tego, że akcję umieścił w stanie Oklahoma, którego atmosfery do końca nie czuje.
Powieść "Outsider" odnosi się do serii o panu Mercedesie. Z serią łączy go postać Holly Gibney. Jeśli ktoś nie zna tej serii, to powinien liczyć się z tym, że King zakłada, że je czytaliśmy. Po pierwsze mamy tu spoilery. Drugą rzeczą jest sama Holly. Postać tę poznajemy w poprzednich książkach i tam została dokładnie przedstawiona. Jeśli zaczniemy od "Outsidera", to trudno nam będzie zrozumieć tę postać. Zachowuje się ona irracjonalnie, jest roztrzęsiona i nieco zdziecinniała. Zupełnie nieprzekonująca. To taka pisarska droga na skróty. Pozostałe postacie są nieco jednowymiarowe, czarno-białe. Chyba najbardziej polubiłam prokuratora okręgowego z niesfornymi włosami Billa Samuelsa.
Sam pomysł na fabułę jest dobry. King oparł go na starej legendzie. Początek czyta się bardzo dobrze. Powieść wciąga od pierwszego zdania. Byłam bardzo ciekawa, jak autor rozwiąże tą zagadkę. Sam wątek Holly i relacji pomiędzy nią, a Ralphem jakoś mnie nie przekonuje. Miało być głęboko i emocjonalnie, jednak bez podkładu w postaci poprzednich części jest abstrakcyjnie.
Czy warto czytać "Outsidera"?  Z pewnością tak! To gratka dla fanów pisarza. Jednak jeśli ktoś nie jest na bieżąco z jego kolejnymi powieściami, to powinien zacząć czytać trzy powieści wcześniej. Uważam, że powinno się tę książkę oznaczyć jako kolejną część pana Mercedesa, a przynajmniej jako spin-off.


Stephen King, Outsider, Prószyński i S-ka, 2018, s. 640
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Tekst dla Szczecinczyta.pl

niedziela, 13 maja 2018

Louisa Morgan "Tajemna historia czarownic"



Kobiety z rodu Orchire od wieków obdarzone były niezwykłą mocą. Były kapłankami pradawnego kultu Bogini. Ich wiara przekazywana była z pokolenia na pokolenie, a wiedza i stare receptury zapisane w Księdze Cieni były ich dziedzictwem. Miały też kryształ o niezwykłych właściwościach - przechowywał w sobie wizerunki przedstawicielek wszystkich utalentowanych członkiń rodu. 
Czasy były trudne. Mężczyźni od zawsze bali się kobiet, które nie poddawały się pokornie ich woli. W Europie panowała masowa panika. Inkwizycja skazywała wszystkie podejrzane o czary na tortury i męczeńską śmierć. Dlatego wszystkie czarownice, i te z rodu Orchire, jak z innych rodzin opanowały sztukę ukrywania się. Poświęcenie jednej z nich potężnej grand-mere Ursule sprawia, że jej potomkiniom udaje się uciec przed prześladowaniami. Niestety, nienawiść i nietolerancja mogą dosięgać nas wszędzie. 
Kolejne pokolenia czarownic starają się nie zwracać na siebie uwagi i kultywować pradawne tradycje. Każda z pań jest inna, wyjątkowa. Mają różne cele i priorytety. Jednak przyjdzie moment, kiedy czarownice będą zmuszone stawić czoła przerażającej rzeczywistości. Trwa druga wojna światowa i bobmardowania Anglii. Czy wiedźmom uda się wpłynąć na historię?
"Tajemna historia czarownic" to opowieść o silnych kobietach, ale jej główną bohaterką jest magia. Autorka kryjąca się pod pseudonimem Louisa Morgan mocno zainspirowana jest wierzeniami pogańskimi i rytuałami magicznymi. Jak sama pisze, w procesie twórczym zwracała się do znawców tego tematu. Faktycznie, dla osób, które interesują się czarostwem, powieść może być interesująca pod tym właśnie względem. Opisy rytuałów zawierają wiele wskazówek dla początkujących wiedźm. 
Opowieść o czarownicach Orchire ma być przesłaniem dla wszystkich kobiet. Warto, by każda z nas zrozumiała, jak wielką siłą dysponuje. Mamy wpływ na nasze życie i nasze działania. Nie jesteśmy bezwolne w rękach mężczyzn. Dla bohaterek tej powieści mężczyźni są tylko dodatkiem, często służącym do realizacji ich potrzeb i celów - od potrzeby kochania, przez przedłużanie rodu, podnoszenie statusu społecznego, od ochronę i bezpieczeństwo materialne. Kobieta nie powinna być zależna od nikogo, warto, byśmy znały swoją wartość i umiały stać na własnych nogach. 
"Tajemna historia czarownic" opowiada o pięciu pokoleniach kobiet. Czytelnik poznaje je w momentach, w których uświadamiały sobie, jak ważne w życiu jest ich magiczne dziedzictwo. Nie jest to typowa saga, historia nie ma ciągłości czasowej, mamy wieloletnie przeskoki w czasie. Postacie są tu raczej symbolicznie zarysowane. Więcej dowiadujemy się o głównych bohaterkach, postacie drugoplanowe są bardzo uproszczone, symboliczne. Brakuje to budowania napięcia, opowieść jest przewidywalna i nasączona optymizmem i wiarą w wewnętrzną siłę kobiet. Autorce zdarza się również popaść w nieco patetyczny ton. Przykładem i ciekawostką, wiele mówiącą o nastawianiu Louisy Morgan może być rozmowa prowadzona przez jedną z bohaterek i amerykańską pielęgniarkę, opiekującą się rannymi w czasie II wojny światowej żołnierzami różnych narodowości. W szpitalu leżą Brytyjczycy, Francuzi, Rosjanie i wiele innych. Jednak pielęgniarka mówi: "Wy, Anglicy, mieliście najgorzej, jak przypuszczam. Bombardowania i tak dalej". Na co bohaterka odpowiada skromnie: "Nie gorzej niż Francuzi". 
"Tajemna historia czarownic" to literatura typowo kobieca. Polecam fankom gatunku. 

Louisa Morgan, Tajemna historia czarownic, Prószyński i S-ka, 2018, s. 560
Tłumaczenie Alina Siewior-Kuś
Tekst dla SzczecinCzyta.pl

sobota, 24 lutego 2018

C. J. Tudor "Kredziarz"



Dla dwunastoletniego Eddiego świat ograniczony jest do miasteczka, w którym dorasta. Ma paczkę przyjaciół, dziewczynę, w której się kocha oraz zaprzysięgłych wrogów. Jeżdżą rowerami, spędzają razem czas, a nawet wymyślają kod. Rysują kredą tajne wiadomości i tak się komunikują. Pewnego dnia uporządkowane życie chłopaka zmienia się. Staje twarzą w twarz z prawdziwym koszmarem. Jest świadkiem makabrycznego wypadku w wesołym miasteczku. Ta tragedia rozpoczyna ciąg wydarzeń, które na zawsze zmienią życie Eda i jego przyjaciół. 
Dwadzieścia lat później Ed nadal mieszka w swoim domu rodzinnym. Jest nauczycielem, dużo pracuje, jednak zmaga się z długami zostawionymi mu przez rodziców. Dlatego decyduje się na wynajęcie pokoju Chloe. Nadal spotyka się z kolegami z dzieciństwa. Jego życie wydaje się biec wytyczonym rytmem. Może nie jest najszczęśliwsze, ale spokojne i poukładane. Jednak przed przeszłością nie da się uciec. Pewnego dnia cała jego dawna paczka dostaje listy z narysowanym kredą symbolem. Przeszłość powróciła.
"Kredziarz" jest debiutancką powieścią dziennikarki C.J. Tudor. Jest to kryminał z elementami thillera, ale również dramatu. Akcja dzieje się w malowniczym miasteczku, którego klimat autorka bardzo sprawnie nam przedstawia. Mamy tu zamkniętą społeczność, z wszelkim jej odcieniami. W tle pobrzmiewają akcenty społeczne. Matka Eda jest pielęgniarką, pracującą w klinice aborcyjnej. W małych miastach zwykle silna jest wspólnota religijna i, w tym przypadku, dobrze zorganizowany ruch pro-life. Są tu nierówności w statusie materialnym - jest rodzina zamożna i wpływowa, a drugiej strony mamy niezaradnych rodziców Eda, czy samotnie utrzymującą syna sprzątaczkę. Są dzieci zadbane oraz patologiczne. Pojawiają kwestie orientacji seksualnej oraz wykorzystywania nieletnich. I wszystko to z tajemniczą śmiercią w tle.
Powieść tę czyta się dobrze. Styl autorki jest wyważony, oszczędny. Nie ma tu rozbudowanych opisów, a postacie zarysowane są mocnymi kreskami. To w zupełności wystarczy. (Zwracam na to uwagę, ponieważ bezpośrednio po "Kredziarzu" czytałam "Hex", a to porównanie stylu wypada zdecydowanie na korzyść tej pierwszej powieści). Bohaterowie Tudor są wielowymiarowi, niejednoznaczni. Intryga kryminalna jest interesująca, nawet nie próbowałam zgadywać, kto jest mordercą. Książka nie jest przegadana, całość jest ładnie skomponowana i smaczna.
"Kredziarz" nie jest może arcydziełem, ale to udany debiut. Widać, że autorka nie jest żółtodziobem i ma doświadczenie życiowe i dojrzałość. Polecam.

C. J. Tudor, Kredziarz, Czarna Owca, 2018, s. 384

środa, 21 lutego 2018

Thomas Olde Heuvelt "Hex"


Lubię opowieści o wiedźmach, a szara okładka holenderskiego wydania powieści Thomasa Olde Heuvelta zwróciła moją uwagę w tutejszej księgarni. Dlatego ucieszyłam się, że została ona przetłumaczona na język polski.
Od 350 lat nad miasteczkiem Black Spring ciąży klątwa - kiedy miejscowa wiedźma Katherine van Wyler otworzy oczy, to na mieszkańców spadnie śmierć. Widmo ma zaszyte oczy i usta. Przemierza ulice miasteczka i pojawia się w różnych jego miejscach. Nie da się uciec przed klątwą. Każdy, kto osiedli się w miasteczku, musi tu zostać na zawsze. Każda próba ucieczki bardzo źle się kończy. 
Władze wiedzą o Katherine, jednak starają się utrzymać to w tajemnicy. Wszystko to, by chronić Black Spring. Stworzono system monitoringu, reguły tajności, wprowadzono stan wyjątkowy, a mieszkańcy w swoich telefonach mają aplikację "Hex", w której na bieżąco dowiadują się o tym, gdzie przebywa wiedźma. System ten działa sprawnie, dopóki grupa nastolatków nie postanowi stawić czoła wiekowej wiedźmie. 
No i właśnie. Sam pomysł na powieść jest interesujący. Podoba mi się skonfrontowanie starej opowieści o klątwie czarownicy ze współczesną technologią. Autor powoli wprowadza nas w temat. Początkowo daje złudzenie, że człowiek, mimo, iż nie jest w stanie uniknąć zagrożenia, to może nad nim całkiem sprawnie panować. Katherine z pierwszej części książki wydaje się bardziej godna współczucia, niż groźna. Jednak  klątwa musi się dopełnić. 
Powieść podzielona jest na dwie części. Pierwszą z nich czyta się dobrze. Jednak w drugiej zaczyna dziać się coś strasznego. Nie wiem, jak wyglądał język w oryginale i nie umiem znaleźć winnego tego stanu - autor, tłumacz, czy redakcja. Styl jest straszny! Zbyt kwiecisty, przesadny, momentami aż groteskowy. Czytelnik brnie przez te wypociny z mozołem i poczuciem totalnego zmęczenia. Mam wrażenie, że w zamyśle autora było przedstawienie narastającego szaleństwa, psychozy, depresji. Jednak wszelkie próby były nieudolne i nieporadne. Psychologia postaci leży zupełnie. Nie ma atmosfery grozy i przytłaczającego fatum. Wszystko jest płytkie, miałkie i bardziej groteskowe, niż przerażające. Przekombinowane, a wręcz grafomańskie. 
Styl, w jakim pisana jest druga część jest tak zły, że pozwoliłam sobie wypisać kilka cytatów, żeby zobrazować, w czym tkwi problem.

"Zanurzał się w dusznej, destrukcyjnej sieci poczucia winy"
"Jego ciało trzęsło się w niekontrolowany sposób"
"Nadziei przeczyła wszelka logika, która była niepoprawna, a jednak można było przy niej trwać"
"Nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego artykułowanego dźwięku"
"Nowy szok zaatakował mieszkańców"
"Dopadł ją szok, Potem dopadł ją drugi szok"
"Walcząc z impulsami, które podpalały jej umysł szaleństwem"
".. noc jest mroczna ciemnością do jakiej oczy człowieka nigdy nie przywykły"
"...przyglądali się błyszczącymi, a jednak matowymi oczami"
"Skóra na jego czaszce napięła się i wysłała ciarki wzdłuż całego ciała"
"Samotność wiecznej ciemności da mu ukojenie"

PS. Jednak mam wrażenie, że z tej powieści może powstać całkiem niezły serial :)
Thomas Olde Heuvelt, Hex, Zysk i S-ka, 2017, s. 438

niedziela, 21 stycznia 2018

Margaret Atwood "Grace i Grace"



Powieści Margaret Atwood cieszą się ostatnio sporą popularnością wśród twórców seriali. Najpierw obejrzeć mogliśmy świetny pierwszy sezon "Opowieści podręcznej". Teraz Netflix proponuje nam miniserię "Grace i Grace". Przy tej okazji warto sięgnąć po jej literacki pierwowzór. 
Powieść "Grace i Grace" Margaret Atwood oparła na prawdziwych wydarzeniach. W 1843 roku szesnastoletnia Grace Marks i jej wspólnik James McDermott zostali aresztowani za podwójne morderstwo. Ofiarami byli pracodawca tych dwojga Thomas Kinnear oraz jego gospodyni i kochanka Nancy Montgomery. W chwili śmierci Nancy była w ciąży. Sprawa ta budziła wiele kontrowersji. Morderstw dokonano w Kanadzie, potem para zbiegła do Stanów Zjednoczonych. Ich aresztowanie i przetransportowanie do Kanady nie było do końca legalne. Dodatkowo istniało wiele pytań dotyczących roli Grace w tych morderstwach. Ona sama mówiła o sobie, jako o niewinnej ofierze McDermotta. Twierdziła, że nie pamięta tych wydarzeń, a mężczyzna jej groził. Sam James zeznawał, że Grace była nie tylko czynną uczestniczką aktu zabijania, ale nawet jego prowodyrką i siłą napędową. Osobiście zaciskała apaszkę na szyi konającej Nancy. Dziewczyna bez żadnych skrupułów okradła zmarłą i na procesy ubierała się w jej sukienki. Na wyobraźnię opinii publicznej wpływała również pogłoska, że James i Grace byli kochankami. 
Finalnie para została osądzona jedynie za zabójstwo pana Kinneara. Oboje zostali skazani na śmierć i uznano, że nie ma potrzeby sądzić ich dodatkowo za śmierć Nancy. James został powieszony, zaś karę Grace zmieniono na więzienie. 
Sprawa ta była bardzo głośna. Sprawiał to wiek Grace i jej uroda. Interesowali się nią wszyscy. Lekarze, psychiatrzy, duchowni, dziennikarze i pisarze. W powieści Atwood pojawia się fikcyjna postać - doktor Simon Jordan. Jest on psychologiem, któremu zlecono przygotowanie raportu, udowadniającego niewinność Grace. Przeprowadza on z kobietą długie rozmowy, wciąż mając nadzieję na zdarcie zasłony z pamięci i dotarcie do prawdy. Nie ocenia jej, nie interesuje go, czy jest winna, czy nie. On chce tylko poznać prawdę. Staje się przyjacielem i powiernikiem Grace. A może tylko przerywnikiem w monotonni więziennych dni? Kto tu jest badaczem, a kto badanym? Jak łatwo zatrzeć granice i zmienić punkt odniesienia.
Rozdziały powieści Margaret Atwood noszą nazwy popularnych w XIX wieku wzorów ręcznie szytych kołder. Podczas spotkań z doktorem Grace nieustannie szyje kolejne kołdry. To stanowi w tym czasie sens jej życia. Opowiada, jak starannie dobierze kiedyś wzór,  który uszyje dla siebie. Ukryje w nim symbole, które będą niezauważalne dla postronnych obserwatorów. Podobnie jest z jej opowieścią o przeszłości. To mozaika starannie wybranych przez Grace i skomponowanych elementów. Ma wiele znaczeń i ukrytych niuansów. I gdzieś w tym wszystkim kryje się prawda o tym, co stało się pewnego lipcowego dnia w domu Thomasa Kinneara. Z wzorami kołder jest jak z tą opowieścią - każdy widzi w niej to, co chce zobaczyć. Lub co Grace chce mu pokazać. 
W posłowiu autorka opowiada nam o tym, jak zbierała informacje o Grace i dramatycznych wydarzeniach. Wersji wydarzeń i opinii o oskarżonej jest tak wiele, że trudno jest dociec, jak wyglądała prawda. Jednak jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to trudno jedną, obiektywną prawdę. Istnieją osoby, które manipulują innymi, podjudzają ich i nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak źle postępują. W swoich oczach są zupełnie niewinni. A to, co w powieści (w serialu jakoś przegapiłam ten watek) zdarzyło się doktorowi Jordanowi pokazuje, jak cienka jest granica pomiędzy byciem ofiarą, a byciem sprawcą. 
Bardzo dobra książka. Polecam.

Grace i Grace, Margaret Atwood, Prószyński i S-ka, 2017, s. 576
Tłumaczenie: Aldona Możdżyńska-Biała
Tekst dla SzczecinCzyta.pl

czwartek, 28 grudnia 2017




Ostatnio moja holenderska szefowa zapytała mnie, czego, oprócz rodziny i przyjaciół, najbardziej brakuje mi w Holandii. Odpowiedź była prosta: polskich księgarni! Dlatego każda wizyta w Polsce jest dla mnie okazją do uzupełnienia mojej biblioteczki. Większość książek czytam na kindelku, jednak mam słabość do papieru :) 
A co u mnie pod choinką?
Jako dziecko uwielbiałam komiksy o Thorgalu. Teraz mam nadzieję, że synu odziedziczył po mnie słabość do opowieści o Wikingach. Książki z amerykańskiej serii Wydawnictwa Czarne biorę w ciemno. Jeszcze jedna interesująca mnie pozycja z tej serii będzie miała premierę w styczniu. Już wiem, co będę zamawiała podczas kolejnego urlopu :) "Sandlerowa" Anny Bikont ma wiele pozytywnych recenzji i chętnie ją przeczytać. Ostatnio na Netflixie odkryłam serial "Mindhunter" i obejrzałam go w jeden weekend. Świetny! To zdecydowanie moja tematyka, dlatego od razu zamówiłam książkę Johna Douglasa. No i nie mogło zabraknąć "Wymazanego". Po pierwsze, bardzo lubię poczucie humoru Michała Witkowskiego, a po drugie, jestem fanką codziennego czytania tej powieści przez autora na jego profilu na instagramie. Widzieliście już? :)
Mam nadzieję, że to był dla Was dobry rok i wierzę, że kolejny przyniesie Wam jeszcze więcej szczęścia :)

piątek, 24 listopada 2017

Ewa Winnicka "Był sobie chłopczyk"



19 marca 2010 roku w stawie hodowlanym pod Cieszynem dwóch chłopców zobaczyło ciało chłopca. Maluch ubrany był w czerwoną kurtkę, bluzkę z paski, spodnie bojówki, rajstopy. Na głowie miał wełnianą czapkę i na jednej rączce rękawiczkę (potem jego rodzice będą podkreślać, że ubrali go starannie, w ładne, czyste ubranie). Miał blond włosy. Początkowo jego wiek oceniono na 3-4 lata, jednak lekarze zweryfikowali wiek - chłopiec miał 1,5 roku. Przed śmiercią został pobity. Wskutek uderzenia w brzuch pękło mu jelito. Zmarł z powodu zapalenia otrzewnej, to była bardzo bolesna śmierć. 
Nie udało się ustalić tożsamości chłopca. Ruszyło śledztwo na bardzo szeroką skalę. Policjanci otrzymali spis dzieci w tym wieku i kilkukrotnie chodzili od drzwi do drzwi, szukając rodziny, w której brakuje dziecka. Wszystkich, którzy uczestniczyli w dochodzeniu i opinię publiczną szokował fakt, że nikt nie zgłosił zaginięcia, czy śmierci dziecka. Jak to możliwe, że w dzisiejszych czasach jest to  w ogóle możliwe. W mediach i internecie udostępniono zdjęcie dziecka, proszono o wszelkie możliwe informacje. Policja otrzymała wiele zgłoszeń, jednak żadne z nich nie prowadziło do ustalenia danych chłopca. Po dwóch latach bezowocnych poszukiwań, zawieszono śledztwo. Wszyscy stracili nadzieję, kiedy nagle policja dostała zgłoszenie - chłopcem znalezionym w cieszyńskim stawie był Szymon z Będzina. 
Lektura książki "Był sobie chłopczyk" jest trudna. Wiem, że są rodziny patologiczne, gdzie zupełnie nie dba się o zdrowie i szczęście dzieci. Jednak przypadek matki Szymona Beaty jest dla mnie wyjątkowo szokujący. Urodziła ośmioro dzieci, ale czy była matką? Biologicznie z pewnością, jednak trudno ją tak nazwać. Nie interesowała się losem żadnego z nich. To, co spotkało Szymona było tragiczne, jednak żadne z jej dzieci nie zaznało matczynej miłości. Każde z nich jest ofiarą Beaty. 
Rodzina Beaty i Jarosława cały czas podkreśla, że nie miała pojęcia o losie chłopca. Rodzice zbudowali fasadę z kłamstw. Beata na szczepienia zaprowadziła swojego wnuka. Dziadkom opowiadali, że chłopiec przebywa u drugich dziadków. Przed dwa lata pobierali zasiłki rodzinne. Wierzę, że rodzina mogła nie wiedzieć o losie chłopca. Na zdjęciach pośmiertnych trudno poznać dziecko, które widywało się bardzo rzadko. A że Beata oddała dziecko na wychowanie? Przecież zrobiła to samo z piątką starszych dzieci. Porzuciła je na pastwę losu. Rodzice Beaty poddali się i nie utrzymywali z nią kontaktu, trudniej zrozumieć matkę Jarosława, która bywała w mieszkaniu pary. To bardzo smutna, dramatyczna sytuacja. Świat pędzi do przodu, internet dał nam dostęp do wszelkich informacji, a dzięki portalom społecznościowym stale jesteśmy w kontakcie. Jednak w XXI wieku mały chłopiec może zniknąć bez śladu i przez dwa lata nikt tego nie zauważył. Straszne.
"Był sobie chłopczyk" Ewy Winnickiej to próba wyjaśnienia, dlaczego taka sytuacja miała miejsce. Napisana jest bez epatowania dramatyzmem, bez przerysowania. Jest to opowieść o patologii rodzinnej, znieczulicy społecznej i o mieście, w którym to wszystko się zdarzyło. Ten reportaż to hołd złożony temu nieszczęśliwemu, małemu chłopcu.

Winnicka Ewa, Był sobie chłopczyk, Wydawnictwo Czarne, 2017, str. 208

poniedziałek, 20 listopada 2017

Liane Moriarty "Moja wina, twoja wina"



Człowiek jest istotą społeczną. Nawet jeśli ceni samotność, to i tak tworzy więzi z innymi ludźmi. Jest to podstawą naszego funkcjonowania. Już w momencie narodzenia tworzymy więź z rodzicami, potem z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi ze szkoły i pracy. Łączą nas wspólne cele, zainteresowania, czy wykonywany zawód. To, jak wyglądają nasze pierwsze relacje kształtuje naszą osobowość i nawyki. Osoby, których więź z rodzicami była zaburzona czy dysfunkcyjna, przenoszą swoje emocje z dzieciństwa na przyszłe związki i determinują nasze kontakty z innymi. Podobnie jest z pierwszymi przyjaźniami. Skąd możemy wiedzieć, jak silne było oddziaływanie naszej przyjaciółki z dzieciństwa na nasze życie? Bohaterkom powieści Liane Moriarty "Moja wina, twoja wina" przyjdzie stawić czoła przeszłości i sprawdzić siłę łączącej je przyjaźni. 
Clementine i Erika dorastały razem. Siłą napędową ich przyjaźni była matka Clementine, która zaopiekowała się Eriką, nieco narzucając córce tę przyjaźń. Minęły lata. Obie dziewczyny, teraz już dorosłe kobiety, założyły swoje rodziny. Nadal regularnie się kontaktują i spędzają ze sobą czas. Jednak wydarzenia pewnego ciepłego wieczoru każą im skonfrontować się z własnymi uczuciami. Czy to, co je łączy jest prawdziwe i jak ważna dla przyjaźni jest szczera rozmowa?
Powieść Liane Moriarty skomponowana jest w podobny sposób, jak jej najbardziej znana powieść "Wielkie kłamstewka". Akcja toczy się dwutorowo - część akcji dzieje się w teraźniejszości, druga część jest retrospektywą z dnia grilla - dnia, który zmienił życie Clementine i Eriki. Obie narracje przeplatają się. Od początku wiemy, że wydarzyło się coś złego, ale nie wiemy co. Wydarzenia z pamiętnego wieczoru mają wielki wpływ na przyjaciółki, ich rodziny i znajomych. Na tyle się znamy, na ile nas sprawdzono. Nie wiemy, jak zachowamy się w obliczu dramatu i jakie może mieć on dla nas konsekwencje. 
W powieści "Moja wina, twoja wina" autorka porusza wiele trudnych tematów. Przede wszystkim zadaje pytania o przyjaźń, o wpływ dzieciństwa na naszą przyszłość, na kwestię odpowiedzialności, czy szczerości w relacjach z najbliższymi. Czy można oceniać innych po tym, kim byli kiedyś? Każe czytelnikom zastanowić się, na tym, co nazywamy "normalnością". Czy istnieją jakieś szablony, wzorce, którymi możemy mierzyć ludzi czy rodziny? Każdy z nas jest inny, kształtowały nas inne wydarzania i przeżycia, każdy ma inne problemy, ale też priorytety, cele i marzenia. Dlatego, zanim potępimy kogoś, czy będziemy mu zazdrościć, powinniśmy trzy razy pomyśleć. Nie powinnyśmy porównywać się nikim i oceniać, po prostu nie znamy jego sytuacji. 
"Moja wina, twoja wina" to powieść adresowana przede wszystkim do kobiet. Moriarty swobodnie porusza się w temacie ludzkich emocji i dramatów. Pisze o wielu ważnych problemach społecznych. Tworzy wyrazistych, pełnokrwistych bohaterów. Dobra lektura na długie, jesienne wieczory. 


Moriarty Liane, Moja wina, twoja wina, Prószyński i S-ka, 2017, s. 544
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan - Małkowska
Tekst dla SzczecinCzyta.pl

sobota, 18 listopada 2017

Amy Gentry "Stracona"



Rodzinę Whitakerów spotkała straszna tragedia. Pewnej nocy do ich domu włamuje się tajemniczy mężczyzna. Wchodzi do pokoju starszej z córek trzynastoletniej Julie, przykłada nóż do jej szyi i wyprowadza z domu. Świadkiem tego wydarzenia jest schowana w szafie młodsza z córek, dziesięcioletnia Jane. Dziewczynka jest tak przerażona i zszokowana, że zastyga w bezruchu. Nie woła pomocy, nie budzi rodziców. Stoi bez ruchu aż do rana. 
Mija osiem koszmarnych lat. Nigdy nie odnaleziono Julie. Nie trafiono na ślad porywacza, ale też nie odnaleziono ciała. Nie wiadomo, czy dziewczynka żyje, czy, jak wskazuje smutna, policyjna statystyka, zmarła zaraz po porwaniu. Jednak po raz kolejny w życiu Whitakerów ma miejsce trzęsienie ziemi. Pewnego poranka do ich drzwi puka zaginiona przed laty Julie. Ten moment zmienia wszystko. Na światło dzienne wychodzą sekrety, tajemnice i długo tłumione uczucia.
"Stracona" Amy Gentry to interesujący thriller psychologiczny. Mimo, iż opisane w nim wydarzenia są dramatyczne, to jednak autorce udało się uciec od przesady, sztampy czy efekciarstwa i zachować całość w pewnej elegancji. Genry skupia się przede wszystkim na postaci matki dziewczynek Anny. Pokazuje emocje, jakie towarzyszyły jej od momentu porwania starszej córki, aż po dramatyczny finał. I nie jest przedstawiona jednoznacznie w roli bezbronnej, bezwolnej ofiary. Gama towarzyszących jej uczuć jest szeroka. Od poczucia winy, po gniew, smutek i niepewność. Trudno jej pogodzić się ze stratą, a poczucie winy  i żal każą jej szukać kogoś, na kogo mogłaby być zła - to łagodzi smutek. Tak Anna, jak i ojciec dziewczynek Tom, radzą sobie z żałobą na zupełnie inne sposoby. Anna zamyka się w sobie, a Tom rzuca się w wir działania. W tym wszystkim jest jeszcze Jane, która czuje, że lata temu tajemniczy mężczyzna zabrał jej siostrę, ale również matkę. Nie udało im się odnaleźć dawnej bliskości. Porwanie Julie kładło się na nich cieniem. Matka pogrążyła się w żałobie, a Jane zmagała się z poczuciem winy. Przecież nie krzyczała, nie wezwała pomocy.
Powieść Amy Gentry zakwalifikować można jako thriller, ale z elementami dramatu psychologicznego. Nie jest to książka obszerna, przegadana. Wszystko mamy tu w wyważonych proporcjach. Widzimy tu dwie perspektywy - Anny i jej starszej córki. Jaką drogę musi przejść ta rodzina, żeby wyjść na prostą? Warto przeczytać.


Gentry Amy, Stracona, Prószynki i S-ka, s.288
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Tekst dla SzczecinCzyta,pl

wtorek, 31 października 2017

Stephen King, Owen King "Śpiące królewny"



Stephen King jest już marką samą w sobie. Każda jego kolejna powieść to prawdziwe wydarzenie, z niecierpliwością oczekiwane przez liczne grono jego fanów. Teraz do gry wprowadza swoich spadkobierców - synów Joe Hilla i Owena. To właśnie z tym ostatnim napisał swoją najnowszą powieść "Śpiące królewny".
Miasteczko Dooling w Zachodniej Wirginii niczym nie różni się od innych miasteczek w Stanach Zjednoczonych. Kryzys ekonomiczny sprawia, że ceny nieruchomości w okolicy spadają, ale mimo to, wiele domu stoi pustych. Szeryfem jest tu Lila Nordcross. Jej mąż Clint jest psychiatrą w miejscowym więzieniu kobiecym. Tutejsi mężczyźni spotykają się w barze. W szkole spotkać można kolejne pokolenie sfrustrowanej młodzieży. Gang produkuje i sprzedaje narkotyki. Zaś znana wszystkim z imienia bezdomna, każdego dnia przechodzi po ulicach. Życie toczy się swoim tempem. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia. W dramatycznych okolicznościach, w miasteczku pojawia się tajemnicza kobieta Eva Black. W tym samym czasie wybucha epidemia nieznanej choroby - kobiety zapadają w sen, z którego już się nie budzą. Ich ciała spowijają dziwne kokony. Wkrótce okazuje się, że choroba, której epicentrum jest Dooling, opanowuje cały świat. Kobiety podejmują karkołomną walkę z sennością, zaś mężczyznom przyjdzie stoczyć trudniejszą walkę - ze swoją naturą. 
Powieść Kingów początkowo czyta się świetnie. Zawiązanie fabuły jest interesujące. Dość szybko poznajemy kolejnych bohaterów. Książkę otwiera ich spis. Trochę przeraziła mnie ich mnogość, jednak są wprowadzani w taki sposób, że czytelnik nie ma z tym problemu. Trudno powiedzieć, kto jest tu głównym bohaterem. Z całą pewnością jest ich kilku. Z pewnością jest to Eva Black, ale też Lila, Clint, czy Frank. Te postaci są wyraziściej zarysowane. Być może, jak w przypadku Franka, w nieco przerysowany, jednowymiarowy sposób. Część pierwszą powieści czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Bliżej jej było do znanych mi już powieści Stephena. Małe miasteczko z jego mieszkańcami. Jednak klimat we wcześniejszych książkach Kinga ojca uwiódł mnie i zachwycił. W "Śpiących królewnach" już taki nie jest. Brakuje mu dawnego dopracowania i pewniej szczyty magii. Tu jest po prostu dziełem rzemieślnika, a nie mistrza. W części drugiej akcja podzielona jest na dwa światy - męski i damski. Tu jednak zabrakło finezji. Kingowie szukali rozwiązań, które pozwolą w miarę składnie przejść przez fantastyczną fabułę, Z całą pewnością zrobili, to co zamierzali, jednak zabrakło przy tym finezji. Byłam ciekawa, jak skończy się ta powieść i zakończenie mnie nie rozczarowało. 
"Śpiące królewny" to ciekawa powieść i próba spojrzenia na rolę kobiety we współczesnym społeczeństwie. Świat idzie do przodu, wszystko ewoluuje i się zmienia. Kobiety stały się niezależne ekonomiczne, a wynalezienie antykoncepcji pozwala im świadomie planować rodzicielstwo. Panie są dobrze wykształcone, mają pracę, z której są w stanie się utrzymać. Wszystko dobrze w teorii. Praktyka nie jest już taka wesoła. Skutki nieplanowanej ciąży zwykle odbijają się na kobiecie, która mając małe dzieci w domu jest mniej atrakcyjna na rynku pracy, a co z tym się wiąże - często zarabia mniej, niż jej koledzy po fachu. No, a co do kwestii związku i domu? Część z panów rozumie jak ogromne znaczenie ma partnerski model rodziny. Oni rozumieją, że obowiązki domowe są wspólne i najlepiej wykonywać je wspólnie. Jednak istnieje spora i stale rosnąca grupa zwolenników konserwatywnego modelu rodziny. Co to oznacza? Że po pracy zawodowej, musi odebrać dzieci z przedszkola, zrobić zakupy, ugotować obiad, a potem ogarniać dom, tak, jak robiła to jej nie pracująca zawodowo teściowa, czy babcia. Tej różnicy płci nie są w stanie zniwelować odgórne przepisy. To kwestia zmiany mentalność tak mężczyzn, jak i kobiet. Czy udałoby się stworzenie idealnego społeczeństwa bez mężczyzn? Czy panowie poradzą sobie z światem, z którego zniknęła cała płeć? Na te pytania szukają odpowiedzi Kingowie. 
"Śpiące królewny" to próba zmierzenia się z utartymi przez wieki nawykami obu płci. W swojej powieść autorzy zdecydowanie stawiają się po stronie pań. Z jednej strony to chwalebne, ze tak znany pisarz porusza fundamentalne kwestie etyczne i zwyczajowe. Trudno mężczyznom stać się orędownikami feminizmu. Dlatego warto przeczytać tę powieść. Chociaż po to, żeby zobaczyć, jak poszło Kingom. Moim zdaniem wyszli z tej próby z tarczą. Dlatego serdecznie polecam.

King Stephen, Kingo Owen, Śpiące królewny, Prószyński i S-ka, 2017, str. 736
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Tekst dla SzczecinCzyta.pl

środa, 20 września 2017

Paulina Młynarska "Rebel"


"Obyś był zimny lub gorący"


Podobno życie zaczyna się po czterdziestce - szczególnie dla kobiet. Wiele już przeżyły, mają doświadczenie, nabierają dystansu do siebie, mogą odpuścić rywalizację i spojrzeć na świat z zupełnie innej strony. Dojrzała kobieta jest jak dobre wino, jest klasą samą w sobie.  A jeśli do tego ma jasno skrystalizowane poglądy i nie boi się wyrażać swojego zdania, to jest prawdziwym skarbem. I tak właśnie jest w przypadku Pauliny Młynarskiej. 
"Rebel" to najnowsza książka Pauliny Młynarskiej. Jest to zbiór prasowych felietonów, w których na bieżąco komentowała ona najbliższe jej zagadnienia z życia społecznego i politycznego.  Autorka patrzy na nie z kobiecego punktu widzenia. Podkreśla szczególną więź pomiędzy kobietami, solidarność, którą powinnyśmy pielęgnować, szanować i kultywować. Wiele nas łączy, dobrze jeśli to widzimy i doceniamy. Szanujmy się wzajemnie, dbajmy o siebie, sprawmy, by nasze życie stało się łatwiejsze. 
Współczesne społeczeństwo niesie ze sobą wiele wyzwań i pytań. Z jednej strony technologia gna do przodu. Coraz mniej jest barier i tematów tabu. Z drugiej w ludziach nadal pokutuje obyczajowość i normy, które wepchnęli nas nasi przodkowie. Istnieje wiele ograniczeń i schematów w myśleniu. Często nie mają one żadnego uzasadnienia, jednak nie możemy wyrwać się z kolein, w których utknęliśmy. I tak właśnie jest z rolą kobiet w życiu społecznym. Współczesne rodziny zupełnie nie przypominają tych sprzed kilkudziesięciu, czy kilkuset lat. Mimo, iż kobiety mają dobre wykształcenie i dobrą pracę i godzą ją z prowadzeniem domu, to często zmuszone są robić to samodzielnie. Wiele się mówi o partnerstwie, ale zdecydowanie trudniej jest wprowadzić je w życie. Dlatego tak ważny jest feminizm. 
W obiegowej opinii słowo "feministka" brzmi jak obelga. W obiegowej opinii jest to osoba nienawidząca mężczyzn, zwalczająca ich. A jak jest faktycznie? Czy dbanie o równość i sprawiedliwość to coś złego? Czy powinnyśmy ze spokojem patrzeć, jak wszelkiego rodzaju autorytety życia społecznego w publicznych wypowiedziach "przyklepują" utarte slogany i nierówności. Wypychają kobiety do szufladek przypisanych ich płci i roli społecznej. Czy tędy droga? Dla mnie feminizm to szacunek do innych, tolerancja, danie innym prawa do współistnienia. I o tym właśnie pisze Paulina Młynarska. Często w emocjach, w mocnych słowach, dosadnie. Jednak zawsze w słusznej intencji. Można się z nią zgadzać, albo nie, jednak nie można jej odebrać wyrazistości. 
Bardzo cenią Paulinę Młynarską i jej dojrzały stosunek do siebie i otaczającego ją świata. Błyskawicznie reaguje na bieżące wydarzenia i rozprawia się z hipokryzją, zacofaniem i bezmyślnością, żeby nie powiedzieć głupotą. 

Paulina Młynarska, Rebel, Prószyński i Ska, 2017, s. 416

wtorek, 15 sierpnia 2017

Clare Mcackntosh "Widzę cię"


Zoe Walker wiedzie normalne życie. Najważniejszymi dla niej osobami są jej dzieci. Ma również kochającego partnera i wymarzony dom. Kobieta pracuje jako księgowa w agencji obrotu nieruchomościami. Jej praca nie jest szczytem marzeń, jednak jest stabilna i pozwala płacić rachunki i żyć na przyzwoitym poziomie. Każdego ranka Zoe żegna się z bliskimi, wychodzi z domu, przechodzi swoją stałą trasę do metra. Potem przesiadka i kolejny pociąg wiezie ją do centrum. Następnie kilka godzin pracy i znów pociąg, droga powrotna. Codzienna rutyna. Nic szczególnego. Każdy dzień podobny jest do poprzedniego. Jednak nagle coś się zmienia. W codziennej gazecie Zoe widzi ogłoszenie serwisu randkowego. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że do reklamy dołączone jest jej zdjęcie. Zaniepokojona kobieta informuje o tym wydarzeniu policję. Nie spodziewa się, że wkrótce przyjdzie jej stoczyć walkę o życie.
"Widzę cię" Clare Mackintosh to sprawnie napisany thriller. Autorka umiejętnie stopniuje napięcie, nie pozwala czytelnikowi nudzić się ani przez chwilę. Umiejętnie prowadzi akcję, a tożsamość mordercy trudno odgadnąć. Powieść nie jest nowatorska, ale ma wszystkie niezbędne dla gatunku cechy. Sam pomysł na fabułę jest niezły. Codzienna rutyna sprawia, że czujemy się bezpiecznie. Jednak utrzymując stały plan dnia możemy stać się łatwym celem dla innych. O problemie stalkingu mówi się w dzisiejszych czasach coraz głośniej. W przypadkach ekstremalnych możemy paść ofiarą morderstwa. Jak wyglądała sytuacja Zoe? Nie była jedyną osobą, której zdjęcia ukazały się na ostatniej stronie codziennej gazety. Kilku z "przypadkowych" modelek przytrafiły się bardzo złe rzeczy. Co czeka Zoe? To, co teoretycznie może spotkać każdego z nas.
"Widzę cię" jest drugą powieścią Clare Mackintosh. Ciekawostką jest fakt, że autorka ma doświadczenie w pracy policyjnej. Ona wie, jak prowadzenie tego typu śledztw wygląda od kuchni. Dzięki temu udało się się stworzyć bardzo ciekawą, trzymającą w napięciu powieść. Nie jest to arcydzieło sztuki literackiej, ale myślę, że każdy, kto lubi opowieści z dreszczykiem powinien po nią sięgnąć. A zaraz potem dokładnie przemyśleć swoje zachowania rutynowe. Tak na wszelki wypadek. Nigdy nie mamy pewności, kto nas obserwuje i jakie ma wobec nas plany.

Clare Mackintosh, Widzę cię, Prószyński i S-ka, 2017, s. 53
Tłumaczenie: Bartosz Kurowski
Tekst dla SzczecinCzyta.pl

niedziela, 11 czerwca 2017

Liane Moriarty "Wielkie kłamstewka"



Seriale telewizyjne święcą ostatnimi czasy triumfy. Kiedyś sposobem określenia popularności autora było sfilmowanie jego książki, dziś na topie jest zrobienie z niej serialu. Szczególnie cenione są te, wyprodukowane przez HBO. Wiosną wielką popularnością cieszył się miniserial "Wielkie kłamstewka". Został on nakręcony na podstawie powieści Liane Moriarty o tym samym tytule. 
Idealny świat. Malownicza, położona nad oceanem miejscowość. Po ulicach jeżdżą tu luksusowe samochody. Za ich kierownicami siedzą ludzie sukcesu. Właściciele dobrze prosperujących firm, mówcy motywacyjni, biznesmeni. Kobiety są tu piękne i zadbane. Piją drogą kawę i kupują markowe buty. Miejscowa szkoła jest idealnym miejscem dla maluchów. Dzieci mogą tu w przyjaznej  atmosferze rozwijać swoje wyjątkowe talenty. To centrum towarzyskie tej miejscowości. Tu spotyka się elita i tu nawiązywane są nowe przyjaźnie, znajomości i skomplikowane układy zależności. Życie idealne? To tylko gra pozorów. Mała społeczność rządzi się swoimi prawami. Łatwo tu dać się zwieść.
Bohaterkami powieści Liane Motairy są trzy kobiety Madleine, Jane i Celeste. Mają dzieci w tym samym wieku i mieszkają w tej samej miejscowości. Są przyjaciółkami, jednak dzieli je wszystko - wiek, status społeczny, stan konta. Spotykają się przypadkiem, jednak powoli uczą się sobie ufać i polegać na sobie. Każda z nich ma tajemnicę, która kładzie się cieniem na ich życiu. Jednak głównym bohaterem powieści jest przemoc. Autorka pokazuje, jaki wpływ ma na życie osób jej doświadczających, ale również ich rodzin, przyjaciół i otoczenia. Autorka patrzy na przemoc w szerszym kontekście i różnych jej przejawach. Największym problemem w powieści jest przemoc domowa. W tym temacie świetnie ukazana jest sylwetka sprawcy, ale również sposób myślenia ofiary. Liane Moriary dobrze przygotowała się do tematu. 
Przemoc ukazana jest tu jednak szerzej. W malej społeczności widzimy różne jej formy. Bo, poza oczywistymi sytuacjami, trudno nam ocenić, jak zachowania innych mogą wpływać na życie innych. Warto zastanowić się, jakie granice wyznaczamy innym i czy umiemy jasno je określać i ich bronić. Dlaczego podejmujemy czasem decyzje wbrew sobie? 
Powieść ta jest połączeniem różnych gatunków. Już na początku dowiadujemy się, że na szkolnym wieczorku integracyjnym dokonane zostało morderstwo. Nie wiemy kto jest ofiarą, ani kto zabił. Każdy rozdział zaczyna się od krótkich wypowiedzi uczestników wieczorku. Zwykle nie mają wiele wspólnego z samym morderstwem, a mówią o stosunkach, jakie panowały w sielankowy Pirriwee. Później autorka przenosi nas w czas poprzedzający spotkanie szkolne. W ten sposób dowiadujemy się jak doszło do tragedii. O tym, kto zginął dowiemy się w dramatycznym finale. 
"Wielkie kłamstewka" do interesująca powieść, od której trudno się oderwać. Czyta się bardzo dobrze. Nie jest to wielka literatura, a dramat społeczny z wątkiem kryminalnym. Raczej kobieca, niż uniwersalna. Postacie są wyraziście zarysowane. Może nieco w zbyt uproszczony sposób. Plusem powieści jest dobrze zilustrowany sposób myślenia ofiar przemocy. Trzeba zrozumieć, że patologia ma miejsce i w idealnych, bogatych domach, wśród wykształconych ludzi. A sam sprawca często pozornie jest uroczym człowiekiem, którego uwielbiają wszyscy znajomi. Czasem trudno dostrzec oczywiste sygnały świadczące o przemocy. Nawet jeśli pojawiają się wątpliwości zwykle tłumaczone są na korzyść sprawcy. 
"Wielkie kłamstewka" to dobra, trzymająca w napięciu powieść. Polecam.

Liane Moriarty, Wielkie kłamstewka, Prószyński i S-ka, 2014, s. 496
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Tekst dla SzczecinCzyta.pl

sobota, 30 kwietnia 2016

Marcin Grygier "Nie patrz w tamtą stronę"



Kryminały cieszą się od lat ogromną popularnością. Niektórzy preferują mocne, mroczne ksiązki skandynawskich autorów, inni wolą detektywów w eleganckim, brytyjskim stylu, jeszcze inni wybierają powieści łączące zagadkę kryminalną z humorem. Jednak jedno jest pewne, wybór powieści jest ogromny, widzieliśmy już prawie wszystko, Dlatego trudno teraz zaskoczyć czytelnika. Tym bardziej na uwagę zasługuje powieść polskiego debiutanta Marcina Grygiera. 
Nadkomisarz Roman Walter ma spore doświadczenie w pracy śledczej oraz traumę, która nie pozwala mu normalnie funkcjonować. Aby zapomnieć o dręczących go koszmarach, próbuje stępiać swoje emocje sporymi dawkami alkoholu. Budzi to zaniepokojenie jego współpracowniczki podkomisarz Alicji Danysz. Tym bardziej, że właśnie odnaleziono potwornie okaleczone zwłoki nastolatki. Śledztwo poprowadzić ma Walter. Wszystko wskazuje na to, że morderca starannie zaplanował zbrodnię oraz, że będą kolejne ofiary. Tu każda godzina ma znaczenie, a w dochodzeniu pojawiają się nowe wątki. Tropy prowadzą w przeszłość. Czy morderca prowadzi wyrafinowaną grę ze swoimi ofiarami? Kto jest rzeczywistym celem ataku? Czy sprawa łaczy się również z przeszłością samego nadkomisarza?
Trudno uwierzyć, że "Nie patrz w tamtą stronę" Marcina Grygiera jest debiutem. Fabuła jest zagmatwana, wielowątkowa i zaskakująca. Autor prowadzi czytelnika przez wydarzenia z przeszłości. Poznajemy historię Nikodema - smutnego, samotnego chłopca, którego życie jest pasmem udręki i upokorzeń. Jak wiele może znieść człowiek, zanim utraci swoje człowieczeństwo? Czy wydarzenia z przeszłości, tak błahe, że mało, kto o nich pamięta, mogą ukształtować mordercę? Grygier gra z emocjami czytelnika, ponieważ z jednej strony mamy okrutne zbrodnie, a z drugiej przejmującą opowieść o odrzuceniu, okrucieństwie świata i ludzi. Ofiara zmienia się w kata, a kat zaś w ofiarę. Kto jest dobry, a kto zły? Kto zasługuje na współczucie, a kto na potępienie?
Powieść Marcina Grygiera napisana jest sprawnie. Szybko wciągamy się w fabułę i z napięciem przerzucamy kolejne strony. Postacie są dobrze, ale z wyczuciem zarysowane. Przyznam szczerze, że nie przepadam za wątkami uczuciowo-romansowymi pomiędzy głownymi bohaterami i trochę przeszkadzało mi określanie Alicji przez jej uczucie do Waltera. Myślę, że powieść lepiej poradziłaby sobie bez niej. Tym bardziej, że wątek nie był przeprowadzony przekonująco. To w sumie jeden z niewielu zarzutów, jaki mogę postawić tej książce. Ogromnym plusem jest odpowiednio stopniowane napięcie, element zaskoczenia i krwiste postacie. Intryga jest tu odpowiednio zawiła i oryginalna, przez co trudno się od tej powieści oderwać. Autor prowadzi nas przez bieżące wydarzenia oraz retrospekcje wyjątkowo sprawnie. Wydarzenia z przeszłości splatają się z teraźniejszością w odpowiednim czasie i w dobrych proporcjach.
Dla miłośników mrocznych kryminałów to lektura obowiązkowa, Dla pozostałych czytelników - pozycja godna uwagi. Z pewnością przeczytam kolejne powieści Marcina Grygiera. 

Marcin Grygier, Nie patrz w tamtą stronę, Prószyński i S-ka, 2016, s. 448
Tekst dla SzczecinCzyta.pl

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

John Steinbeck "Zagubiony autobus"



Nasze życie toczy się zgodnie z utartymi schematami. Codziennie powtarzane czynności dają poczucie bezpieczeństwa. Rutyna uwalnia umysł od procesów poznawczych, pozwala człowiekowi działać na "autopilocie". Wszystko toczy się utartymi ścieżkami. Lecz czasem pojawia się myśl, żeby rzucić wszystko, uwolnić się od codzienności i po prostu odejść. Każdy ma swoją wizję raju, miejsca idealnego. Co ogranicza człowieka w dążeniu do tej krainy cudowności? Poczucie obowiązku? Przyzwoitość? Odpowiedzialność? A może czasem musimy wsiąść do autobusu przemierzającego pustkowie i zostawić codzienność za sobą. 
Lata czterdzieste.  Mała miejscowość w Kalifornii. Czarna dziura, przez którą nie można przejechać inaczej, niż zdezelowanym autobusem Juana Chicoya. Codziennie zabiera on pasażerów z końcowej stacji dużej linii autobusowej i przewozi do miejsca, do którego dociera inna linia. 
Juan wiedzie spokojne życie. Wraz  z żoną Alice prowadzą mały bar dla pasażerów w Rebel Corners. W gospodarstwie pomaga im para miejscowych nastolatków  Pryszcz i Norma. Życie tu jest monotonne. Jednak pewnego dnia coś się zmienia. Zła pogoda sprawia, że autobus Juana, zamiast pokonywać miejscowy most, wyruszy w podróż przez pustkowie.
W autobusie znaleźć możemy przekrój amerykańskiego społeczeństwa lat czterdziestych. Są przedstawiciele różnych warstw społecznych. Mają różne zawody, różne statusy majątkowe, różne potrzeby i marzenia. Każdy z pasażerów jest na innym etapie życia: jest zamożny przedsiębiorca i jego wytworna, idealna żona, jest ich córka - zbuntowana i swoim zdaniem wyzwolona. Chętnie podejmie pracę, ale póki, co z zapałem korzysta z ojcowskiego portfela. Jest weteran wojenny, próbujący ułożyć sobie życie na nowo. Jest sprawiający nieustanne problemy stetryczały starszy pan. Jest dziewczyna, która w życiu widziała już zbyt wiele i druga, która do tej pory nie widziała jeszcze niczego. Jest młokos, który próbuje wejść w wiek męski. No i jest Juan - silny, męski, niezależny. Steinbeck jest mistrzem rysowania ludzkich charakterów. Pokazuje nam dopracowane wizerunki, tylko po to, żeby za chwilę zburzyć je. Nikt tu nie jest czarno-biały i jednowymiarowy. Każdy z bohaterów ukrywa sekrety i każdy chciałby wyrwać się ze schematu swojego życia. Jedni otwarcie podejmują wyzwanie i stawiają wszystko na jedną kartę, inni boją się przyznać do swoich ukrytych pragnień nawet przed samym sobą. Strach paraliżuje ich i nie pozwala wyjść z własnej strefy komfortu. 
John Steinbeck jest klasykiem literatury amerykańskiej. Uhonorowany wieloma nagrodami, w tym Noblem. Ta ostatnia nagroda budziła wiele kontrowersji. Jednak Steinbeck niewątpliwie jest mistrzem. Świetnie znał się na ludzkiej naturze i nie bał się pisać o niej otwarcie. Doświadczenia życiowe sprawiły, że nie był zamknięty pod szklanym kloszem, a poznał życie od podszewki. I to właśnie daje jego bohaterom autentyczność. "Zagubiony autobus" nie ma wartkiej, pełnej napięcia fabuły, jej siłą jest obraz społeczeństwa amerykańskiego lat czterdziestych. I nie jest to obraz wesoły. 
Warto przeczytać.

John Steinbeck, Zagubiony autobus, Prószyński i S-ka, 2016, s. 304
Tłumaczenie: Andrzej Nowicki

Tekst dla SzczecinCzyta.pl

niedziela, 20 marca 2016

Steve Sem-Sandberg "Wybrańcy"



Są historie tak przerażające, że trudno o nich mówić. Szczególnie straszne jest, kiedy lekarze - osoby zaufania publicznego -  pod płaszczykiem opieki medycznej i troski o najsłabszych, realizują makabryczne plany i pomysły fanatycznych polityków. Jak uwierzyć, że ludzie, do których rodzice chorych czy niepełnosprawnych dzieci zwracali się o pomoc dla swych pociech, bezlitośnie swych podopiecznych mordowali. Czy kompetentna i poważna przełożona pielęgniarek może masowo uśmiercać pacjentów? Czy godny szacunku i dystyngowany naukowiec może bez skrupułów przeprowadzać okrutne eksperymenty na powierzonych mu dzieciach? Jak poradzić sobie z taką traumą?
Klinika Am Spiegelgrund była częścią wiedeńskiego kompleksu szpitalnego Steinhof. Początkowo był to najnowocześniejszy w Europie szpital dla osób chorych psychicznie. Dojście nazistów do władzy i przyłączenie Austrii do III Rzeszy nieco zmieniło charakter tej placówki. Wydzielono w nim oddział dla chorych psychicznie dzieci, oddział wychowawczy, przeznaczony dla nieletnich, sprawiających problemy wychowawcze, krnąbrnych, zdemoralizowanych oraz stworzono tzw. sanatorium. Specjalnie przygotowany personel miał radzić sobie z dziećmi opóźnionymi w rozwoju, upośledzonymi, niepełnosprawnymi, ale także z tym, których pochodzenie rasowe i społecznie uznano za niepożądane. Starannie ukrywano przed opinią publiczną prawdziwe zadanie kliniki Spiegelgrund - systematyczne uśmiercanie "elementu niepożądanego", małych "wrzodów" na zdrowym organizmie idealnej III Rzeszy. 
Klinika Spiegelgrund była miejscem kaźni. Torturowano i mordowano w niej dzieci - od noworodków, po nastolatków. Szacuje się, że życie straciło tam, co najmniej 789 podopiecznych. Rodzice często oddawali tam dzieci w dobrej wierze. Byli przekonani, że doświadczony personel lepiej poradzi sobie z ich pociechami. Była wojna, czasy były trudne. Wielu mężów zginęło na froncie i samotnym matkom często trudno było pogodzić walkę o utrzymanie rodziny z opieką nad wymagającym stałych starań dzieckiem. Personel szpitala przy pierwszych spotkaniach był troskliwy i współczujący. Świetnie rozumiał rodziców i obiecywał, ze zajmie się ich dzieckiem z najwyższą troską i oddaniem. Jednak szybko rodzice przekonywali się, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości. Nie mogli widywać swojego dziecka, ani zabrać go ze szpitala. Często w kilka tygodni po umieszczeniu syna czy córki w placówce dostawali list kondolencyjny, z którego dowiadywali się, że ich dziecko zmarło nagle na zapalenie płuc. Jaka była prawda? Dużo bardziej okrutna. Podopieczni kliniki byli torturowani. W celach badawczych przeprowadzano na nich niezwykle bolesne, niebezpieczne i zupełnie zbędne badania. W pewnym momencie nakłucie lędźwiowe było już standardem. Dzieci były bite, podtapiane w lodowatej wodzie, głodzone, poniżane, wystawiane jako eksponaty na wykładach i pokazach. Za próbę ucieczki aplikowano im zastrzyki z siarki. A wszystko to w imię dobra III Rzeszy i nauki. 
Kim byli ludzie, który dokonywali tak makabrycznych czynów? Oddane pracy, profesjonalne pielęgniarki i pełni pasji lekarze. Kiedy po wojnie dopadła ich sprawiedliwość, nie widzieli swojej winy. W czasie procesów ze zdumieniem słuchali oskarżycieli. Przecież wypełniali tylko swoje obowiązki. Niektórym z nich udało się uniknąć odpowiedzialności. Ba! Umieli wykorzystać wiedzę zdobytą podczas mordowania dzieci do zbudowania swojej powojennej kariery naukowej. 
"Wybrańcy" Sema- Sandberga to książka trudna. W sumie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Lektura poprzedniej książki tego autora "Biedni ludzie z miasta Łodzi" również nie należała do przyjemnych. Część bohaterów jest autentyczna, część z nich nie. Większość informacji na temat tego, jak w klinice traktowano dzieci autor miał od człowieka, któremu udało się przeżyć to piekło Friedricha Zawrela. Po latach milczenia na temat praktyk stosowanych w Spiegelgrund dowiadujemy się o nich coraz więcej. Napisano na ten temat wiele książek i artykułów. W 1997 roku w podziemiach budynku odkryto kilkaset ciał dzieci przerobionych na preparaty badawcze. Ofiary doczekały się pogrzebów dopiero w 2002 roku. Tożsamości wielu z nich nie udało się ustalić. 
Powieść Steva Sema-Sandberga jest nieprzyjemna i trudna. Z jednej strony można myśleć, że nie lubimy czytać o takich sprawach, bo nie chcemy się denerwować. Jednak taki sposób myślenia sprawił, że o zbrodniach w klinice Spiegelgrund przez tyle lat milczano. Przez to przemilczenie niektórym z członków personelu udało się uniknąć odpowiedzialności. Dodatkowo książka ta jest przestrogą. W "gościnne" mury kliniki mógł trafić każdy - tu nie przejmowano się, czy choroba jest rzeczywista czy nie. Dodatkowo morderstwa te miały oparcie w obowiązującym w III Rzeszy prawie. Mordercy wykonywali tylko swoje obowiązki. I tu pojawia się pytanie o relatywizm kodeksu moralnego. Czy praworządna pielęgniarka Anna Katschenka była winna czy nie? Przecież ona tylko nienagannie wykonywała swoją pracę. To też ku przestrodze. W obliczu historii łatwo zgubić swoje człowieczeństwo. 

Steve Sem-Sandberg, Wybrańcy, Wydawnictwo Literackie, 2016, s. 560

sobota, 9 stycznia 2016

Katarzyna Surmiak-Domańska "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość"


Wydarzenia, które miały miejsce podczas nocy sylwestrowej w wielu niemiecki miastach sprawiają, że na nowo toczy się dyskusja o różnicach kulturowych, odmienności i rasizmie. Wiele osób, które do tej pory pozostawało w tej dyskusji neutralnych, teraz zaczyna się radykalizować. Coraz częściej usłyszeć możemy słowa: "Nie byłem rasistą, ale teraz...". Internet huczy od skrajnych poglądów, a na ulice wielu europejskich miast wychodzą, gotowe walczyć o bezpieczeństwo Europejczyków, grupy osób o radykalnych poglądach. Dyskusja o bezpieczeństwie jest niewątpliwie potrzebna, jednak niektóre z wygłaszanych opinii przywodzą na myśl amerykańską wojnę ras. A samozwańcze grupy strażników "białych kobiet" zaczynają przypominać zakapturzone, białe postacie - członków Ku Klux Klanu. 
Historia Ku Klux Klanu jest długa, burzliwa i niezbyt chlubna. Jej założyciele twierdzili, że ich celem było stworzenie organizacji zapewniającej rozrywkę i jakiś cel w smutnym krajobrazie pokonanego Południa. Tajność i tajemnicze rytuały miały sprawiać wrażenie elitarności. Niezbyt wymyślne, wręcz groteskowe stroje szybko zaczęły budzić grozę wśród ciemnoskórych mieszkańców okolicznych miasteczek. Członkowie organizacji, w większości mężczyźni ci, młodsi i ci, w sile wieku, postanowili wykorzystać sytuację i rozprawić się z tymi, których uważali za źródło problemów w ich małych społecznościach. Wszystko wymknęło się spod kontroli. To, co miało być zabawą, zmieniło się w niebezpieczną grę. Zastraszanie przeszło w akty terroru. Organizacja zasłynęła z organizowania pikników, na których główną atrakcją było palenie krzyży i lincze. Zdumiewający jest fakt, jak działania Klanu były przyjmowane przez społeczeństwo. Szanowani obywatele, spokojni członkowie miejscowych kościołów, ojcowie rodzin i kochające matki wraz z dziećmi chętnie fotografowali się na tle umęczonych, torturowanych i mordowanych ofiar zakapturzonych postaci. Nawet, jeśli udało się schwytać któregoś ze sprawców, to zawodził także wymiar sprawiedliwości. Rzadko, który z członków Klanu ponosił karę za swoją działalność.  
Z czasem przynależność do Ku Klux Klanu oraz, dotychczas akceptowane rasistowskie poglądy, stały się wstydliwą tajemnicą całych rodzin i społeczności. Panująca w Stanach Zjednoczonych poprawność polityczna sprawia, że osoby otwarcie przyznające się do sympatyzowania z Klanem są zwalniane z pracy, przyjaciele i znajomi odsuwają się od nich, nie mogą uczestniczyć w życiu publicznym. Szala przeważyła się w drugą stronę i teraz często to przedstawiciele białej rasy są w opozycji. Jednak jest miejsce w USA, gdzie od wielu dekad nic się nie zmieniło. To tzw. amerykański pas biblijny "Bible Belt". Obejmuje on południe Stanów Zjednoczonych - m.in. stany: Arkansas, Alabama, Tennessee, Oklahoma, Teksas, Missisipi, Georgia, Luizjana. Zamieszkiwany jest głównie przez białych chrześcijan, w większości protestantów. Tu największym grzechem jest ateizm. W jednym z miasteczek w Arkansas - Harrison swoją siedzibę ma organizacja Rycerze Ku Klux Klanu, na której czele stoi pastor Thomas Robb. To właśnie on organizuje Doroczny Krajowy Zjazd KKK, na który postanowiła wybrać się polska dziennikarka Katarzyna Surmiak-Domańska. Czego można się spodziewać po tego typu spotkaniu? Co zostało z dawnych, uwieńczonym linczem festynów dla białej części społeczności? Pozornie niewiele. Zjazd przypomina piknik. Przemawiają osoby z tytułami naukowymi, organizowane są gry i zabawy dla dzieci, a także recitale mniej lub bardziej znanych piosenkarzy. Wszystko to w atmosferze radości i serdeczności. Wprawdzie pastor Robb wyraził zgodę na obecność dziennikarki na zjeździe i pozwolił członkom organizacji na rozmawianie z nią, jednak w praktyce szybko okazało się, że stale trzyma rękę na plusie, selekcjonuje rozmówców i poruszane tematy. Przeprowadzone wywiady są dla Surmiak-Domańskiej punktem wyjścia do opowieści o historii Ku Klux Klanu. Stara się zrozumieć, co sprawia, że bogobojni mieszkańcy Bible Belt potrafią z taką nienawiścią i pogardą mówić o innych rasach. Często nawet nie znają osobiście żadnych ich przedstawicieli. Harrison, to tzw. miasto zachodzącego słońca, z którego niegdyś wypędzono wszystkich ciemnoskórych mieszkańców. Zmieniły się czasy, zmieniła się retoryka liderów organizacji rasistowskich. Słowa nienawiści zastąpiono pochwałami własnej rasy. Teraz mówi się o miłości, ochronie i kulturze. Trudno oprzeć się zawiłej i wymyślnej argumentacji, przedstawianej najczęściej niewykształconym i niezbyt zamożnym ludziom. KKK otacza opieką osoby zagubione, poszukujące swojego miejsca na ziemi i celu - oczywiście pod warunkiem, że są białymi chrześcijanami. Członkostwo w Klanie już nie oznacza paradowania w komicznym, białym stroju (przeznaczone są na specjalne okazje). Teraz wystarczy mieć dostęp do sieci internetowej i płacić składki członkowskie.
Książka Katarzyny Surmiak-Domańskiej jest niezwykle interesującą podróżą w głąb Bible Belt i psychiki człowieka. Co sprawia, że empatia, szacunek do drugiej osoby i zwykłe ludzkie współczucie przegrywają z uprzedzeniami rasowymi? Autorka stara się nie oceniać osób, z którymi rozmawia. Stara się zrozumieć, co nimi powodowało, jak dali się uwieść retoryce Klanu. Reportaż jest bardzo interesujący, trudno oderwać się od lektury. Członkowie Ku Klux Klanu postrzegani są jako osoby proste, bez wykształcenia, o ograniczonych poglądach. Ot, amerykańska biała hołota. Po II wojnie światowej i Holocauście takie poglądy w Europie byłyby nie do przyjęcia. A jednak skończeniu lektury włączamy komputer i czytamy komentarze pod artykułami o uchodźcach. I tu czas na refleksję - czy naprawdę różnimy się od mieszkańców Bible Belt?
Zdecydowanie polecam.


Katarzyna Surmiak-Domańska, Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość. Wydwanictwo Czarne, 2015, s. 293