books on my mind: Wyd. Czarne
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Czarne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 listopada 2017

Ewa Winnicka "Był sobie chłopczyk"



19 marca 2010 roku w stawie hodowlanym pod Cieszynem dwóch chłopców zobaczyło ciało chłopca. Maluch ubrany był w czerwoną kurtkę, bluzkę z paski, spodnie bojówki, rajstopy. Na głowie miał wełnianą czapkę i na jednej rączce rękawiczkę (potem jego rodzice będą podkreślać, że ubrali go starannie, w ładne, czyste ubranie). Miał blond włosy. Początkowo jego wiek oceniono na 3-4 lata, jednak lekarze zweryfikowali wiek - chłopiec miał 1,5 roku. Przed śmiercią został pobity. Wskutek uderzenia w brzuch pękło mu jelito. Zmarł z powodu zapalenia otrzewnej, to była bardzo bolesna śmierć. 
Nie udało się ustalić tożsamości chłopca. Ruszyło śledztwo na bardzo szeroką skalę. Policjanci otrzymali spis dzieci w tym wieku i kilkukrotnie chodzili od drzwi do drzwi, szukając rodziny, w której brakuje dziecka. Wszystkich, którzy uczestniczyli w dochodzeniu i opinię publiczną szokował fakt, że nikt nie zgłosił zaginięcia, czy śmierci dziecka. Jak to możliwe, że w dzisiejszych czasach jest to  w ogóle możliwe. W mediach i internecie udostępniono zdjęcie dziecka, proszono o wszelkie możliwe informacje. Policja otrzymała wiele zgłoszeń, jednak żadne z nich nie prowadziło do ustalenia danych chłopca. Po dwóch latach bezowocnych poszukiwań, zawieszono śledztwo. Wszyscy stracili nadzieję, kiedy nagle policja dostała zgłoszenie - chłopcem znalezionym w cieszyńskim stawie był Szymon z Będzina. 
Lektura książki "Był sobie chłopczyk" jest trudna. Wiem, że są rodziny patologiczne, gdzie zupełnie nie dba się o zdrowie i szczęście dzieci. Jednak przypadek matki Szymona Beaty jest dla mnie wyjątkowo szokujący. Urodziła ośmioro dzieci, ale czy była matką? Biologicznie z pewnością, jednak trudno ją tak nazwać. Nie interesowała się losem żadnego z nich. To, co spotkało Szymona było tragiczne, jednak żadne z jej dzieci nie zaznało matczynej miłości. Każde z nich jest ofiarą Beaty. 
Rodzina Beaty i Jarosława cały czas podkreśla, że nie miała pojęcia o losie chłopca. Rodzice zbudowali fasadę z kłamstw. Beata na szczepienia zaprowadziła swojego wnuka. Dziadkom opowiadali, że chłopiec przebywa u drugich dziadków. Przed dwa lata pobierali zasiłki rodzinne. Wierzę, że rodzina mogła nie wiedzieć o losie chłopca. Na zdjęciach pośmiertnych trudno poznać dziecko, które widywało się bardzo rzadko. A że Beata oddała dziecko na wychowanie? Przecież zrobiła to samo z piątką starszych dzieci. Porzuciła je na pastwę losu. Rodzice Beaty poddali się i nie utrzymywali z nią kontaktu, trudniej zrozumieć matkę Jarosława, która bywała w mieszkaniu pary. To bardzo smutna, dramatyczna sytuacja. Świat pędzi do przodu, internet dał nam dostęp do wszelkich informacji, a dzięki portalom społecznościowym stale jesteśmy w kontakcie. Jednak w XXI wieku mały chłopiec może zniknąć bez śladu i przez dwa lata nikt tego nie zauważył. Straszne.
"Był sobie chłopczyk" Ewy Winnickiej to próba wyjaśnienia, dlaczego taka sytuacja miała miejsce. Napisana jest bez epatowania dramatyzmem, bez przerysowania. Jest to opowieść o patologii rodzinnej, znieczulicy społecznej i o mieście, w którym to wszystko się zdarzyło. Ten reportaż to hołd złożony temu nieszczęśliwemu, małemu chłopcu.

Winnicka Ewa, Był sobie chłopczyk, Wydawnictwo Czarne, 2017, str. 208

sobota, 9 stycznia 2016

Katarzyna Surmiak-Domańska "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość"


Wydarzenia, które miały miejsce podczas nocy sylwestrowej w wielu niemiecki miastach sprawiają, że na nowo toczy się dyskusja o różnicach kulturowych, odmienności i rasizmie. Wiele osób, które do tej pory pozostawało w tej dyskusji neutralnych, teraz zaczyna się radykalizować. Coraz częściej usłyszeć możemy słowa: "Nie byłem rasistą, ale teraz...". Internet huczy od skrajnych poglądów, a na ulice wielu europejskich miast wychodzą, gotowe walczyć o bezpieczeństwo Europejczyków, grupy osób o radykalnych poglądach. Dyskusja o bezpieczeństwie jest niewątpliwie potrzebna, jednak niektóre z wygłaszanych opinii przywodzą na myśl amerykańską wojnę ras. A samozwańcze grupy strażników "białych kobiet" zaczynają przypominać zakapturzone, białe postacie - członków Ku Klux Klanu. 
Historia Ku Klux Klanu jest długa, burzliwa i niezbyt chlubna. Jej założyciele twierdzili, że ich celem było stworzenie organizacji zapewniającej rozrywkę i jakiś cel w smutnym krajobrazie pokonanego Południa. Tajność i tajemnicze rytuały miały sprawiać wrażenie elitarności. Niezbyt wymyślne, wręcz groteskowe stroje szybko zaczęły budzić grozę wśród ciemnoskórych mieszkańców okolicznych miasteczek. Członkowie organizacji, w większości mężczyźni ci, młodsi i ci, w sile wieku, postanowili wykorzystać sytuację i rozprawić się z tymi, których uważali za źródło problemów w ich małych społecznościach. Wszystko wymknęło się spod kontroli. To, co miało być zabawą, zmieniło się w niebezpieczną grę. Zastraszanie przeszło w akty terroru. Organizacja zasłynęła z organizowania pikników, na których główną atrakcją było palenie krzyży i lincze. Zdumiewający jest fakt, jak działania Klanu były przyjmowane przez społeczeństwo. Szanowani obywatele, spokojni członkowie miejscowych kościołów, ojcowie rodzin i kochające matki wraz z dziećmi chętnie fotografowali się na tle umęczonych, torturowanych i mordowanych ofiar zakapturzonych postaci. Nawet, jeśli udało się schwytać któregoś ze sprawców, to zawodził także wymiar sprawiedliwości. Rzadko, który z członków Klanu ponosił karę za swoją działalność.  
Z czasem przynależność do Ku Klux Klanu oraz, dotychczas akceptowane rasistowskie poglądy, stały się wstydliwą tajemnicą całych rodzin i społeczności. Panująca w Stanach Zjednoczonych poprawność polityczna sprawia, że osoby otwarcie przyznające się do sympatyzowania z Klanem są zwalniane z pracy, przyjaciele i znajomi odsuwają się od nich, nie mogą uczestniczyć w życiu publicznym. Szala przeważyła się w drugą stronę i teraz często to przedstawiciele białej rasy są w opozycji. Jednak jest miejsce w USA, gdzie od wielu dekad nic się nie zmieniło. To tzw. amerykański pas biblijny "Bible Belt". Obejmuje on południe Stanów Zjednoczonych - m.in. stany: Arkansas, Alabama, Tennessee, Oklahoma, Teksas, Missisipi, Georgia, Luizjana. Zamieszkiwany jest głównie przez białych chrześcijan, w większości protestantów. Tu największym grzechem jest ateizm. W jednym z miasteczek w Arkansas - Harrison swoją siedzibę ma organizacja Rycerze Ku Klux Klanu, na której czele stoi pastor Thomas Robb. To właśnie on organizuje Doroczny Krajowy Zjazd KKK, na który postanowiła wybrać się polska dziennikarka Katarzyna Surmiak-Domańska. Czego można się spodziewać po tego typu spotkaniu? Co zostało z dawnych, uwieńczonym linczem festynów dla białej części społeczności? Pozornie niewiele. Zjazd przypomina piknik. Przemawiają osoby z tytułami naukowymi, organizowane są gry i zabawy dla dzieci, a także recitale mniej lub bardziej znanych piosenkarzy. Wszystko to w atmosferze radości i serdeczności. Wprawdzie pastor Robb wyraził zgodę na obecność dziennikarki na zjeździe i pozwolił członkom organizacji na rozmawianie z nią, jednak w praktyce szybko okazało się, że stale trzyma rękę na plusie, selekcjonuje rozmówców i poruszane tematy. Przeprowadzone wywiady są dla Surmiak-Domańskiej punktem wyjścia do opowieści o historii Ku Klux Klanu. Stara się zrozumieć, co sprawia, że bogobojni mieszkańcy Bible Belt potrafią z taką nienawiścią i pogardą mówić o innych rasach. Często nawet nie znają osobiście żadnych ich przedstawicieli. Harrison, to tzw. miasto zachodzącego słońca, z którego niegdyś wypędzono wszystkich ciemnoskórych mieszkańców. Zmieniły się czasy, zmieniła się retoryka liderów organizacji rasistowskich. Słowa nienawiści zastąpiono pochwałami własnej rasy. Teraz mówi się o miłości, ochronie i kulturze. Trudno oprzeć się zawiłej i wymyślnej argumentacji, przedstawianej najczęściej niewykształconym i niezbyt zamożnym ludziom. KKK otacza opieką osoby zagubione, poszukujące swojego miejsca na ziemi i celu - oczywiście pod warunkiem, że są białymi chrześcijanami. Członkostwo w Klanie już nie oznacza paradowania w komicznym, białym stroju (przeznaczone są na specjalne okazje). Teraz wystarczy mieć dostęp do sieci internetowej i płacić składki członkowskie.
Książka Katarzyny Surmiak-Domańskiej jest niezwykle interesującą podróżą w głąb Bible Belt i psychiki człowieka. Co sprawia, że empatia, szacunek do drugiej osoby i zwykłe ludzkie współczucie przegrywają z uprzedzeniami rasowymi? Autorka stara się nie oceniać osób, z którymi rozmawia. Stara się zrozumieć, co nimi powodowało, jak dali się uwieść retoryce Klanu. Reportaż jest bardzo interesujący, trudno oderwać się od lektury. Członkowie Ku Klux Klanu postrzegani są jako osoby proste, bez wykształcenia, o ograniczonych poglądach. Ot, amerykańska biała hołota. Po II wojnie światowej i Holocauście takie poglądy w Europie byłyby nie do przyjęcia. A jednak skończeniu lektury włączamy komputer i czytamy komentarze pod artykułami o uchodźcach. I tu czas na refleksję - czy naprawdę różnimy się od mieszkańców Bible Belt?
Zdecydowanie polecam.


Katarzyna Surmiak-Domańska, Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość. Wydwanictwo Czarne, 2015, s. 293

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Charlie LeDuff "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki"


Nie ma smutniejszego widoku, niż umierające miasto. Zamykane zakłady przemysłowe, pustoszejące budynki, rosnąca ilość umieszczanych w oknach informacji o mieszkaniach na sprzedaż, rosnące wskaźniki przestępczości. Szczególnie bolesne jest, kiedy powolne wymieranie dotyka naszego rodzinnego miasta. 
Detroit było stolicą przemysłu samochodowego. To tu swoje fabryki miały amerykańskie koncerny. Duża ilość miejsc pracy przyciągała do miasta niezliczone rzesze przybyszów z różnych stron Ameryki i imigrantów. Sporą reprezentację mieli tu także Polacy, chętnie zatrudniani przy produkcji, lecz niezbyt chętnie przyjmowani wśród zamożniejszych, amerykańskich mieszkańców przedmieść. 
Miasto dawało zatrudnienie i zapewniało byt, jednak jednocześnie szybko doszło tu do konfliktów na tle rasowym. W 1967 roku wybuchły tu zamieszki, które pochłonęły życie wielu osób oraz spowodowały wielkie straty ekonomiczne. Strach przez przemocą i przestępczością sprawił, że bogatsi mieszkańcy miasta izolowali się w podmiejskich dzielnicach, zaś przedsiębiorcy zamykali swoje firmy lub przenosili je w inne miejsca. Pociągnęło to za sobą wzrost bezrobocia i coraz większą biedę. Powoli, w pozornie niezauważalny sposób, do miasta wkroczyły korupcja, i niegospodarność. Niedofinansowane służby publiczne nie dawały sobie rady z rosnącą falą przestępstw, wandalizmem i pożarami. Miasto umierało. 
Właśnie do takiego Detroit wrócił dziennikarz Charlie LeDuff. Opuścił miasto wiele lat temu. Zostawił za sobą wspomnienia dzieciństwa i rodzinne tragedie. Losy jego rodziny związane są z miastem w nierozerwalny sposób. Wraz z nim LeDuffowie przeżywali swoje wzloty i upadki. Teraz, po latach, Charlie chciał oddać hołd umierającemu miastu swojego dzieciństwa. Pożegnać miejsca, które mają dla niego szczególne znaczenie, zrozumieć co doprowadziło do upadku takiej potęgi przemysłowej. Dlaczego mieszkańcy barykadują się w swoich domach, a najciekawszą masową rozrywką stało się oglądanie płonących budynków. Dlaczego policja nie radzi sobie ze stale rosnąca liczbą morderstw i innych przestępstw. Dlaczego tak niewielu przestępców trafia tu przed oblicze sądu. Gdzie podziały się pieniądze z budżetu, przeznaczone na dofinansowanie jednostek strażackich. Przecież brak profesjonalnego sprzetu daje pewność, że wcześniej czy później wydarzy się tu wielka tragedia. Wszystko to stanowi dla Charlie'ego LeDuffa swoiste katharsis, podróż przez piekło, powrót do najbardziej bolesnych wydarzeń z przeszłosci. Rozmawiając z kolejnymi osobami, bardzo dostanie i bez rozmycia pokazuje nam, kto jest tu kim. Le Duff nie jest dyplomatą, nie chce nim być. U niego nie ma wybielania czy przemilczania. Wymienia ludzi z nazwiska i mówi o nich w do bólu szczery sposób. Dotyczy to osób, które codziennie przyczyniają się do agonii miasta, któremu miały służyć - polityków, burmistrza, radnych miejskich. U LeDuffa żałosna osoba, taką właśnie pozostaje. Za to ceni on osoby prawe, szczere i odważne. Relatywizuje ich uczynki, zawsze widzi szerszy kontekst. 
Charlie LeDuff nie jest osobą przyjemną w obyciu. To szorstki mężczyzna o wielkim ego. Jednak z każdego jego słowa przebija miłość do miejsca, w którym się wychował oraz smutek, ból i rozczarowanie z powodu takiego jego końca. Często bezwzględna szczerość dziennikarza i wymienianie nazwisk rozmówców, w połączeniu z ich nie do końca oficjalnymi wypowiedziami, sprawiła wiele kłopotów, nawet osobom, które dziennikarz szanował, lubił i podziwiał. Jednak książka, którą napisał jest bardzo dobra, Detroit niewątpliwie jest symbolem Ameryki - nie jej pięknej strony, jaką zwykły pokazywać media, a jej drugiego, ciemnego oblicza. 

Charlie LeDuff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, Wydawnictwo Czarne, 2015, s. 240, tłum. Iga Noszczyk
SzczecinCzyta.pl