books on my mind: biografie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lipca 2014

Erik Larson "Diabeł w Białym Mieście"



Wielkie wydarzenia od zawsze interesował, fascynowały i przyciągały ludzi. Wystawa Światowa w Paryżu odniosła spektakularny sukces. Młode Stany Zjednoczone nie mogły być gorsze. Chciały udowodnić światu swoją wielkość. Z tego też powodu postanowiły zorganizować wystawę, która miała przyćmić tę paryską. Długo trwały spory o lokalizację imprezy. W końcu zdecydowano się na Chicago. Starannie wybrano architektów odpowiedzialnych za realizację śmiałych planów. Zaszczyt ten przypadł Danielowi Burnhamowi i John'owi Rootowi. To oni koordynować mieli prace architektów, projektantów ogrodów, budowniczych. Niestety Root zmarł w trakcie wstępnych negocjacji z najlepszymi specjalistami w kraju. Daniel Burnham w hołdzie zmarłemu przyjacielowi postanowił doprowadzić ich plany do końca. I tak, w niezwykle krótkim czasie, powstało miasto marzeń - Białe Miasto.
W kraju panował kryzys. Budowa na terenach wystawy kolumbijskiej zapewniała pracę, dlatego do Chicago ściągali ludzie z całego kraju. Wszyscy widzieli to miejsce jako raj, spełnienie marzeń. Tak to miasto widział także nieśmiały absolwent szkoły medycznej Herman Webster Mudgett. W 1886 roku przyjął on pseudonim dr H.H. Holmes i wyruszył na podbój Chicago. Zobaczył w mieście nieograniczone możliwości. To tu za pomocą oszustwa przejął dobrze funkcjonującą drogerię. Tu oszukiwał, kradł i uwodził kolejne naiwne blondynki. Pracownice jego sklepu oraz kolejne narzeczone i żony znikały w niewyjaśnionych okolicznościach. Wykorzystując potencjał, jaki dawała wystawa światowa, zainwestował w budowę hotelu. Trudno ten budynek nazwać zwykłym. Był to ponury zamek, pełen krętych korytarzy, tajemnych przejść i zapadni. W piwnicach znajdował się dźwiękoszczelny sejf i ogromny piec. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że uroczy i przystojny H.H. Holmes okaże pierwszym amerykańskim seryjnym mordercą. 
Erik Larson napisał dwie fascynujące książki. Jedna z nich opowiada o historii Kolumbijskiej Wystawy Światowej. Skupia się na jej twórcach, przedstawia cały proces decyzyjny, szczegóły budowy i ciekawostki z jej funkcjonowania. Druga książka to biografia H.H. Holmesa. Wiem, że opowiadając o dr. Holmesie trudno pominąć tło historyczne, jakim była Wystawa Światowa. Jednak przyznaję, że zupełnie nie widzę klucza, według którego Larson połączył te dwie historie. Przeplatają się one w zupełnie niezależny od siebie sposób. Jak na tło historyczne - Wystawa omówiona jest zbyt szczegółowo. Podobnie jest z opowieścią o Holmesie - jeśli jego biografia ma być dodatkiem do Wystawy, to również jest zbyt szczegółowa. Obie opowieści są interesujące i obie czyta się z przyjemnością. Trudno jednak nazwać je powieścią, ponieważ "Diabeł w Białym Mieście" jest książką historyczną - popularnonaukową, ale nadal historyczną. Autor zasypuje nas szczegółami technicznymi, ciekawostkami i anegdotami. Chętnie cytuje menu z obiadów jadanych przez organizatorów. Suto też raczy nas statystykami. Larson kryguje się we wstępie, że może dodał zbyt wiele wyjaśnień historycznych, jednak moim zdaniem idea stworzenia powieści łączącej Wystawę i Holmesa gubi się gdzieś w powodzi tych szczegółów. 
Mimo tych wad "Diabła w Białym Mieście" warto przeczytać. Larson ma lekkość pióra, która pozwala mu pisać o historii w sposób, który zainteresuje każdego. Pewnie w innych okolicznościach nie sięgnęłabym po historię o Kolumbijskiej Wystawie Światowej. Jednak tu podano mi ją w niezwykle interesujący, pasjonujący sposób. Jestem pewna, że przeczytam pozostałe książki tego autora. 

Erik Larson, Diabeł w Białym Mieście, Wydawnictwo Sonia Draga, 2014, s. 464

wtorek, 9 kwietnia 2013

Kathy O'Beirne "Wstrząsające wyznania Kathy"


Wiele się ostatnio mówi o fali rozwodów. Wiele osób z rozrzewnieniem wspomina dawne czasy, kiedy ludzie przyrzekali, że będą ze sobą do śmierci i dotrzymywali słowa. A czy zastanawialiście się, skąd bierze się taka ilość rozwodów? Ja myślę o tym dość często i uważam, że jednym z powodów, dla których małżeństwa się rozpadają jest ekonomiczne uniezależnienie się kobiet.  Nie wyobrażam sobie tego, żeby pracująca, współczesna kobieta pozwalała na to, aby jej mąż robi jej dziecku to, co świętoszkowaty pan O'Beirne robił 7-letniej Kathy. Nie mogę pojąć, jak można patrzeć na katowanie małego dziecka, na maltretowanie go, na wyrzucanie na mróz, a w końcu na wywiezienie go z domu pod opiekę sióstr. Mało tego, matka Kathy widziała również co z jej dzieckiem robiły siostry i nie podjęła żadnych działań, żeby to zmienić. Niepojęte. Nigdy, przenigdy nie pozwoliłabym na to. Moment, w którym mój mąż po raz pierwszy uderzyłyby moje dziecko, byłyby ostatnim momentem naszego małżeństwa. A uzależnione ekonomicznie kobiety siedziały cicho i zgadzały się na wszystko, co zarządził pan i władca. 
Mała Kathy, przyzwyczajona przez ojca do przemocy, pozostaje bierna na przemoc seksualną ze strony szkolnych kolegów. Dzień przed pierwszą komunią dostaje zgwałcona. Fakt, że w tak ważnym dla katolika dniu nie była, w swojej opinii, czysta i niewinna, wpłynął na całe jej życie. Bierze na siebie winę, czuje się zbrukana i nic nie warta. Kiedy więc ojciec wywozi ją do prowadzonego przez zakonnice domu poprawczego, godzi się z tym. Jedyny bunt budzi w niej rozłąka z ukochaną matką. Zakonnice skwapliwie zabierają się za wyganianie z niej szatana. Biją, maltretują, upokarzają, każą wykonywać niewolniczą pracę. Pozwalają na to, żeby księża i świeccy "dobroczyńcy" zakonu wykorzystywali pozostające pod ich opieką dzieci. Kiedy Kathy zgłasza siostrze przełożonej, że została zgwałcona, to za karę zostaje odesłana do szpitala psychiatrycznego. W szpitalu fala okrucieństwa, upokarzania i gwałtów zostaje wzbogacona o testowanie na dzieciach różnych leków psychotropowych i kolejne sesje elektrowstrząsów (często bez znieczulenia). Kolejnym, docelowym  miejscem zamieszkania Kathy staje się pralnia Magdalenek. Jest to tzw. azyl, gdzie wszelkiej maści grzesznice mają odpokutować swoje grzechy. W praktyce jest to obóz pracy przymusowej, gdzie przetrzymywane przez zakonnice kobiety, często do końca życia, pracują ponad siły na rzecz zakonu. Często za karę trafiały tam grzesznice, których przewinieniem było to, że zostały zgwałcone!
To, o czym pisze Kathy O'Berine mogłoby wydawać się nieprawdopodobne. Kościół długo bronił się przez zarzutami kobiet, którym jakimś cudem udało się uciec z piekła. Jednak w 1993 r. afera dotycząca pralni Magdalenek ujrzała światło dzienne. Społeczeństwo w końcu mówiło otwarcie o tym, o czym do tej pory tylko szeptano. Po dogłębnym śledztwie premier Irlandii przeprosił wszystkie ofiary zakonu za krzywdy, jakie je spotkały.
Czy wspomnienia Kathy są prawdziwe? Nie umiem ocenić. W sieci znaleźć można mnóstwo głosów mówiących o tym, że pani O'Berine znacznie ubarwiła swoje wspomnienia. Miała to zrobić w celu zyskania większego odszkodowania. Niezależnie od tego, jak wygląda prawda, mnie przeraża fakt, że z całą pewnością wiele kobiet przeżyło piekło. Nie tylko w przytułkach i szpitalach psychiatrycznych, w których część z nich przebywa do tej pory, ale przede wszystkim we własnych rodzinach. Jak możliwe jest, żeby katolickie, bogobojne środowisko karało ofiarę gwałtu, a nie jego sprawcę? Dodatkowo jestem całkowicie oburzona nie tylko zachowaniem ojca Kathy, ale także biernością jej matki. Kobieta tłumaczy swoją "biedną matkę", ale wolałabym najgorszą biedę i potępienie, niż to, co ona zgotowała swoim dzieciom.
Jeśli chodzi o stronę literacką, to wspomnienia Kathy O'Breine nie są dobre. Łzawe, pełne wielkich słów i pseudopoezji. Niemniej jednak należy wziąć pod uwagę, że Kathy jest osobą niewykształconą, a bardzo chciała przekazać czytelnikom swoje uczucia. Nie mogę oceniać jej wartości literackiej, bo musiałabym dać jej najniższą ocenę. Jednak pod względem emocjonalnym, to już całkiem inna sprawa.

Kathy O'Beirne, Wstrząsające wyznania Kathy, Wydawnictwo Sonia Draga, 2006

środa, 27 marca 2013

Susanna Kaysen "Przerwana lekcja muzyki"



18-letnia Susanna Kaysen wie, że coś z nią nie jest w porządku. Sama zgłasza się do psychiatry, który po krótkiej rozmowie z nią zaleca odpoczynek. Odpoczynek jest eufemizmem oznaczającym dobrowolne zgłoszenie się do szpitala psychiatrycznego. Susanna wsiada w taksówkę i jedzie do szpitala McLean. Potem sporo czasu spędza w poczekalni, cierpliwie czekając na swoją kolej. Lekarze i pielęgniarki biegają, zajęci swoim sprawami, a dziewczyna spokojnie czeka. W końcu podpisuje wszystkie niezbędne dokumenty i zostaje pacjentką oddziału psychiatrycznego. Później wiele razy analizuje, jak do tego doszło. Dlaczego psychiatra rozmawiał z nią tak krótko i od razu odesłał ją do szpitala? Przecież nie mógł jej zdiagnozować w 20 minut. Dokumenty mówią, że rozmowa trwała 3 godziny, ale przecież to niemożliwe. Susanna snuje swoje rozważania, biorąc nawet pod uwagę fakt, że kompletnie nie umie określać czasu. Gubi się w minutach i sekundach. Do tego dziewczyna uważa, że nie mogła zgłosić się do szpitala dobrowolnie. No przecież jak to możliwe? Jak mogło zdarzyć się to, że sama wsiadła do taksówki i sama przesiedziała w poczekalni tyle czasu? Ile czasu? Tego Susanna nie potrafi określić. 
Szpitalny czas dzieli się na starannie wyodrębnione etapy. Jest czas na posiłki, na terapię z poszczególnymi lekarzami, jest czas zmiany pielęgniarek, które zawsze pojawiają się w tych samych porach, w tej samej kolejności. W szpitalu główną rozrywką jest rozmawianie. Snucie opowieść, niekoniecznie prawdziwych, Ubarwianie jest na porządku dziennym. Na oddziale mieszkają rówieśnice Susanny. Każda z nich trafiła tu z innego powodu, każda ma inną diagnozę. Diagnoza jest jak trofeum. Można ją dumnie obnosić przed koleżankami, można zasłaniać się nią w trudnych chwilach "socjopatka", "osobowość pograniczna", "schizofrenia". Każda z pacjentek stara się wypracować swój sposób na cierpienie. Każda stara się zachować godność w tym szalonym świecie.
Kwestia leczenia psychiatrycznego była w latach sześćdziesiątych dość drażliwa. Wiele słyszy się o kontrowersyjnych metodach leczenia, o łamaniu przez personel szpitalny praw człowieka, czy o statusie społecznym, jaki mogła osiągnąć osoba mająca w kartotece leczenie psychiatryczne. Można powiedzieć, że  Susanna Kaysen i tak trafiła dobrze. Szpital McLean jest drogą placówką, w której koszty pobytu ponoszą hospitalizowani. Susanna pisze, że jej dwuletni pobyt pochłonął środki zgromadzone przez jej rodziców na collage. W placówce tej do zdrowia dochodziło wiele słynnych osób: Sylvia Plath, Robert Lowell, James Taylor, czy Ray Charles. Pielęgniarki, które opisuje to w większości mądre, życzliwe osoby, którym rzeczywiście na sercu leżało dobro pacjentek. Niemniej jednak choroba psychiczna sama w sobie wyniszcza człowieka. Mało kto umie zrozumieć chorego. Właśnie to chciała swoim czytelnikom wyjaśnić Susanna. Chciała opowiedzieć o swojej chorobie.
W "Przerwanej lekcji muzyki" opisy szpitalnej codzienności przeplatają się z opisami stanów psychicznych autorki. Wszystko to zilustrowane jest fragmentami szpitalnej kartoteki Susanny. O tę właśnie kartotekę dziewczynie przyszło stoczyć ciężką walkę. Aby ją wydostać ze szpitala, potrzebowała pomocy prawnika. To właśnie na jej podstawie zdecydowała się na spisanie zbeletryzowanych wspomnień.
Każdego, kto widział film nakręcony na podstawie "Przerwanej lekcji muzyki" sama książka rozczaruje. Oczywiście, jest przygnębiająca, bo to co w swojej głowie przeżywała ta krucha osiemnastolatka jest przygnębiające. Jednak trudno samą książkę oceniać pod względem jej walorów artystycznych. Opowieść Susanny mogłaby być katharsis, ale brak jej ładunku emocjonalnego. Nie jestem przekonana, czy napisanie tej książki przyniosło autorce emocjonalną ulgę. Jeśli zaś oceniać tę książkę w kategorii wspomnień, czy autobiografii, to także nie wpisuje się ona w te gatunki. Jednego możemy być pewni - będąc w szpitalu Susanna marzyła o tym, żeby być pisarką. Spełniła swoje marzenie. Jej książka została wydana, przetłumaczona na wiele języków i zekranizowana. Cóż więcej chcieć do szczęścia?

Susanna Kaysen, Przerwana lekcja muzyki, Zysk i S-ka, 1996

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Piotr Weltrowski i Krzysztof Azarewicz "Nergal. Spowiedź heretyka"


Jestem jedną z tych osób, które nie wiedziały o istnieniu Adama Nergala Darskiego, zanim nie objawił się on jako celebryta. Wynika to zapewne z faktu, że dość daleko mi do muzyki, jaką tworzy on ze swoim zespołem Behemoth. Przyznaję, że trochę zdumiał mnie fakt, jak bardzo wizualnie nie komponował on się ze swoją ówczesną dziewczyną, ale przecież to nie moja sprawa i jako taka, nie spędzała mi ona snu z oczu. Bliżej panu Nergalowi przyjrzałam się podczas programu muzycznego, w którym był jurorem. Tam okazał się być czarującym, inteligentnym, mądrym i uroczym mężczyzną. Do tego nagle jakoś wyprzystojniał :D
Jako, że poglądy religijne mam dość hmm.. szerokie, to zaintrygowało mnie, co Nergal ma do powiedzenia. Do tego okładka książki będącej wywiadem-rzeką z tym muzykiem wizualnie bardzo mi odpowiada. Nie ma się co czarować - wybieram książki po okładce. Dodatkowo moją ciekawość nieustannie podsycały środowiska katolickie, które z uporem godnym lepszej sprawy walczą z jednym człowiekiem. Więc kim jest ten człowiek-symbol? Moim zdaniem - normalnym człowiekiem.
Nie wiem czego się spodziewałam. Może jakiegoś fanatyka, może człowieka o rzucającej na kolana wiedzy i erudycji - kogoś, kto nie istnieje, bo istnieć nie ma prawa. No tak nie jest. Adam Darski jest inteligentny i oczytany. Sprawnie porusza się w teoriach, myślach, cytatach. To sprawia, że dla osób ograniczonych może być rozmówcą trudnym. A wiecie dlaczego? Bo jest w stanie uzasadnić swoje zdanie. Słuszne, czy niesłuszne, ale uzasadnione. Podoba mi się to. Przyznam, że trochę rozczarowuje mnie fakt, że za spektakularnymi gestami autorstwa Nergala nie stoi ideologia. Wszystko jest tłumaczone sztuką i performancem. No tak, z jednej strony to słuszne i logiczne, z drugiej - jakaś część mnie chciała idei i bajkowości. Chciałam, żeby stało za tym coś więcej. Nie, nie dlatego, że tak jest lepiej, ale dlatego, ze to byłoby bardziej malownicze. No ale w sumie, jeśli 35-letni mężczyzna maluje sobie twarz na występ, to gdyby był fanatykiem i idealistą, to byłby przerażający.
Nergal jest gładki. I jego opowieść też taka jest. Jego idee religijne, nie są ideami. Tkwi po środku, pomiędzy tym co robi, a tym co wierzy. Nie wiem, czy nie szukał swojego "boga", czy też po prostu  go nie znalazł. W kwestiach poglądów religijno-światopoglądowych i filozoficznych niczym nie różni się większości moich znajomych. Mam wrażenie, że o swoich poglądach Nergal nie powiedział nam nic.
Jestem trochę tym wywiadem rozczarowana. Nie wiem, na ile autorzy zdołali dotrzeć do Nergala, na ile on im na to pozwolił. Trudno mi być w tej sprawie specjalistą, ale na moje laickie oko, to do prawdziwego Nergala to nam po przeczytaniu tej książki jeszcze bardzo daleko. Oczywiście całość czyta się z przyjemnością. A do tego te ilustracje.. Pomijając tekst, to książka jest warta każdej złotówki z powodu oprawy graficznej. Bardzo przyjemna dla oka, a ilustracje, którymi została ozdobiona są przepiękne.
"Spowiedź heretyka" nie zszokowała mnie i nie pozbawiła snu, ale czytało mi się ją bardzo miło. Może te wszystkie osoby, które tak bardzo zajmują się tępieniem tej książki lepiej by ją najpierw przeczytały? To zdecydowanie wyszłoby wszystkim na zdrowie. Bo wiadomo - nie taki diabeł straszny, jak go malują. A czy Nergal jest diabłem. Hmm.. osobiście bardzo w to wątpię ;)

Piotr Weltrowski i Krzysztof Azarewicz Krzysztof,  Nergal. Spowiedź heretyka, G+J Gruner&Jahr, 2012

czwartek, 31 maja 2012

David Wills "Metamorfozy Marilyn Monroe"


Uwielbiam oglądać zdjęcia dawnych gwiazd kina. Szczególnie lubię zdjęcia Marilyn Monroe. Dlaczego? Dlatego, że  ta kobieta lśniła swoim światłem. Przy niej każda inna wyglądała tak jakoś zwyczajnie, szaro. Norma Jane nie była szczególnie piękna. Nie miała też wyjątkowej figury. A jednak to właśnie ona, a nie nikt inny jest najbardziej rozpoznawalnym symbolem seksu XX wieku. Jestem przekonana, że jej sława jest już teraz uniwersalna i ponadczasowa - nie ma współczesnego odpowiednika Marylin Monroe. Współczesne gwiazdki są miałkie i nijakie. 
Przyznaję, że nie podobają mi się zdjęcia "wczesnej" Marilyn - wtedy jeszcze Normy Jane. Nie była specjalnie ładną nastolatka. Jednak w miarę dorastania tworzyła siebie - produkt docelowy - supergwiazdę kina. Osobiście najbardziej lubię zdjęcia Marilyn z ostatniego okresu jej życia. To czas kiedy z podlotka i młodej gwiazdy zmienia się w zmęczoną życiem, dojrzałą kobietę. Na jej twarzy widać przeżyte depresje, a zmarszczki wokół oczu dodają jej tylko uroku. Taka Marilyn Monroe podoba mi się najbardziej. 
Album "Metamorfozy Marilyn Monroe" jest przepięknym hołdem oddanym tej niezwykłej kobiecie. Wybrane przez autora zdjęcia ilustrują drogę, jaką przeszła od pulchnej Normy Jane, do dojrzałej Marilyn. Między zdjęciami przeczytać możemy ostatni wywiad z gwiazdą, oraz to, co powiedzieli o niej przyjaciele i współpracownicy. Album niestety nie zawiera moich ukochanych zdjęć Marilyn, ale i tak jest ucztą dla oczu. Bardzo cieszę się, że stoi na mojej półce. Jestem przekonana, że spędzę na jego przeglądaniu jeszcze wiele wieczorów. 




Wills David,  Metamorfozy Marilyn Monroe, Znak, 2011

poniedziałek, 12 marca 2012

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak. Próba biografii"



Kilka lat temu zakochałam się w książce „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier. Kiedy dowiedziałam się, że ta autorka napisała biografię Janusza Korczaka, ucieszyłam się ogromnie. Długo czekałam, aż książka ta pojawi się w ofercie w mojej bibliotece. W końcu jest – pojawiła się. Odstałam w kolejce i zasiadłam do czytania. Książka „W ogrodzie pamięci” mnie zachwyciła, „Korczak. Próba biografii” już zdecydowanie mniej.
Kim był Janusz Korczak wie każdy. To, że naprawdę nazywał się Henryk Goldszmit wie już nieco mniej osób. Wiemy, że napisał „Króla Maciusia Pierwszego”, że zreformował polskie sierocińce, że kochał dzieci tak bardzo, że zdecydował się wraz z nimi umrzeć. Nie zgadzał się na okłamywanie dzieci. Nawet w tak dramatycznej sytuacji, jaką było życie w gettcie, nie chciał okłamywać swoich podopiecznych. Uważał, że dziecko powinno wiedzieć, że ktoś może do niego strzelać, że może umrzeć. Jaki był? Co go ukształtowało? Tego właśnie chciałam dowiedzieć się z jego biografii.
Życie Korczaka było trudne. Od dzieciństwa życie go nie rozpieszczało. Kochał dzieci, dla nich podjął decyzję o rezygnacji z życia prywatnego. To mieszkańcy sierocińca byli jego dziećmi.  Bez wątpienia jego rola w rozwoju pedagogiki jest ogromna. Ale oprócz bardzo rozległej działalności społecznej był nieszczęśliwym, samotnym człowiekiem. Zmagał się z depresją i atakami gniewu. Nie umiał ułożyć swoich kontaktów z kobietami (bądź nie umiał określić swoich preferencji seksualnych), więc zrezygnował z prywatnej strony swojego życia. Był nierówny, miewał huśtawki nastrojów. W ostatnim okresie życia, w gettcie, kiedy przyszło mu walczyć o każdą kromkę chleba dla swoich dzieci, bywał agresywny i niesprawiedliwy. Ale któż z nas nie byłby taki w podobnych okolicznościach?
Ogromną rolę w budowaniu sierocińca, znanego jako "sierociniec Korczaka", miała Stefania Wilczyńska. Była ona dobrym duchem tonującym fantastyczne pomysły Korczaka. To ona tak naprawdę jest cichą bohaterką. Ona zajmowała się praktyczną stroną opieki nad dziećmi. To ona, w przeciwieństwie do Korczaka, martwiła się losem dzieci, które już „wyrosły” z sierocińca. Mało mówi się o tym, że to ona zamykała pochód dzieci w drodze na Umschlagplatz. Ona także zginęła w Treblince. Większość opiekunów z sierocińców, szpitali, domów opieki poszło na śmierć ze swoimi podopiecznymi. Wtedy to było takie oczywiste...
Joanna Olczak-Ronikier bardzo starała się o to, żeby być obiektywną. Janusz Korczak był przyjacielem jej dziadków, to oni wydawali jego książki. Matka Joanny Olczak-Ronikier była pierwszą biografką Korczka. Z kart książki czuć sympatię do jej bohatera. Kontrowersyjne fakty z życia Starego Doktora zostały dodane niejako z obowiązku. Ale nie można zarzucić autorce żerowania na sensacjach. Kontrowersje łagodzi i tłumaczy okolicznościami. Książka zawiera bardzo dobrze zarysowane tło historyczne i poniekąd zupełnie zbędne wstawki dotyczące rodziny autorki. Czuć jej dumę z rodziny i miłość do nich, ale nie są tu potrzebne. Do tego mogą być niejasne dla osób, które nie czytały "W ogrodzie pamięci".
Ostatnio kupiłam synowi „Króla Maciusia Pierwszego”. Zaczęłam czytać pierwszy rozdział i się przeraziłam. Książka ta opowiada o śmierci, poczuciu straty, samotności. Nie chciałam czytać tego mojemu czterolatkowi. Skąd tak drastyczny pomysł na książkę? Skąd tak depresyjny klimat powieści dla dzieci? Teraz, dzięki Joannie Olczak-Ronikier, już to rozumiem.

Joanna Olczak-Ronikier, Korczak. Próba biografii, Seria: Fortuna i Fatum, WAB, 2011

środa, 22 lutego 2012

Angela Lambert "Przegrane życie Ewy Braun"




Na zdjęciach widzimy nieśmiało uśmiechniętą blondynkę. Na starych filmach zobaczyć możemy niezwykle wysportowaną, pełną życia kobietę. Kochała modne ubrania, uwielbiała sport i podróże. Pasjonowała ją fotografia i film - nakręciła mnóstwo amatorskich filmów z Berghoff. Nie miała zbyt wybujałych ambicji. Pragnęła tylko zostać żoną, może kiedyś matką. Była trochę afektowana, czasem egzaltowana. Bywało, że swe uczucia okazywała w teatralny sposób. Kim była Ewa Braun nikomu mówić nie trzeba. Czy, aby na pewno? Wiemy, jak się nazywała, wiemy, jak wyglądała, wiemy, jak umarła (o ile oficjalna wersja jest prawdziwa). Ale kim była? Jakie miła marzenia, jak realizowała swoje życie wiernie oczekując w domu na powrót ukochanego Adolfa?
Nie wiedziałam o Ewie Braun więcej, niż inni. Teraz trochę jej współczuję, trochę mi jej szkoda, trochę ją rozumiem. Autorka podeszła do tematu bardzo osobiście. Matka Lambert jest Niemką z pokolenia Ewy Braun. Autorka próbuje spojrzeć na żonę Hitlera przez pryzmat swojej matki. I udało się. Stworzyła w tej biografii klimat przedwojennych i wojennych Niemiec. Pokazała świat, w którym dokładnie oddzielono grozę działań wojennych i rzeczywistość obozową od beztroskiego, luksusowego życia nazistowskiej śmietanki. Dokonała rzeczy trudnej, przez opowieść prowadzoną lekkim językiem, przedstawiła ogrom nieszczęścia także tych desperacko bawiących się ludzi.
Książka jest fascynująca. Mimo tego, że obszerna, czyta się ją z zapartym tchem. Poznajemy urocze dziecko, irytującą nastolatkę i dojrzałą, smutną kobietę. Poznajemy losy nie tylko Ewy Braun, a całego pokolenia kobiet, które kochały okrutnych mężczyzn. Trudno uwierzyć, że kocha się złego człowieka. Która z nas, uwierzyłaby w to? Która z nas pogodziłaby się z tym? Która z nas, jak Ewa Braun i inne Niemki stworzyłaby wokół siebie parawan iluzji, oddzielający ją od okrutnej prawdy?
Lambert omawia temat bardzo szczegółowo. Ksiazka napisana jest ładnym językiem. Treść jest zwarta, nie rozchodzi się w szwach. Czytanie jej jest prawdziwą przyjemnością.
Uwielbiam dawkować sobie książki. Żałuję, że tę JUŻ przeczytałam.

Angela Lambert, Przegrane życie Ewy Braun, Rebis, 2006

Angela Lambert, Przegrane życie Ewy Braun, Rebis, 2006