books on my mind: przeczytane
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2012

Jack Ketchum "Dziewczyna z sąsiedztwa"


 
Biorąc do ręki „Dziewczynę z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma wiedziałam czego się spodziewać. Najpierw obejrzałam film o tym samym tytule, potem obejrzałam „Amerykańską zbrodnię”. Filmy te tak mną wstrząsnęły, że zaczęłam szukać w sieci informacji o Sylvii Linkens i Gertrude Baniszewski. Mimo, że wiedziałam, co mnie czeka, to i tak byłam tą książką wstrząśnięta. To, że książka oparta jest na prawdziwych wydarzeniach czyni ją jeszcze bardziej przerażającą.
Historia ta miała miejsce w latach 50. Na skutek nieszczęśliwych wydarzeń dwie nastoletnie dziewczynki zamieszkują z ciotką – Ruth. Początkowo nic nie zapowiada nieszczęścia, jednak stopniowo zmienia się nastawienie domowników wobec „gości”. Ponieważ młodsza z dziewczynek jest niepełnosprawna, cała niechęć skupia się na starszej – Meg. Spirala nienawiści nakręca się. Nie wystarczają szykany słowne, zaczyna dochodzić do rękoczynów, a w rezultacie do maltretowania dziewczyny przez ciotkę i jej dzieci. A przemoc wciąż eskaluje i eskaluje. Dzieci wzajemnie dopingują się do wymyślania coraz wymyślniejszych tortur. Najgorsza ze wszystkich jest jednak Ruth...
Nie mogłam zrozumieć tak bezsensownej agresji i przemocy, dlatego szukałam i próbowałam zrozumieć co kierowało Ruth/Gertrude. Kiedy ta zmęczona życiem samotna matka przeistoczyła się w sadystycznego zabójcę? Co powodowało nią, że w tortury angażowała także swoje dzieci? Nie potrafię zrozumieć co ją złamało, popchnęło do tak strasznych czynów.
Trudno jest ocenić książkę tego typu w kategoriach "dobra-średnia-słaba".
Nie chcę oceniać walorów literackich tej książki – myślę, że w tym przypadku powinniśmy skupić się na samej genezie zła. Nic nie wróci życia tej dziewczynce. Meg/Sylvia przeżyła piekło. Pamięć o niej i o tym co ją spotkało powinny zostać w nas - czytelnikach. Tej historii nie można zapomnieć, bo to ostrzeżenie dla wszystkich - zło może kryć się wszędzie -  w niepozornych ludziach i w normalnych domach.



Jack Ketchum, Dziewczyna z sąsiedztwa, Papierowy księżyc, 2009

niedziela, 19 lutego 2012

Oliver Pötzsch "Córka kata"



Kiedy zobaczyłam okładkę „Córki kata”, od razu wiedziałam, że chcę tę książkę przeczytać. Zapisałam się więc w kolejkę w bibliotece i czekałam. W końcu nadeszła moja kolej – książka trafiła w moje ręce.
„Córka kata” jest kryminałem, którego akcja rozgrywa się w 1659 roku. W Schongau w Bawarii odnaleziono ciężko ranne dziecko. Chłopiec ma rany kłute, a na plecach ma narysowany  symbol czarownicy. Chłopiec umiera, zanim zdążył wskazać zabójcę. O to morderstwo oskarżona zostaje miejscowa akuszerka Marta Stechlin. Oskarżona nie przyznaje się do winy, więc miejscowy wymiar sprawiedliwości postanawia poddać ją torturom, w celu wymuszenia zeznań. Wkrótce giną kolejne dzieci, ale mimo, iż "czarownica" jest uwięziona, to nie dowodzi to jej niewinności -  społeczność uważa, że te śmierci są wynikiem konszachtów akuszerki z samym diabłem. Niespodziewanie Marta zyskuje sprzymierzeńców, którzy nie wierzą w jej winę – miejscowego kata, Jakuba Kuisla, jego córkę Magdalenę oraz młodego medyka – Simona. Postanawiają oni rozwikłać tajemnicę morderstw i ochronić Martę przed stosem.
Sama akcja przeprowadzona jest jasno, prosto i klarownie. Wszystkie elementy w odpowiednich momentach wskakują na swoje miejsce. Fabuła nie jest zbyt wyrafinowana. „Córka kata” jest sympatycznym czytadłem. Smaczku książce dodaje fakt, że Oliver Pötzscha pochodzi z najstarszej w Bawarii rodziny katów – kat Jakub Kuisl i jego córka Magdalena są jego przodkami. Pötzsch dokładnie przestudiował swoje drzewo genealogiczne, a hołd przodkom postanowił złożyć w książce. „Córka kata” jest mieszanką faktów i fikcji.
Przyznam szczerze, że „Córka kata” mnie rozczarowała. Książka ma przepiękną, intrygującą okładkę (wiem, wiem, nie można oceniać książki po okładce). Do tego zupełnie nie rozumiem tytułu książki – córka kata nie jest tu ani postacią wokół, której budowana jest intryga, ani akcja. Myślę, że ten tytuł to tylko chwyt marketingowy i pięknie komponuje się z okładką (sprawdziłam, okładka oryginalnego, niemieckiego wydania książki, jest inna, ale też intrygująca). Cieszę się, że „Córkę kata” wypożyczyłam z biblioteki, a nie kupiłam – szkoda byłoby mi teraz wydanych 40 zł.

Oliver Pötzsch, Córka kata, Esprit, 2011

piątek, 17 lutego 2012

Charles Bukowski "Listonosz"


Z „Listonoszem” mam podobny problem, jak z „Tortilla Flat” Steinbecka, bohaterami w obu książkach są pijacy, obie książki traktują o piciu. Jako, że nie żywię zbytniej sympatii dla osób nadużywających alkoholu, toteż książki takie źle mi się czyta. Jednak niejako wbrew sobie wciągnęłam się w „Listonosza”.
Hank Chinaski jest alkoholikiem i kobieciarzem. Jako, że z czegoś żyć trzeba, postanawia podjąć pracę listonosza. Praca wydaje mu się lekka i przyjemna. Wkrótce okazuje się, że nienawykły do ograniczeń i obowiązków Hank, w zetknięciu ze sformalizowaną do granic możliwości pocztą amerykańską, zaczyna popadać w kłopoty.
Przez życie Hanka przewijają się kolejne kobiety – każda z nich jest inna. Kochanki, żony, matka jego dziecka i przypadkowe znajomości. Każda z nich zostawia ślad w sercu bohatera. Każdej z nich pozwala odejść, nie okazując żadnych emocji. Jest pozornie wypruty z uczuć, zobojętniały, pogodzony z losem. Czy jednak jest tak do końca? Chyba jednak nie.
Hank jest kiepskim listonoszem,  jest jednak świetnym obserwatorem. „Listonosz” jest wnikliwą satyrą na społeczeństwo amerykańskie. Spotykamy pocztowych służbistów, głupich ludzi „na stanowiskach”,  który mogą bardzo uprzykrzyć życie innym, zdesperowane gospodynie domowe, pogodzonych ze swoim losem szaraczków.
W „Listonoszu” Charles Bukowski zawarł historię swojej 12-letniej pracy na poczcie. W książce tej śmiało rozlicza się z wszelkimi absurdami, których był świadkiem i z którymi nie mógł się pogodzić. Oprócz pracy, Bukowski rozlicza się także ze swoim życiem prywatnym – ze wszystkimi kobietami w swoim życiu. Hank, alter ego Bukowskiego, żyje w oparach alkoholu i seksu. Nienawidzi swojej pracy, jednak wie, że to ona pozwala mu niejako trzymać się „normalności”. Tylko, czy niepokorną duszę da się okiełznać? Czy da się jej narzucić normy zapyziałego społeczeństwa?
„Listonosza” przeczytałam z zaciekawieniem, jednak nie wiem, czy sięgnę jeszcze po książki Charlesa Bukowskiego.

Charles Bukowski, Listonos, Noir Sur Blanc, 2005

wtorek, 14 lutego 2012

Władysław Szpilman "Pianista"


 Kim był Władysław Szpilman? Był nieco egocentrycznym i ciut egzaltowanym żydowskim  pianistą, pracującym w Polskim Radiu. Wiódł spokojne życie, kiedy nagle zaczęła się wojna.  Wojna początkowo niczego nie zmienia w życiu rodziny Szpilmanów. Oczywiście wprowadza niepokój, poczucie zagrożenia, ale życie codzienne toczy się bez zmian. Jednak wraz z zajęciem Warszawy przez Niemców wszystko nagle się zmienia. Nagle okazuje się, że pochodzenie rasowe ma ogromne znaczenie. Stopniowo wprowadzane są w życie coraz większe szykany. Żydzi muszą nosić gwiazdę Dawida, nie mogą robić zakupów w nieżydowskich sklepach, podnosi im się ceny za bilety komunikacji miejskiej, by w końcu zamknąć Żydów w gettcie i ostatecznie rozpocząć eksterminację na nieznaną do tej pory skalę.
Początkowo nie czułam sympatii dla Szpilmana, jednak z każdą stroną moje współczucie dla tego człowieka rosło, żeby w rezultacie zmienić się ogromny żal i smutek z powodu tego co  jeden człowiek potrafi zrobić innym. Język, którym pisany jest „Pianista” jest surowy, jakby autor szukał dystansu emocjonalnego ze swoimi wspomnieniami. Książka była pisana bezpośrednio po wojnie, wspomnienia z okupowanej Warszawy były bardzo świeże i bolesne, a Szpilman nie miał czasu, żeby uporać się z traumą, Relacjonuje on wszystkie makabryczne wydarzenia w sposób nieco wypruty z emocji, powściągliwy.
Autor stracił wszystko, co w życiu najważniejsze. Dom, rodzinę, całe swoje życie. Przez wiele lat balansował na krawędzi śmierci. Wielokrotnie był pewien, że jego czas już nadszedł, był pogodzony ze śmiercią. Przeżył. Przyszedł dla niego czas najtrudniejszy – musiał odpowiedzieć sobie na pytania: Dlaczego on? Dlaczego jego rodzina musiała odejść? Dlaczego tylu niewinnych ludzi straciło życie? Dlaczego on nie? Z tymi pytaniami musi zmierzyć się każdy, kto przeżył piekło.
„Pianista” porusza jeszcze jeden bardzo ważny temat – ludzkich Niemców. Ilu było w czasie wojny takich bezimiennych bohaterów – ludzi, których moralność sprzeciwiła się „pakowanej” w nich propagandzie? Szpilman na swojej drodze spotkał nauczyciela, oficera Wermachtu Wilma Hosenfelda. To on pomógł umierającemu pianiście przetrwać końcówkę wojny i dotrwać do wyzwolenia Warszawy. Wspomnienia Szpilmana uzupełnione są o fragmenty pamiętnika kapitana Hosenfelda. Opisuje on piekło, które widział na wojnie, a którego nie potrafił zrozumieć. Sam kapitan zmarł po torturach w niewoli radzieckiej. Szpilman podjął kroki w celu uwolnienia swojego dobroczyńcy, jednak okazały się one daremne.
„Pianista” jest świadectwem umierania miasta i narodu. Co czuje się kiedy bezpieczny świat, który znamy rozpada się i umiera? Co czuje się, gdy wszyscy wokół nas umierają? Mam nadzieję nigdy się nie przekonać, jakie to uczucie.

Władysław Szpilman, Pianista, Znak, 2001

poniedziałek, 13 lutego 2012

Stephen King "Carrie"


Mogłoby się wydawać, że czytuję tylko Stephena Kinga, możliwe, że ostatnio to nawet prawda. Jest tak dlatego, że to moje najnowsze osobiste odkrycie. Przed „Dallas ‘63” nie czytałam Kinga w ogóle (poza „Lśnieniem” w wersji audio). Dlatego wybaczcie, ale muszę nadrobić zaległości.
„Carrie” jest debitem mistrza horroru Stephena Kinga. Trudno nie podziwiać drogi, jaką przeszedł od tej skromnej książki, do kipiącego szczegółami, starannie dopracowanego świata „Dallas ‘63”
Carrie jest nieśmiałą, samotną 16-latką. Wychowuje ją matka, która jest fanatyczką religijną. Dom, w którym mieszka dziewczynka obwieszony jest krzyżami i obrazami o tematyce religijnej, jest w nim również pomieszczenie, w którym matka zorganizowała kapliczkę oraz komórka, w której w ramach pokuty za wyimaginowane grzechy Carrie spędza długie godziny. Matka uważa dziewczynę za owoc grzechu i diablicę, z całą mocą fanatycznego serca pragnie wyrzucić szatana z serca córki.
Carrie ma problemy także w szkole – jest ofiarą mniej lub bardziej wybrednych żartów ze strony rówieśników. Ta staroświecko ubrana, nieuświadomiona dziewczyna jest szkolnym kozłem ofiarnym.Nauczyciele także nie reagują w porę. Carrie drażni i ich. Dopiero poczucie obowiązku każe im stanąć w obronie maltretowanej uczennicy. Nikt nie wie, że Carrie jest obdarzona niezwykłym talentem – ma zdolności telekinetyczne.
„Fala” w szkołach średnich jest zjawiskiem typowo amerykańskim (chociaż niestety jest już przenoszona na grunt polski). Carrie, jako osoba wychowywana w atmosferze surowej, fanatycznej religijności, bez podstaw uświadomienia seksualnego, czy społecznego w sposób naturalny weszła w rolę ofiary. King wyposażył Carrie w potężną broń – telekinezę. Gniew sprawił, że zdolności Carrie posłużyły do zemsty na wszystkich, którzy kiedykolwiek jej dokuczali. Biedna, zniszczona psychicznie dziewczyna nie miała oparcia nawet we własnej matce. Jedyną szczęśliwą chwilą w jej życiu był początek balu, ale i to zostało jej brutalnie odebrane. Czy jej bronię? Tak! Działała w silnym afekcie. Nie zaplanowała tego, co się wydarzyło. Tu odnieść się muszę do sprawy, która bardzo mnie niegdyś poruszyła i porusza do dziś, do masakry w liceum Columbine. Tam dwóch uczniów liceum, którzy tak jak Carrie byli odrzuceni przez kolegów, wyśmiewani i dręczeni, zdecydowali się na straszny krok – przynieśli do szkoły broń i zastrzelili 12 uczniów i jednego nauczyciela, ranili 24 osoby. Słysząc nadjeżdżające wozy policyjne chłopcy popełnili samobójstwo. Po tej sprawie mnóstwo specjalistów zastanawiało się nad pytaniem : Dlaczego?  Najłatwiej winą obarczyć samych sprawców, wmawiać sobie i światu, że to nie nasza wina, że sprawcy byli po prostu źli. W „Carrie” narracja przerywana jest fragmentami z gazet, wywiadów i książek, które o zdolnościach Carrie napisali różni naukowcy. Tam też wszystkiemu złu winna była „sprawczyni”. Nikt nie patrzy na to, co doprowadziło „potwora” do tak skrajnych decyzji, co go stworzyło.
„Carrie” jest książką dobra, aczkolwiek brak jej późniejszego mistrzowskiego warsztatu Kinga. Myślę, że obecnie autor mógłby zrobić z tej fabuły majstersztyk. „Carrie” jest powieścią kultową, na jej podstawie powstał film Briana De Palmy. Myślę, że warto ją przeczytać.

Stephen King, Carrie, Prószyński i S-ka, 2003

czwartek, 9 lutego 2012

Ann-Marie MacDonald "Co widziały wrony"


„Co widziały wrony” Ann-Marie MacDonald zaczyna się niewinne - pewnego pogodnego dnia rodzina McCartych zostaje przeniesiona z Niemiec do bazy wojskowej w Kanadzie. Rodzina, która poznajemy jest idealna – odważny i mądry ojciec Jack, zawsze perfekcyjna francuskojęzyczna mama – Mimi, nastoletni syn Mike i zawadiacka córka Madelaine. Baza, w której znajdą swój nowy dom niczym nie różni się od tej, która właśnie opuścili. Domy w tej bazie wszystkie są do siebie podobne. W tych domach mieszkają takie same rodziny. Dla małej Madelaine nie ma różnicy pomiędzy jej przyjaciółkami z Niemiec, a tymi, która ma dopiero poznać.
Życie toczy się leniwie. Perfekcyjna pani domu urządza nowe lokum, mąż wdraża się w pracę w nowych miejscu, dzieci zawierają nowe przyjaźnie. Autorka prowadzi nas sennym krokiem wprost w pułapkę. Madaleine zaczyna naukę w szkole na terenie bazy. W jej życie niewinne dzieciństwo wkracza obrzydliwy, pozbawiony skrupułów świat dorosłych.
W czasie kiedy Madaleine zmaga się ze swoją okropną tajemnicą, jej ojciec Jack poproszony zostaje przez swego przyjaciela o przysługę – ma on zaopiekować się tajemniczym podopiecznym rządów Kanady i USA. Dzięki temu zadaniu Jack ma szansę poczuć, że spełnia swój patriotyczny obowiązek, że robi coś dla swojej ojczyzny. Nie wie, że przyjdzie mu się zmierzyć z własną moralnością. Będzie musiał zdecydować, czy jest „dobry”, czy „zły”
Wydarzenia w książce z każdą stroną zaczynają wskakiwać na swoje miejsce jak klocki w układance. W finale mamy do czynienia z dramatyczną całością. Z pewnością nie jesteśmy gotowi na to, co nas spotka.
"Co widziały wrony" Ann-Marie MacDonald przypomina mi stylem książki Joyce Carol Oates. Wstrząsającą historię opowiedziano tu w dziwny, poetycki i mglisty sposób. Autorka leniwym tempem prowadzonej narracji usypia naszą czujność długimi opisami, by nagle zaskoczyć nas kolejnymi okropnymi wydarzeniami, które splatają się na końcu w jedną, niezwykle smutną opowieść.
Nie mogłam się od tej książki oderwać. Myślę, że nieprędko przestanę o niej myśleć - tym bardziej, że część tej opowieści oparta jest na faktach. Ann-Marie MacDonald zawarła w niej wątki autobiograficzne oraz historię najmłodszego skazanego na śmierć w historii Kanady – Stevena Truscotta.
 Do przeczytania tej książki przymierzałam się kilka lat. Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że mimo tego, iż „Co widziały wrony” liczy sobie ponad 800 stron, to nie żałuję ani chwili z nią spędzonej.


Ann-Marie MacDonald, Co widziały wrony, Świat Książki, 2006

środa, 8 lutego 2012

Stephen King "Ręka mistrza"



Jak co roku, na przełomie stycznia i lutego moim marzeniem jest bezludna, egzotyczna wyspa, na której mogłabym odpocząć pod palmą, na wyludnionej plaży. Wyspą z moich marzeń jest Duma Key, wyspa zlokalizowana u wybrzeży Florydy. Oczywiście wolałabym na nią trafić w nieco innych okolicznościach, niż Edgar Freemantle, bohater powieści Stephena Kinga „Ręka mistrza”.
Edgar jest dzieckiem szczęścia. Ma wspaniałą rodzinę – kochającą żonę i dwie cudowne córki. Jego kariera zawodowa jest pasmem sukcesów. Życie Edgara jest spokojne, dostatnie i poukładane. I byłoby takie do końca jego życia, gdyby nie niespodziewane spotkanie z dźwigiem, który zmiażdżył czaszkę, rękę i biodro Edgara. W wyniku tego wypadku Edgar traci rękę, a w skutek urazu czaszki zachowuje się dziwnie i agresywnie, co powoduje rozpad szczęśliwego dotąd małżeństwa naszego bohatera. Pozbawiony wszystkiego co kochał, bliski decyzji o samobójstwie Edgar decyduje się skorzystać z porad swego terapeuty i decyduje się na „kurację geograficzną”, czyli przeniesienie się na rok na odludną wyspę na Florydzie, gdzie ma dochodzić do zdrowia i oddać się swojej zapomnianej pasji, czyli malowaniu.
Na wyspie Edgar odnajduje zagubiony sens swojego życia, powoli odzyskuje zdrowie i zawiera przyjaźń z Wiremanem, opiekunem właścicielki wyspy Duma Key – Elisabeth Eastlake. Talent Edgara okazuje się ogromny. Jego dzieła cieszą się ogromnym powodzeniem oraz mają pewną niezwykłą moc. W rezultacie Edgarowi i jego przyjaciołom przyjdzie zmierzyć się z posępną tajemnicą, którą kryje w sobie historia wyspy i rodziny Eastlaków.
Niedawno zaczęłam swoją przygodę z Kingiem i przyznaję, że jest on mistrzem budowania nastroju, sylwetek swoich bohaterów i realności przedstawianych przez siebie światów. Czytając „Rękę mistrza” czujemy klimat egzotycznej wyspy, czujemy powiewy wiatru i zapach dżungli. Do tego przedstawiane przez Kinga ciągi wydarzeń są niesamowicie realne, sceny płynnie zmieniają się z jednej w drugą, po przeczytaniu wydają się tak oczywiste. Nastrój nie polega na niespodziewanych i nielogicznych zwrotach akcji, a na „zagłębianiu” w opowiadaną historię, na odkrywaniu kolejnych warstw. Pod tym względem literacki styl Kinga bardzo mi odpowiada. Co odpowiada mi mniej? Zdecydowanie zbytnie „ufizycznianie strachów”. Uwielbiam subtelne straszenie, a ty niestety zdarza się Kingowi czasem potknąć. Zakończenie nie ma w sobie nic z subtelnie budowanego od początku książki nastroju. Jest surrealistyczne, tak, jak latające na plecach ptaki.
Postacie w „Ręce mistrza” są wyraziście zarysowane. Wireman jest po prostu wspaniały. Jedyną osobą, do której nie mogłam nabrać sympatii, to żona Edgara – Pam. Większość postaci tej książki, to osoby po przejściach, poranione fizycznie i psychicznie. Subtelności sposobu myślenia swoich bohaterów King oddaje mistrzowsko (poza Pam rzecz jasna).
„Ręka mistrza” to wciągająca lektura na zimowe wieczory – jest zdecydowanie wciągająca. Stephen King z pewnością jest mistrzem horroru. 

Stephen King, Ręka mistrza, Prószyński i S-ka, 2008

wtorek, 7 lutego 2012

Neil Gaiman "Amerykańscy bogowie"



Nie jestem fanką fantastyki. W sumie do tej pory nie przeczytałam niczego z tego rodzaju literatury, poza sagą Georga R.R. Martina. Do książek Neila Gaimana postanowiłam zajrzeć po obejrzeniu „Gwiezdnego pyłu”. Do tego autorska wersja „Amerykańskich bogów” tego autora ujęła mnie swoją objętością i cudną okładką. Kilka lat trwało zanim w końcu zabrałam się za czytanie „Amerykańskich bogów”. Trochę bałam się, że po kilku stronach zniechęcę się i rozczaruję. W końcu zdecydowałam się, zaczęłam czytać i.. nie mogłam się oderwać.
Bohaterem książki jest Cień. Gdy go poznajemy kończy właśnie odsiadywać w więzieniu trzyletni wyrok. Cień ma plan na czas „po więzieniu”, na wolności czeka na niego kochająca żona Laura, praca w siłowni przyjaciela i wizja spokojnego życia. Im bliżej końca wyroku, tym większy niepokój odczuwa Cień. Wie, że nadciąga  katastrofa. W jednej chwili wszystkie plany legną w gruzach.
Kiedy nie ma się już po co żyć, kiedy nie ma się już dokąd iść ludzie często zwracają się do boga. W przypadku Cienia jest inaczej, to bóg znajduje jego i składa mu propozycję nie do odrzucenia. Cień podejmuje wyzwanie i od tej pory zaczyna się nasza podróż po Ameryce.
Ameryka – kraj bez korzeni, historii i wierzeń okazuje się być zasiedlona przez całe tłumy bogów, którzy przyjechali tu w głowach i sercach przybyszów z innych kontynentów. Bogowie ci powoli popadają w zapomnienie, coraz mniej ludzi w nich wierzy i o nich myśli. Ich miejsce wyrastają nowi, rdzennie amerykańscy bogowie konsumpcji. Ci nowi bogowie chcą zająć w sercach Amerykanów miejsce, po starych, zapomnianych, archaicznych, „analogowych” bogach starych wierzeń. Ale te „przeżytki” nie chcą odejść bez walki. Dostosowały się do panujących warunków, lepiej lub gorzej radzą sobie w nowej rzeczywistości. Nie mogą, bądź nie chcą walczyć z nadchodzącym „Nowym”. Jest jednak ktoś, kto jest gotów poświęcić absolutnie wszystko, aby odzyskać straconą świetność. To on właśnie zatrudnił naszego bohatera.
Życie Cienia toczy się w kilku wymiarach. Z jednej strony obcuje z bogami, z drugiej funkcjonuje w małym, amerykańskim miasteczku, dokąd zawiódł go los. Próbuje pogodzić się z tragedią, która go spotkała, jednak nie potrafi dać odejść swojej żonie, cały czas szuka sposobu, żeby wrócić ją do świata żywych. Czuje niechęć do swojego nowego szefa, a jednak darzy go szacunkiem, podziwem i lojalnością.  
Cień nie czuje potrzeby i radości życia, jest dosłownie cieniem człowieka. Dzięki swej podróży odnajduje to, co zagubione, sens życia. Czasem trzeba umrzeć, żeby docenić życie, a czasem trzeba nie móc umrzeć, żeby docenić śmierć.
Od teraz Cień jest jedną z najbliższych mojemu sercu postaci literackich. Rzadko zdarza mi się, żeby bohater czytanej książki budził we mnie aż tak ciepłe uczucia. Wiem dlaczego – on jest po prostu na wskroś dobry i mądry. Nie postępuje głupio, nie podejmuje absurdalnych, czy nieracjonalnych decyzji. Jest uosobieniem godności i spokoju. Teraz jestem pewna, jeśli kiedykolwiek chciałabym mieć męża, to tylko takiego, jak Cień.

Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie, Mag, 2002

czwartek, 26 stycznia 2012

Stephen King "Dallas '63"



W każdym zwykłym człowieku jest potrzeba bycia wielkim. Może czasem nieuświadomiona, ale w odpowiednich warunkach uśmiecha się do nas kusząco. Potrzeba ta odezwała się skromnym nauczycielu z Maine – Jake’u Eppingu. Według swojej byłej żony Jake nie ma uczuć, ale to nie jest prawda. Jake  bardzo wzruszył się czytając wypracowanie jednego ze swoich uczniów z kursów przygotowujących do matury.  Wzruszył się tak bardzo, że kiedy dziwnym zrządzeniem losu dostał od Wszechświata możliwość zmiany życia swego ucznia szybko z tej możliwości skorzystał. Za pierwszym krokiem nadchodzi krok drugi i tak Jake z bohatera ratującego małego chłopca i jego rodzinę pragnie stać się bohaterem ratującym cały świat. Chce uratować prezydenta Kennedy’ego, zmienić historię i tym samym zapewnić nam wszystkim szczęśliwą przyszłość. Nie wie jednak, że przeszłość świetnie umie się bronić.
Sam pomysł początkowo mnie nie zachwycił. Jakieś wędrówki w czasie? Bez sensu. Jednak książka Kinga wciąga od pierwszej strony i kurczowo trzyma nas przez kolejnych 800. Mam oczywiście kilka uwag organizacyjnych. Samo zawiązanie akcji, czy moment, w którym Jake dowiaduje się o „króliczej norze”, zupełnie mnie nie przekonuje. Dlaczego właściciel baru Al wybiera właśnie Jake na powiernika swojej wielkiej tajemnicy? Dlaczego uparcie nazywa go przyjacielem? Rozumiem, ze wspólna tajemnica może łączyć, jednak nie wiem, czy powoduje aż taką bliskość.
Druga sprawa to relacja Jake z jego ukochaną Sadie. Niestety ten wątek jest zdecydowanie przesłodzony. Wszystko jest tak idealne i mdlące. Ba! Miłość, która przetrwa wszystko? Wybaczcie, tu spodziewałam się czegoś zdecydowanie innego. Czegoś z charakterem, a nie taniego romansidła.
No dobrze, ale książka ta jest wielowątkowa, a wszystkie pozostałe wątki są pasjonujące! Każdy z tych wątków swobodnie mógłby być osobną powieścią. Czytałam w wypiekami na twarzy.  King jest mistrzem mieszania nastrojów. Kiedy odprężamy się w spokojnym amerykańskim miasteczku, nagle lądujemy na koszmarnych ulicach Dallas lat 60. Oczywiście - bywa ckliwy i przesłodzony, ale możemy mu to spokojnie darować. W tej książce wszystko jest na swoim miejscu.
Wiem, że wokół śmierci Kennedy’ego narosło wiele teorii spiskowych. Nie wiem, czy ta wybrana bez Kinga jest słuszna. Nie ma to jednak znaczenia, bo to nie jest książka historyczna. W powieści wszystko jest możliwe – tak Oswald jako jedyny strzelec, jak i podróżowanie w czasie.
Jaki byłby świat, gdyby nie zastrzelono prezydenta Kennedy’ego? Niektórzy myślą, że idealny. King pokazuje nam świat zdecydowanie inny. Każde wydarzenie ma swoje miejsce, każde kształtuje przyszłe wydarzenia, sytuację na świecie i nas samych. Każdy człowiek, którego spotykamy w życiu ma na nas wpływ, każdy nas kształtuje i zmienia. Kim bylibyśmy, gdyby nie wszystko, co nas ukształtowało? Może lepszymi ludźmi, ale czy mamy co do tego pewność? King pokazuje nam, że jednak nie.

Stephen King, Dallas 63, Prószyński i S-ka, 2011



wtorek, 24 stycznia 2012

Anne Frank "Dziennik"


Cóż ciekawego może być w dzienniku 14-latki? Z własnego doświadczenia wiem, że niewiele. Tak jest też  z dziennikiem Anny Frank. Każdy, kto zabiera się za tę lekturę spodziewa się wiekopomnego dzieła, traktującego o Holocauście, II wojnie światowej i cierpieniu Żydów. Przyznaję, popełniłam ten błąd. Kiedy zaczęłam czytać, poczułam się bardzo rozczarowana. Gdzie tu monumentalność, w tym wyliczaniu kolegów z klasy, czy skarżeniu się na rodziców. Potem przypomniałam sobie, jakie to wielkie dramaty ja opisywałam w swoim pamiętniku. I tu przyszedł wstyd, bo ja, w przeciwieństwie do Anny, nie musiałam przeżyć swojego okresu dojrzewania w ukryciu. Ta dziewczynka pisała o tym co przeżywała w swojej malutkiej społeczności, a jedyne co jej pozostało, to oddawanie się marzeniom i wspomnieniom.
Pełna życia Anna do ukrycia zeszła w lipcu 1942 roku. Przez kolejne dwa lata jej świat wyznaczały ściany Oficyny, a jego społeczność tworzyło 8 osób. Przez dwa lata przebywała z tymi ludźmi 24 godziny na dobę. Znała ich upodobania, znała ich wady i słabości. Wiek dojrzewania najczęściej jest czasem buntu i poczucia niezrozumienia przez wszystkich. To wszystko Anna przechodziła w swoim mikroświecie - od negowania autorytetu rodziców, przez walkę o swoją pozycję w grupie, po pierwszą miłość i odkrywanie swojej seksualności. Z każdym kolejnym listem widzimy, jak dziewczynka dojrzewa, zmienia się, dorośleje. Coraz więcej widzi, coraz więcej rozumie. W dwa lata rozwija się emocjonalnie w sposób, który w normalnych warunkach zajmuje 6-7 lat. Pod koniec jej teksty przesycone są bólem i pogodzeniem się z możliwością śmierci. Sytuacja w Oficynie staje się coraz trudniejsza. Panuje głód, strach przed odkryciem i smutek z powodu aresztowania kolejnych przyjaciół.
Koniec dziennika następuje nagle, nic na niego nie wskazuje, autorka nie przygotowuje nas do niego. Nie przygotowuje, bo sama go nie znała. W sierpniu 1944 wszyscy mieszkańcy Oficyny zostają aresztowani. Książkę kończy dopisek, że mała-duża Anna nie przeżyła wojny, zginęła w obozie koncentracyjnym. Ten sam los spotkał także innych współlokatorów dziewczynki. Wojnę przeżył tylko ojciec Anny, który postanowił zrobić wszystko, żeby pamięć o jego córce nigdy nie umarła, żeby mogła żyć w pamięci i sercach wielu ludzi - wydał dziennik córki.
Każdy z nas powinien poznać historię Anny – właśnie po to, żeby móc docenić banalność swojego własnego pamiętnika z okresu dojrzewania. Dzięki Annie cieszę się, że nie musiałam dorastać w takich okolicznościach, że nie musiałam ukrywać się, że mój świat nie składał się z ośmiu osób, i nie wisiał nade mną cień śmierci. Teraz mogę docenić swoje własne dzieciństwo i cieszyć się, że przyszło mi dorastać w czasie pokoju. Może to banalne, ale nikt kto nie przeżył wojny, nie ma moralnego prawa wypowiadać się na ten temat.
Poznałam kiedyś grupę dwudziestolatków. Pięknych, mądrych i wesołych. Był w nich jednak pewien smutek, dojrzałość i desperacka potrzeba korzystania z życia. Była to młodzież z Sarajewa. Mieszkali tam w czasie wojny. Myślę, że oni wiedzieli, co czuła Anna, my możemy jedynie próbować to sobie wyobrazić. 

Anne Frank "Dziennik", Wydawnictwo Znak, 2010