books on my mind: IIwś
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IIwś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IIwś. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 marca 2016

Steve Sem-Sandberg "Wybrańcy"



Są historie tak przerażające, że trudno o nich mówić. Szczególnie straszne jest, kiedy lekarze - osoby zaufania publicznego -  pod płaszczykiem opieki medycznej i troski o najsłabszych, realizują makabryczne plany i pomysły fanatycznych polityków. Jak uwierzyć, że ludzie, do których rodzice chorych czy niepełnosprawnych dzieci zwracali się o pomoc dla swych pociech, bezlitośnie swych podopiecznych mordowali. Czy kompetentna i poważna przełożona pielęgniarek może masowo uśmiercać pacjentów? Czy godny szacunku i dystyngowany naukowiec może bez skrupułów przeprowadzać okrutne eksperymenty na powierzonych mu dzieciach? Jak poradzić sobie z taką traumą?
Klinika Am Spiegelgrund była częścią wiedeńskiego kompleksu szpitalnego Steinhof. Początkowo był to najnowocześniejszy w Europie szpital dla osób chorych psychicznie. Dojście nazistów do władzy i przyłączenie Austrii do III Rzeszy nieco zmieniło charakter tej placówki. Wydzielono w nim oddział dla chorych psychicznie dzieci, oddział wychowawczy, przeznaczony dla nieletnich, sprawiających problemy wychowawcze, krnąbrnych, zdemoralizowanych oraz stworzono tzw. sanatorium. Specjalnie przygotowany personel miał radzić sobie z dziećmi opóźnionymi w rozwoju, upośledzonymi, niepełnosprawnymi, ale także z tym, których pochodzenie rasowe i społecznie uznano za niepożądane. Starannie ukrywano przed opinią publiczną prawdziwe zadanie kliniki Spiegelgrund - systematyczne uśmiercanie "elementu niepożądanego", małych "wrzodów" na zdrowym organizmie idealnej III Rzeszy. 
Klinika Spiegelgrund była miejscem kaźni. Torturowano i mordowano w niej dzieci - od noworodków, po nastolatków. Szacuje się, że życie straciło tam, co najmniej 789 podopiecznych. Rodzice często oddawali tam dzieci w dobrej wierze. Byli przekonani, że doświadczony personel lepiej poradzi sobie z ich pociechami. Była wojna, czasy były trudne. Wielu mężów zginęło na froncie i samotnym matkom często trudno było pogodzić walkę o utrzymanie rodziny z opieką nad wymagającym stałych starań dzieckiem. Personel szpitala przy pierwszych spotkaniach był troskliwy i współczujący. Świetnie rozumiał rodziców i obiecywał, ze zajmie się ich dzieckiem z najwyższą troską i oddaniem. Jednak szybko rodzice przekonywali się, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości. Nie mogli widywać swojego dziecka, ani zabrać go ze szpitala. Często w kilka tygodni po umieszczeniu syna czy córki w placówce dostawali list kondolencyjny, z którego dowiadywali się, że ich dziecko zmarło nagle na zapalenie płuc. Jaka była prawda? Dużo bardziej okrutna. Podopieczni kliniki byli torturowani. W celach badawczych przeprowadzano na nich niezwykle bolesne, niebezpieczne i zupełnie zbędne badania. W pewnym momencie nakłucie lędźwiowe było już standardem. Dzieci były bite, podtapiane w lodowatej wodzie, głodzone, poniżane, wystawiane jako eksponaty na wykładach i pokazach. Za próbę ucieczki aplikowano im zastrzyki z siarki. A wszystko to w imię dobra III Rzeszy i nauki. 
Kim byli ludzie, który dokonywali tak makabrycznych czynów? Oddane pracy, profesjonalne pielęgniarki i pełni pasji lekarze. Kiedy po wojnie dopadła ich sprawiedliwość, nie widzieli swojej winy. W czasie procesów ze zdumieniem słuchali oskarżycieli. Przecież wypełniali tylko swoje obowiązki. Niektórym z nich udało się uniknąć odpowiedzialności. Ba! Umieli wykorzystać wiedzę zdobytą podczas mordowania dzieci do zbudowania swojej powojennej kariery naukowej. 
"Wybrańcy" Sema- Sandberga to książka trudna. W sumie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Lektura poprzedniej książki tego autora "Biedni ludzie z miasta Łodzi" również nie należała do przyjemnych. Część bohaterów jest autentyczna, część z nich nie. Większość informacji na temat tego, jak w klinice traktowano dzieci autor miał od człowieka, któremu udało się przeżyć to piekło Friedricha Zawrela. Po latach milczenia na temat praktyk stosowanych w Spiegelgrund dowiadujemy się o nich coraz więcej. Napisano na ten temat wiele książek i artykułów. W 1997 roku w podziemiach budynku odkryto kilkaset ciał dzieci przerobionych na preparaty badawcze. Ofiary doczekały się pogrzebów dopiero w 2002 roku. Tożsamości wielu z nich nie udało się ustalić. 
Powieść Steva Sema-Sandberga jest nieprzyjemna i trudna. Z jednej strony można myśleć, że nie lubimy czytać o takich sprawach, bo nie chcemy się denerwować. Jednak taki sposób myślenia sprawił, że o zbrodniach w klinice Spiegelgrund przez tyle lat milczano. Przez to przemilczenie niektórym z członków personelu udało się uniknąć odpowiedzialności. Dodatkowo książka ta jest przestrogą. W "gościnne" mury kliniki mógł trafić każdy - tu nie przejmowano się, czy choroba jest rzeczywista czy nie. Dodatkowo morderstwa te miały oparcie w obowiązującym w III Rzeszy prawie. Mordercy wykonywali tylko swoje obowiązki. I tu pojawia się pytanie o relatywizm kodeksu moralnego. Czy praworządna pielęgniarka Anna Katschenka była winna czy nie? Przecież ona tylko nienagannie wykonywała swoją pracę. To też ku przestrodze. W obliczu historii łatwo zgubić swoje człowieczeństwo. 

Steve Sem-Sandberg, Wybrańcy, Wydawnictwo Literackie, 2016, s. 560

niedziela, 8 listopada 2015

Wendy Lower "Furie Hitlera. Niemki na froncie wschodnim"


Podobno wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Trudno wyobrazić sobie przedstawicielki słabej płci w rolach katów i morderców. Nic bardziej mylnego. Człowiek jest tylko człowiekiem - niezależnie od płci, rasy czy wyznania. Strażniczki w obozach koncentracyjnych nazywano bestiami. Piękne twarze często kontrastowały z okrutnym zachowaniem. Co powodowało, że kobiety porzucały wyznaczone im przez idee nazistowskie role żon i matek i wyjeżdżały na Wschód? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć w swojej książce Wendy Lower.
Hitlerowska propaganda roztaczała przez Niemcami wspaniałe wizje, wyznaczała cele i nadawała życiu nowy sens. Działo się tak nie tylko w przypadku mężczyzn, ale również kobiet, a nawet dzieci. Kobiety miały jasno wpojony system wartości. Wiedziały, co im można, a czego nie. Znały swoją rolę w systemie. Miały rodzić dzieci, dbać o dom i opiekować się swoimi mężczyznami. Dla części z nich to ostatnie zadanie oznaczało porzucenie przytulnych i bezpiecznych domów i wyruszenie na kolonizację dzikich wschodnich terenów. Mężczyźni ruszali jako wojownicy, zdobywcy, panowie sytuacji. A kobiety? Czy wiodła je tam tylko miłość i potrzeba dbania o swoich ukochanych? Czy wierzyły w słuszność działań niemieckiej armii? Czy popierały zbrodnicze, bestialskie i okrutne działania, których były świadkami? Czy wierzyły w konieczność rozwiązania "problemu żydowskiego", którym tak skwapliwie zajmowali się ich mężowie?
W powojennych zeznaniach niemieckich kobiet rzuca się w oczy niezwykła lekkość, z jaką opowiadały o strasznych wydarzeniach, których były świadkami lub współuczestniczkami. Z czego to wynikało? Czy z faktu, iż wszelkie sądy skupiały się głównie na winie mężczyzn? Oczywiście miały miejsce procesy nadzorczyń z obozów koncentracyjnych, jednak stanowiły one mniejszość w masie przesłuchań, procesów czy wykonywanych wyroków. A może raczej w ich wypowiedziach nadal tliły się wpojone im idee?
Kobiety wyjeżdżały na Wschód z różnych powodów. Jechały tam chcące nieść pomoc pielęgniarki, sekretarki, żony, nauczycielki, pracownice socjalne, urzędniczki, a w końcu personel wojskowy i pracownicy obozów zagłady. Niektóre z nich były całkowicie świadome roli, jaką przyjdzie im odegrać, inne wierzyły w to, że będą mogły czynić dobro, jeszcze inne jechały nieświadome, zapatrzone w ukochanych. Część z nich była świadkami popełnianych zbrodni, inne czynnie w nich uczestniczyły. Niektóre, otoczone specyficznym kodeksem etycznym, jaki spotkały na Wschodzie, powoli i prawie niezauważalnie modyfikowały swój. Każda z nich zapytana, czy byłaby w stanie zabić człowieka, z pełnym przekonaniem odpowiedziałaby, że nie. No, ale przecież zabić Żyda czy niepełnosprawnego, to już zupełnie inna sprawa. To nie zabójstwo, a obowiązek, który należało skrupulatnie wypełnić.
Profesor Wendy Lower podjęła się trudnego zdania. Wiele napisano na temat mężczyzn, lecz materiałów dotyczących kobiet zachowało się bardzo niewiele. Pisząc swoją książkę opierała się na protokołach przesłuchań, wspomnieniach, listach czy pamiętnikach. Niektóre z bohaterek przywołuje z imienia i nazwiska. Jednak są one tylko przedstawicielkami całej masy niemieckich kobiet, które los rzucił na Wschód. Czy dziś, z perspektywy czasu, wiedząc to, czego one nie wiedziały, możemy je oceniać? Czy obecnie wyciągnęliśmy wnioski z przeszłości i możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że ta sytuacja już nigdy nie mogłaby się powtórzyć? Nie możemy. Dlatego warto o tym czytać, dyskutować, myśleć. Może to uratuje, chociaż jedno życie ludzkie - czy to ofiary, czy też kata.

Wendy Lower, Furie Hitlera. Niemki na froncie wschodnim, Wydawnictwo Czarne, 2015, s. 269

sobota, 27 czerwca 2015

Volker Ullrich "Hitler. Narodziny zła. 1889-1939"


Wydawać by się mogło, że o Hitlerze napisano już wszystko. Wiemy, kiedy się urodził, jakie miał dzieciństwo, co go ukształtowało jako polityka, jak doszedł do władzy i w końcu, jak zmarł. Istnieje wiele książek poświęcony fenomenowi Fuhrera. Niemal w każdej dekadzie od 1933 roku wydawana była kolejna biografia. Kilka z nich, takie jak pierwsza, wydana w 1936 roku - urodzonego w Niemczech dziennikarza i historyka żydowskiego pochodzenia Konrada Heidena, przez powstałe już po wojnie opracowania Allana Bullocka, Joachima Festa czy Iana Kershawa, aż po za wydany w zeszłym roku reportaż biograficzny Johna Tolanda, uznawane są za klasyki gatunku - wyjątkowo dokładne, rzetelne i kompletne. Istnieje wiele innych, mniej lub bardziej znaczących tytułów - od dość ogólnie i szeroko omawiających czasy  i postać, aż po wąsko wyspecjalizowane, łączące wodza z różnymi aspektami życia społecznego i politycznego, nauki czy paranauki. I tu pojawia się pytanie: czy możemy dowiedzieć się o Hitlerze czegoś nowego? Okazuje się, że tak.
Niemiecki historyk Volker Ullrich podjął się bardzo trudnego zadania. Zdając sobie sprawę z tego, jak dokładnie opisano życie Adolfa Hitlera podejmuje się pokazać go czytelnikom z innej strony - jako człowieka. Wprawdzie wcześniejsze biografie były bardzo rzetelne, lecz w gąszczu faktów gubiła się gdzieś magnetyczna osobowość Hitlera. Jak zrozumieć fenomen tej postaci, jak pojąć, co porywało ludzi z jego otoczenia oraz tłumy, jeśli nie poznamy fascynującej osobowości Fuhrera? Nie był geniuszem, nie był wybitnie inteligentny, ani nie miał szczególnych umiejętności społecznych, jednak miał w sobie coś, co kiedyś zaintrygowało Niemców, co sprawiło, że dla niego byli gotowi popełniać niewyobrażalne zbrodnie. Czy jego talent oratorski wystarczył, żeby zaczarować tłumy? Czy wypowiadane w ekstazie mowy wystarczyły, aby doprowadzić naród do zguby?
Volker Ullrich szuka klucza do osobowości Hitlera prawdziwego, nie tego wykreowanego na potrzeby mas. Próbuje zrozumieć, jak człowiek, który nie podróżował wiele, nie znał świata, ani języków obcych, mógł kształtować światopogląd milionów ludzi. Korzysta z publikowanych wcześniej materiałów, ale również z tych, które były wcześniej niedostępne, a także z prywatnych listów, notatek, komentarzy i wspomnień Niemców i korespondentów zagranicznych. Omawia krążące plotki i udowadnia, że nie ma w nich prawdy. Podejmuje wątki wspominane przez swoich poprzedników - biografów i rozwija je. Ustosunkowuje się również do innych źródeł, opracowań, a nawet filmów o Hitlerze.
Książkę Volkera Ullricha czyta się, jak pasjonującą powieść. Język, którym operuje jest przyjemny w odbiorze. Nie ma tu akademickiego żargonu, a momentami, niektóre sformułowania są wręcz potoczne. Generalnie ułatwia to lekturę, chociaż przyznaję, że może przeszkadzać miłośnikom literatury naukowej.
"Hitler. Narodziny zła. 1889-1939" to świetna książka. Z całą pewnością autor ma wielkie szanse na dołączenie do elitarnego grona szanowanych przez siebie najlepszych biografów Hitlera. To obowiązkowa lektura dla każdej osoby zainteresowanej postacią wodza oraz III Rzeszą. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom oraz na pozostałe pozycje z serii wydawniczej "Oblicza zła".

Volker Ullrich, Hitler. Narodziny zła. 1889-1939, Prószyński i S-ka, 2015, s. 1023
tłum. Michał Antkowiak
Tekst dla SzczecinCzyta.pl

środa, 25 marca 2015

Meike Ziervogel "Magda"


Dzieciobójstwo jest jedyną z najgorszych zbrodni i tematem tabu. Motyw dzieciobójczyni od wieków funkcjonuje w mitach, legendach i ludowych podaniach. Medea, LaLlorona czy Prokne - każda z nich z innych powodów zamordowała swoje dzieci. Czasem zabijały z miłości, czasem z nienawiści. Niektóre dzieciobójczynie zdecydowały się na samobójstwo rozszerzone. Trudno zrozumieć, dlaczego kobieta popełnia taką zbrodnię. Co sprawia, że robi coś sprzecznego, z tym, co uznawane jest za jedno z najsilniejszych uczuć - miłością macierzyńską?
Magda Goebbels przez wielu uważana była za rzeczywistą pierwszą damę Trzeciej Rzeszy. Jej drugi mąż Joseph był nazistowskim ministrem propagandy. Jednak prawdziwą miłością życia Magdy był Adolf Hitler. Dla niego gotowa była na wszelkie poświęcenia. W jej oczach był niezwyciężony. Kiedy zobaczyła klęskę jego ideałów, a jego samego pokonanego, jej świat się zawalił. Nie było na nim już miejsca ani dla niej, ani dla jej dzieci. Podjęła decyzję i sama musiała ją wykonać. Josephowi zabrakło siły, nie umiał. To ona podała dzieciom leki uspokajające i to ona włożyła do ich ust kapsułki z cyjankiem potasu. Młodsze dzieci były ufne i grzeczne, jednak najstarsza córka 12-letnia Helga obudziła się i walczyła z matką o życie. Przegrała. Magda poczekała aż umrą, a potem poszła do ogrodu na spotkanie ze śmiercią. Kim była kobieta, która popełniła tak straszną zbrodnię?
Powieść Meike Ziervogel jest prostą w formie, niewielką, niezwykle zwięzłą odpowiedzią na pytanie, co doprowadziło Magdę Goebbels do zabicia własnych dzieci. Poznajemy trzy pokolenia kobiet - Magdę, jej matkę oraz jej najstarszą córkę Helgę. Takie ujęcie tej historii pozwala nam na przyjrzenie się temu, co kształtowało Magdę, jaką drogą doszła do tak tragicznego kresu swojego życia. Autorka podejmuje próbę wyjaśnienia powodów dzieciobójstwa, którego dokonała. Powieść, która ma odpowiedzieć na pytania, zostawia jednak w czytelniku poczucie niedosytu. Wyjaśnia pobudki, jakimi kierowała się Magda, jednak brakuje tu tego, co dla nazistowskiej pierwszej damy było bardzo istotne - ideologii. Według niektórych źródeł w śmierci Hitlera widziała koniec swojego świata. Wizje Hitlera tworzyły rzeczywistość, w jakiej chciała żyć i wychowywać dzieci. Kiedy okazało się, że nigdy nie zostaną zrealizowane, że nie będzie wielkich Niemiec wybrała śmierć. Uważała, że może zdecydować za swoją rodzinę i zabrać ją ze sobą. Jej dzieci są ofiarami chorych idei i fanatyzmu.
Historia jest po to, żebyśmy wyciągali z niej wnioski. Dlatego nie powinniśmy zapomnieć o  ofiarach fanatycznej wiary w ideały - dzieciach Magdy Goebbels. Warto przeczytać "Magdę", pamietajmy jednak, że to jest powieść. Faktów lepiej szukać w książkach historycznych.

Meike Ziervogel, Magda, Wydawnictwo Marginesy, 2015, s. 144, tłum. Anna Bańkowska
SzczecinCzyta.pl

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ignacy Karpowicz "Sońka"


Lubię powieści monumentalne i wielowątkowe, jednak cenię również prostotę. Napisanie prostej opowieści jest wielkim wyzwaniem dla pisarza. Okrojenie fabuły do minimum tak, by nie straciła na wartości wymaga wprawnej ręki. Wyważenie faktów i okiełznanie języka może robić ogromne wrażenie. Dobrze napisana opowieść może dotrzeć do czytelnika lepiej niż setki stron i zawiłe opisy. Taka właśnie jest historia Sońki.
Czy życiem człowieka rządzi przypadek czy przeznaczenie? Pozornie błahe wydarzenia mogą zmienić wszystko. Tak stało się w przypadku popularnego reżysera Igora Grycowskiego. Wyruszając w podróż nie spodziewał się, że awaria samochodu będzie dla niego początkiem wewnętrznej przemiany, zdrapania nagromadzonych przez lata warstw blichtru i dotarcia do prawdziwego siebie. Los na drodze Igora postawił starą, prosta kobietę - Sońkę. Stał się dla niej spowiednikiem, osobą prowadzącą ją ku śmierci, kimś, kto po niej zostanie. Jej życie skończyło się wiele lat wcześniej, w czasie wojny. Zasklepiła się w swoim cierpieniu i mimo, iż było w niej żywe, to o nim milczała. Odchodząc chciała mieć pewność, że jej miłość przetrwa i po jej śmierci, że osoby, które kochała będą dalej żyły w czyjejś świadomości. Pod ciężarem emocji starej kobiety Igor przypomina sobie o tym, co w życiu jest ważne.
Nie czytałam wcześniejszych powieści Ignacego Karpowicza, chociaż czekają już na mnie w moich stosikach. Malutką "Sońkę" wzięłam na wyjazd. Rozpoczynając lekturę, nie spodziewałam się, że zajmie mi tylko godzinę. Historia Sońki jest prosta. To opowieść o młodzieńczym zauroczeniu, ślepej namiętności, ale także budzącej się dojrzałej miłości. Życie nie jest łatwe, o czym młodzi ludzie nie lubią myśleć. Wydaje im się, że nic złego spotkać ich nie może. Wierzą, że można pokochać kogoś, z kim nie zamieniło się ani słowa i w to, że przyszłość może być tylko świetlana. Nie przejmują się okolicznościami, nie jest straszna ani sytuacja społeczna, ani fakt, że właśnie trwa wojna, a ukochany jest okupantem. Liczy się tylko tu i teraz. Jednak życie weryfikuje plany i rozczarowuje.
Wzruszająca jest opowieść kobiety, która w swej świadomości na zawsze została młodą, zauroczoną kobietą. Dla niej czas się zatrzymał pewnego wojennego dnia. Nie pozwoliła sobie dojrzeć i dorosnąć, nieustannie przeżywała najpiękniejsze dni swojego życia. Nigdy nie poszła dalej. Ciekawe jest zderzenie jej przeżywanych od lat młodzieńczych emocji i prostego języka z wyrafinowaniem sztuki teatralnej tworzonej przez Igora.
Zachwycająca jest prostota "Sońki". Ciekawym zabiegiem jest też to, że Karpowicz nie ucieka od poetyki, jednak jest ona minimalistyczna, wyważona. Świetnie wyważone proporcje sprawiają, że całość czyta się świetnie. Trafia do mnie język, jakim posługuje się stara kobieta, połączony z reżyserskimi wskazówkami Igora. Nie wiadomo, kiedy smutna historia Sońki zmienia się w sztukę. Co jest rzeczywiste, a co ma tylko uatrakcyjnić tę opowieść.
"Sońka" Ignacego Karpowicza to interesująca pozycja. W zalewie "przegadanych" powieści, zdecydowanie się wyróżnia. Ale uznanie za nią należy się nie tylko autorowi, ale również Kindze Dunin. Być może ta książka jest jedynym pozytywem kontrowersyjnej relacji pisarza i krytyczki.


Ignacy Karpowicz, Sońka, Wydawnictwo Literackie, 2014, s. 208

środa, 10 grudnia 2014

Kacper Śledziński "Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych"


Historia Polski zawiera wiele momentów trudnych, niejednoznacznych moralnie i budzących kontrowersje. Przez wiele lat uczono nas o tym, jak wielkim przyjacielem jest dla nas bratni naród radziecki. Młody człowiek ze zdumieniem konfrontował to, czego się dowiedział w szkole, z tym, czego dowiadywał się z innych źródeł. Dla wielu chłopców wzorem bohaterstwa była załoga czołgu Rudy 102. Z zapartym tchem oglądali kolejne odcinki kultowego serialu, a na podwórkach bawili się w wojnę. Trudno pogodzić się z faktem, że dawni bohaterowie mogli w rzeczywistości określani być mianem zdrajców. Wydana w 1964 roku powieść Janusza Przymanowskiego "Czterej pancerni i pies" oraz kręcony w latach 1966-69 serial pod tym samym tytułem wykorzystywane były propagandowo i promowały wśród młodzieży poprawne ideowo postawy patriotyczne oraz wygładzoną, wygodną dla władzy wersję historii. Zainspirowany legendą "Czterech pancernych i psa" historyk Kacper Śledziński w swej książce "Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych" postanowił rozprawić się z mitami, odbrązowić bohaterów i ukazać czytelnikom prawdziwe losy I Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte.
Trudny był los Polaków, których historia i decyzje władz rzucały na Syberię. Często mieli bardzo mało czasu na zabranie z domu najpotrzebniejszych rzeczy nim wyruszyli w morderczą podróż. Trafiali w miejsca, w których trudno było żyć. Dla nich każda możliwość powrotu do kraju była wielką szansą. Dlatego, kiedy zaczęto formować na terenach Związku Radzieckiego polską armię, często bez namysłu do niej przystępowali. Nie interesowały ich kwestie ideologiczne, ani ambicje dowódców. Nie zastanawiali się na tym, z kim w rzeczywistości zawarli pakt. Wojsko tworzyły przypadkowe osoby więźniowie łagrów, wygnańcy z tajgi - bez przeszkolenia i sprzętu, często i bez woli walki. Podstawowe szkolenie odbywało się w pośpiechu lub z powodu braku czasu i warunków na polu bitwy. 
W swojej książce Kacper Śledziński przedstawia historię powstania armii polskiej, ze szczególnym naciskiem na I Brygadę Pancerną im. Bohaterów Westerplatte. Autor omawia tło polityczne wydarzeń, analizuje podejmowane przez dowódców decyzje, ocenia błędy strategiczne nie tylko dowódców wojsk wschodnich, ale również zachodnich. Uważa, że działali powolnie, nie spieszyli się z udzieleniem realnej pomocy swoim sojusznikom, brakowało współpracy i porozumienia pomiędzy aliantami. Dowiadujemy się o powodach, z jakich Rosjanie nie udzielili pomocy walczącym w Powstaniu Warszawskim Polakom. Agonia miasta była walką o przejęcie wpływów w tej części Europy. 
Kacper Śledziński próbuje udzielić odpowiedzi na pytanie, czy żołnierze walczący u boku Armii Czerwonej byli bohaterami czy zdrajcami. Co powodowało, że podejmowali, tak trudne dziś do oceny moralnej, decyzje? Znając dzisiaj wszystkie fakty i nie odnosząc się do ówczesnych realiów, łatwo jest je oceniać. Jednak wyrwane z kontekstu zmieniają swój wydźwięk. 
Wbrew zapowiedziom autora i pewnie ku rozczarowaniu fanów powieści Przymanowskiego oraz serialu, książka "Tankiści" nie ma wiele wspólnego z serią o czterech pancernych i psie. Mamy tu raczej do czynienia z monografią historyczną, którą momentami autor próbuje urozmaicać ciekawostkami, opisami epizodów bojowych czy anegdotami. Autor dość luźno nawiązuje do popularnego serialu - stanowi on jedynie punkt wyjścia dla historycznych rozważań.
Śledziński ma lekkie pióro i całość czyta się przyjemnie, jednak brakuje jej nieco wyrazu. Wprawdzie autor unika dosłownego oceniania czy dramatyzowania, to jednak bywa w swych analizach tendencyjny. Nie bierze pod uwagę realiów pola walki, gdzie decyzje podejmowane są błyskawicznie, często dość przypadkowo i bez pełnego obrazu sytuacji. Z perspektywy 70 lat dzielących nas od wojny łatwo dziś teoretyzować. Jednak każde wydarzenie analizować i oceniać powinniśmy biorąc pod uwagę ówczesne realia. 
"Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych" zawierają bardzo obszerną bibliografię i mnóstwo przypisów. Momentami brakuje jednak cytatów w tekście. Ich zamieszczenie ułatwiłoby czytelnikowi odbiór całości. Książka jest bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami i mapami. 
Polecam miłośnikom historii i wojskowości. 

Kacper Śledziński, Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych, Wydawnictwo Znak Horyzont, 2014, s. 397
SzczecinCzyta.pl

środa, 12 listopada 2014

Dorothee Schmitz-Koster, Tristan Vankann "Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn"


W III Rzeszy popularny był żart, że prawdziwy Niemiec powinien być blondynem jak Hitler, być wysoki jak Goebbels i szczupły jak Goering. Mimo tych oczywistości, nazistowskie marzenie o rasie panów - jasnowłosych, błękitnookich, postawnych przedstawicielach rasy aryjskiej, przybrało kolosalne, a czasem wręcz groteskowe rozmiary. W imię czystości rasowej bezlitośnie przesiedlano, więziono i mordowano. Jednak plany nazistów nie ograniczały się do rugowania osób o nieczystej krwi, a również z rozmachem planowano zaludnianie Europy aryjczykami o nienagannym rodowodzie. W tym celu w 1936 powołano instytucję Lebensborn, a na jej czele stanął sam Heinrich Himmler. 
Wbrew plotkom domy Lebensborn nie były hodowlami idealnych przedstawicieli rasy. Było to miejsce, w którym niezamężne Niemki mogły dyskretnie urodzić dzieci swoim, najczęściej żonatym, kochankom. Przed przyjęciem przyszłej matki do instytucji starannie sprawdzano jej zgłoszenie. Analizowano pochodzenie i historię rodziny obojga rodziców. Nawet tak dokładna selekcja nie mogła wykluczyć chorób genetycznych i kalectwa. Z chorymi dziećmi system obchodził się nader okrutnie. 
Trudno powiedzieć ile dzieci urodziło się czy zmarło w domach Lebensborn. Domy miały własny urząd stanu cywilnego. Zapisy o narodzinach nie trafiały do oficjalnych, państwowych statystyk. Kiedy klęska Niemiec była już pewna, ewakuowano domy, a dokumentację najczęściej niszczono. Dzieci zostawały z matkami lub trafiały pod opiekę rodzin zastępczych. Często nie były świadome własnego pochodzenia. Odnalezienie informacji o miejscu urodzenia czy o rodzicach bywało bardzo trudne, a nawet często niemożliwe. Czy fakt urodzenia w Lebensbornie miał wpływ na życie "idealnych" dzieci? Czy był obciążeniem? Czy determinował? Na to pytanie postanowiła odpowiedzieć niemiecka pisarka i dziennikarka Dorothee Schmitz-Koster. Przez 17 lat poszukiwała ona dzieci Lebensbornu. Przeprowadziła wiele trudnych rozmów, poznała losy i historie ponad setki z nich. Z tych rozmów autorka wybrała dziewiętnaście. Niektórzy z nich wychowywali się z własnymi rodzicami, inni w rodzinach zastępczych. Poznajemy historie przymusowo zniemczanych dzieci z okupowanej Polski, Norwegii czy Słowacji. Dwudziestą opowieścią są losy rocznej Sigune Immy, która nie spełniała nazistowskich wymogów - była dotknięta zespołem Downa.
Mimo wygłaszanych przez Himmlera płomiennych odezw, w których nawoływał niezamężne kobiety do rodzenia dzieci dla Hitlera i Rzeszy, to w obyczajowości przedwojennych Niemców nie było miejsca na nieślubne dzieci. Domy Lebensborn z założenia mogły być idealnym rozwiązaniem dla kobiet, które wdały się w pozamałżeńskie romanse. W większości z przedstawianych historii, pochodzenie dzieci nie miało tła ideologicznego, a były owocem namiętności. Wiele matek opiekowało się swoimi dziećmi, inne planowały zabrać je z Lebensbornu, kiedy wyklaruje się ich sytuacja osobista. Niestety zdarzały się również kobiety, które z różnych przyczyn nie chciały swoich dzieci. Sama idea domów Lebensborn była rozwiązaniem dobrym dla kobiet. Dawała im szansę na urodzenie i wychowanie nieślubnych dzieci. Jednak ideologia wypaczyła słuszne założenia. Przy przyjęciach do domów panowała ostra rasowa selekcja, a dzieci chore czy słabsze były oddawane do placówek, które zamiast leczyć czy zapewniać opiekę, uśmiercały. Okazało się, że idealne dzieci idealnych rodziców niczym nie różniły się od innych. 
Dzieci Lebensbornu zmagają się ze swoją przeszłością. Oddawane czasowo  pod opiekę państwa, porzucone przez rodziców, przekazywane do rodzin zastępczych często było opóźnione rozwojowo, zmagały się z chorobami i cierpiały na różnego rodzaju zaburzenia. Niektóre z nich odcisnęły stały ślad na psychice tych ludzi. Czy jednak on traumą "nazistowskich zakładów hodowlanych", czy traumą domów dziecka? Na to pytanie każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam.

Dorothee Schmitz-Koster, Tristan Vankann, Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn, Prószyński Media, 2014, s. 432
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Jennifer Teege, Nikola Sellmair "Mój dziadek by mnie zastrzelił"


Jakie znaczenie ma dla nas nasze pochodzenie? Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym. Na zdjęciach widzimy rodzinne, wizualne podobieństwo, z wiekiem przychodzi do nas świadomość, jak bardzo robimy się podobni do naszych rodziców charakterologicznie czy osobowościowo. Gdy nasi rodzice, czy dziadkowie są ciepli, kochani, to dają nam poczucie bezpieczeństwa. A co, jeśli okazałoby się, że nasz dziadek był zbrodniarzem wojennym? Z takim właśnie problemem przyszło zmierzyć się Jennifer Teege. 
Jennifer jest wysoką, ciemnoskórą kobietą. Jej matka nie radziła sobie z samotnym macierzyństwem i oddała córkę pod opiekę domu dziecka. To była częsta praktyka wśród samotnych, pracujących kobiet. Dziecko tydzień spędzało w ośrodku, a rodzice odwiedzali je w weekendy. Jak przedszkole z internatem. Jednak życie Jennifer potoczyło się inaczej - trafiła do rodziny zastępczej. Jej matka Monika uznała, że tak będzie dla jej córki najlepiej. Wkrótce zrzekła się praw rodzicielskich i Jennifer została adoptowana. 
Dziewczynka trafiła do typowej niemieckiej rodziny klasy średniej. Miała dwóch braci, którzy ją zaakceptowali i pokochali. Jednak Jennifer wyróżniała się i wzrostem i kolorem skóry. Zawsze czuła się inna i cierpiała z tego powodu. Nie umiała znaleźć swojego miejsca w życiu, ciągle go szukała. Przypadek sprawił, że pojechała do Izraela. Tam znalazła przyjaciół, zakochała się i zdecydowała się na studia. Tam też zaczęła chorować na depresję. 
Dojrzała już Jennifer wróciła do Niemiec i założyła rodzinę. Jednak ciągle czuła w sobie pustkę. Szukała kontaktu z biologiczną matką. Za wszelką cenę potrzebowała jej miłości i akceptacji. W pewnym sensie odrzucała ludzi, którzy ją kochali, jak własne dziecko. 
Pewnego dnia, szukając książki na bibliotecznej półce Jennifer znalazła autobiografię swojej matki. Dopiero wtedy dowiedziała się kim był ojciec Moniki. To Amon Goeth - komendant obozu w Płaszowie. Człowiek, który zabijał dla przyjemności. Trudno się zmierzyć z takim pochodzeniem. Dla Jennifer było to szczególnie trudne - była całkowitym przeciwieństwem dziadka - ciemnoskóra, ciekawa ludzi, po studiach w Izrealu. Jednak największym jej problemem nie był stosunek do działalności Goetha - tę oceniała jednoznacznie. Najtrudniej było jej zmierzyć się ze wspomnieniami o ukochanej babci Ruth Irene Kalder. Jak ta urocza kobieta mogła żyć z potworem? Jak mogła z nim mieszkać i akceptować to, co robił? Jak mogła przez całe życie go gloryfikować?
Książka "Mój dziadek by mnie zastrzelił" jest formą swoistej terapii. Powstała w wyniku procesu terapeutycznego. Opowiadanie o swoim pochodzeniu i traumie poznania prawdy, przynosi kobiecie ukojenie. Jest jej tarczą ochronną, usprawiedliwieniem. Dzięki temu nie czuje się winna, nie ponosi odpowiedzialności za czyny dziadka. Już jej kolor skóry pozwala jej odciąć się od swojego dziedzictwa.
Przeczytałam tę książkę z ogromnym zainteresowaniem. Nie umiem sobie wyobrazić uczuć, jakie targały Jennifer po poznaniu prawdy. To, z kolei sprawia, że nie do końca je rozumiem. Kobieta miała kochającą rodzinę, dobrych rodziców i braci. To ich miłość ją kształtowała. Czy ma w sobie coś z dziadka? Z pewnością tak. Jednak jestem przekonana, że na osobowość Goetha miały wpływ okoliczności w jakich żył. Może gdyby nie one, to najgorsze cechy jego charakteru nigdy by się nie ujawniły. Dlatego jestem pewna, że Jennifer nie odziedziczyła po dziadku morderczych skłonności. Nie może tez obarczać się odpowiedzialnością. Tym bardziej, że nie wychowywała się w swojej biologicznej rodzinie, nie została obciążona wspomnieniami o dziadku, nie musiała jak Monika zmagać się z wyidealizowanym obrazem Goetha, który przedstawiała jej Ruth Irene. 
Historia Jennifer Teege jest bardzo ciekawa. Jest też idealnym przykładem na ironię losu i bezlitosną karmę. Sama Jennifer twierdzi, że jej dziadek by ją zastrzelił. Nie jestem tego taka pewna. Miłość potrafi skruszyć nawet najbardziej zatwardziałe serca. 

Jennifer Teege, Nikola Sellmair, Mój dziadek by mnie zastrzelił, Prószyński i S-ka, 2014, s. 304
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

piątek, 14 lutego 2014

Aldo Carpi "Dziennik z Gusen"



Napisano wiele książek z czasów II wojny światowej i Holocaustu, istnieje sporo wspomnień z obozów. Czym w takim razie "Dziennik z Gusen" wyróżnia się na tle pozostałych pozycji tego nurtu? Przede wszystkim tym, że to prawdopodobnie jedyny zachowany dziennik pisany bezpośrednio w obozie. Więźniom nie wolno było posiadać książek ani gazet, nie wolno było prowadzić żadnych notatek. Za znalezienie takich groziła śmierć. Obóz opuszczała tylko starannie wyselekcjonowana korespondencja, w której więźniowie na gotowych drukach zapewniali rodzinę, że mają się dobrze. Jednak Aldo Carpi z narażeniem życiaspisywał bieżące wydarzenia, swoje reflekscje i przemyślenia. Na małych skrawkach papieru powstawały kolejne listy do żony. A wszystko to uzupełnione wstrząsającymi rysunkami autora. 
Aldo Carpi był cenionym malarzem i profesorem w Katedrze Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych Brera w Mediolanie. Miał żonę i sześcioro dzieci. Oskarżono go o spiskowanie antyfaszystowskie. Zadenuncjował go zazdroszczący mu talentu kolega. W momencie aresztowania przebywał w swojej nieco oddalonej od domu pracowni. Wiedział o tym, że po niego przyjechano - widział samochody i jakiś sąsiad przybiegł go ostrzec. Jednak z troski o rodzinę profesor wrócił. Zabrano go i po przesłuchaniach umieszczono w obozie Mauthausen i docelowo w Gusen. 
Profesor był w stosunkowo dobrej sytuacji - mógł zajmować się w obozie tym, co umiał najlepiej - malował. Oszczędzono mu najcięższej pracy, dlatego mógł skupić się na swoich przemyśleniach na temat zła, dobra, Boga i roli artysty. Wszystkie je przelewał na papier. W jego wspomnieniach mało miejsca zajmuje codzienność. Pisanie jest dla niego ucieczką od rzeczywistości. Wydanie Repliki uzupełniono jednak o komentarze autora. Dzięki nim relacja staje się pełniejsza. Jednak to, co przeraża najbardziej, to nie słowa, a rysunki. W nich Carpi nie oszczędza nam dramatu, w jakim się znalazł. Wyniszczone ciała współwięźniów, cierpienie i śmierć. Jego rysunki są najbardziej przejmującą częścią tego osobliwego dziennika. 
"Dziennik z Gusen" nie jest lekturą przyjemną. Nie spodziewajcie się też drastycznych opisów czy mrożących krew w żyłach opowieści. Jednak jest o opowieść o człowieku, któremu przyszło żyć w strasznym miejscu i próbował zrozumieć zło, które widział. Nie szukał odpowiedzialnych za swój los, wiedział, kto go zadenuncjował. I mimo iż obarczał tego człowieka winą, to starał się też zrozumieć, co go doprowadziło do takich czynów. Z racji dość dobrego położenia - dachu nad  głową, ciepła i dodatkowych porcji jedzenia Carpi nie odczłowieczył się, nie walczył tylko o przetrwanie, ale miał też czas na pozbieranie swoich myśli. Jego współtowarzysze niewoli w większości nie mieli takiego luksusu. 
Dziennik Aldo Carpiego jest dobrym uzupełnieniem do przeczytanej przeze mnie już literatury obozowej. Stanowi odmienne spojrzenie na piekło obozów. Jednak jeśli ktoś nie czytał jeszcze innych wspomnień ocalałych więźniów, to powinien to zrobić. Wspomnienia Carpiego są oczywiście cenne, jednak nieco rozmywają obraz piekła, które stworzyli naziści. Powinniśmy pamiętać o przeszłości i wyciągać z niej wnioski, dlatego należy ten temat poznać z nieco bardziej konkretnych źródeł. Nie da się zrozumieć obozów, jeśli nie dotrze się do ich najczarniejszego dna, najciemniejszej strony. A to proces bolesny i nieprzyjemny. Nawet jeśli przechodzimy go tylko z pozycji czytelnika. 

Aldo Carpi, Dziennik z Guden, Replika, 2009, s. 376
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

piątek, 7 lutego 2014

Uri Orlev "Biegnij chłopcze, biegnij"



Do kina chodzę od jakiegoś czasu głównie na bajki. Jeśli uda mi się i nie muszę iść na kreskówkę, to starannie wybieram sobie film. Wybieram tematykę, czytam opisy i recenzje i z reguły jestem zadowolona. O filmie "Biegnij chłopcze, biegnij" przeczytałam w "Polityce". Zaintrygowała mnie tematyka i uznałam, że film wart jest zobaczenia. Jednak zanim wybiorę się do kina, to wolę przeczytać książkę. Tym bardziej, że są to prawdziwe wspomnienia Yorama Friedmanna, spisane przez Uri Orleva, a wspomnienia wiele tracą przy ekranizacji, lepiej je przeczytać. 
Mały żydowski chłopiec Srulik, wraz z rodziną trafia do warszawskiego getta. Złe warunki życiowe zmuszają rodziców do próby ucieczki. Ojcu się udaje, a chłopiec wraz z matką zostaje złapany. Wkrótce potem matka znika i Srulik zostaje zupełnie sam. Nie pamięta swojego nazwiska, nie wie ile ma dokładnie lat, ale zrobi wszystko, żeby przeżyć. Wyrusza na wędrówkę po okolicznych lasach i wsiach. Przedstawia się imieniem Jurek i szuka miejsca, w którym uda mu się przeżyć piekło wojny. Jego podróż zdaje się nie mieć końca. Tuła się po gospodarstwach, nigdzie nie jest bezpieczny. Bardzo łatwo o ludzi, którzy oddadzą go Niemcom za kilka groszy. Dlatego chłopiec stara się coraz mniej rzucać w oczy. Wie, że podstawą przetrwania jest umiejętność modlitwy i znajomość chrześcijańskich obyczajów. Coraz mniej w nim żydowskiego chłopca, a coraz więcej Polaka. Kamuflująca go poza staje się częścią jego świadomości. On już nie kłamie opowiadając o swoich rodzicach, on wierzy w to co mówi. I kiedy wojna się kończy chłopiec już sam nie wie kim jest. 
Miałam w stosunku do tej książki wielkie oczekiwania. Spodziewałam się tekstu, który poruszy mnie i nie da o sobie zapomnieć. Niestety tak nie jest. Srulik-Jurek chodzi od gospodarza do gospodarza. Wszyscy oni stapiają się w jedną popijającą i bijącą dzieci masę. Być może czas  zatarł wspomnienia pana Friedmanna. Odniosłam wrażenie, że kolejne obejścia są jak wyliczanka. Brak im cech charakterystycznych, są tylko punktami w pamięci ocalonego chłopca. Wspomnienia są oczywiście dramatyczne. Jednak kiedy myślę o tej powieści, to nasuwa mi się skojarzeniem z "Malowanym ptakiem" Jerzego Kosińskiego. Książka Kosińskiego wywarła na mnie ogromne wrażenie, a obawiam się, że z opowieści o Sruliku niewiele zostanie w mojej pamięci. Autor chciał nam pokazać kryzys tożsamości bohatera, jednak uczynił to w sposób nieprzekonujący. Uparte wyrzekanie się przez Srulika swojej tożsamości wynika z procesu, który nie jest w książce uzasadniony. Trudno mi też uwierzyć w nagły przełom i zmianę. Być może wynika to z braków w zarysowaniu psychologii i strony emocjonalnej postaci. Uri Orlov przekazuje nam tę opowieść w sposób chłodny i zdystansowany. Nie wynika to jednak z zabiegu pisarskiego, a z raczej z faktu, że opowieść ta jest pozbawioną emocji, beznamiętną relacją, wyliczaniem kolejnych punktów w wędrówce.
Przyznam szczerze, że jestem rozczarowana lekturą. Przeczytałam wiele wspomnień i relacji z czasów wojny, a ta do mnie nie przemówiła. Wiem, że to, co przeżył pan Friedmann z pewnością jest niewyobrażalnie straszne, jednak książka Uri Orleva tego nie oddaje. To dobra lektura dla młodych osób, które nie czytały jeszcze o Holocauście. Jednak jeśli przeczytaliście już trochę książek na ten temat, to możecie się czuć podobnie rozczarowani jak ja. 
I teraz nie wiem, czy iść do kina na ten film. Ktoś był i widział?

Uri Orlev, Biegnij chłopcze, biegnij, W.A.B., s.240

czwartek, 19 grudnia 2013

Elżbieta Cherezińska "Legion"


Jestem z pokolenia, które na apelach szkolnych zobowiązane było nosić czerwoną kokardę na głowie i machać białym gołąbkiem, które na filmy wożono do jednostki wojskowej, a na lekcjach historii uczono nas o wybawcy Polski - Związku Radzieckim. O żołnierzach z AK i innych antykomunistycznych oddziałów mówiono jako o bandytach lub nie mówiono wcale. A przecież to oni do końca wierzyli w polską niepodległość. To oni, zamiast wybrać "małą stabilizację", wybrali trudy życia w lesie i ciągłego zagrożenia. To oni byli torturowani, mordowani i chowani w nieznanych miejscach, tylko dlatego, że ośmielili się uwierzyć w wolną Ojczyznę.
Wojna to taki czas, kiedy słowa patriotyzm, honor i bohaterstwo nabierają innego znaczenia. Jedyne, co się liczy, to walka o wolność. Dla ludzi, którzy urodzili się żołnierzami, nie mają znaczenia polityczne przepychanki - chcą walczyć - bez względu pod jakim ideowym hasłem. Przeszkoleni żołnierze, młodzi mężczyźni z okupowanych miast i wsi, uciekinierzy z transportów dołączali do oddziałów partyzanckich, często nie patrząc na to pod sztandarem jakiego ugrupowania przyjdzie im walczyć. Tak było z bohaterami powieści Elżbiety Cherezińskiej "Legion". Leonard "Dor" (później Ząb) Zub Zdanowicz miał nadzieję, że dane mu będzie walczyć za ojczyznę. Jako tzw. "cichociemny" zeskoczył ze spadochronem, na tereny okupowanej Polski i działał w ramach AK. Jednak rozczarowany decyzjami dowódców dochodzi do wniosku, że jego zdolności lepiej wykorzysta skrajnie prawicowy NSZ. Władysław "Jaxa" Marcinkowski zmienia się z polityka, twórcy Związku Jaszczurczego, w zastępcę dowódcy Brygady Świętokrzyskiej. Zamieniając oderwane od rzeczywistości gabinety na trudne życie w lesie, zaczyna rozumieć na czym polega prawdziwy patriotyzm. Nieugięty "Żbik" uciekł z transportu do Auschwitz i chce dobrze wykorzystać swoją szansę. To postacie historyczne. Towarzyszą im postacie fikcyjne, w których odnaleźć można pomieszane losy wielu osób. Jest młody idealista Jakub - dawny nauczyciel. Wierzy, że nadchodzący ze Wschodu komunizm niesie szanse i możliwości. Jest nieszczęśliwa siostra Jakuba Pola - niespełniona aktorka, niespełniona kochanka, która nie radzi sobie z wojenna codziennością. Jest też wielka miłość Poli - Fenix - były bokser, gastronomik, nieco przypadkowy działacz podziemia Ak-owskiego i wielki paradoks historii - działacz antysemickiego NSZ.
Na kartach powieści Elżbiety Cherezińskiej na tle wydarzeń historycznych splatają się ludzkie losy. Każdy z bohaterów przeżywa swój dramat, wszystkich łączy walka o przyszłość. Widzą ją w różny sposób, jednak niewątpliwie chcą dobra Ojczyzny. Nawet dziś trudno jednoznacznie ocenić ich działalność. Obrońcy żołnierzy wyklętych podkreślają ich niezłomną postawę, walkę o niepodległość aż do końca. Ich przeciwnicy mówią, że walka ta była niepotrzebna i bezcelowa, podważała władzę i męczyła i tak wyniszczoną wojną ludność. Trudno jednak odmówić im waleczność, determinacji i poświęcenia. Mimo, iż mieli udział w wyzwoleniu Polski, to władza ludowa nie była dla nich łaskawa.
Powieść "Legion" czyta się świetnie. Wiele dobrego słyszałam o Elżbiecie Cherezińskiej, ale do tej pory nie miałam okazji się przekonać. Jednak teraz wiem, że przeczytam wszystkie książki tej autorki. Mimo, iż "Legion" liczy sobie 800 stron, to czas przy lekturze płynie błyskawicznie. Mocno odczuwalne są sympatie autorki, jednak zupełnie to nie przeszkadza. Postacie są świetnie zarysowane. W czasie lektury na bieżąco szukałam w Internecie zdjęć bohaterów. Pozwoliło mi się to bardziej z nimi utożsamiać. Dawno żadna lektura tak bardzo mnie nie poruszyła.
Czy warto przeczytać "Legion"? Jak najbardziej!

Elżbieta Cherezińska, Legion, Zysk i S-ka, 2013
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

wtorek, 19 listopada 2013

Wiesław S. Kuniczak "Dzień tysiąca godzin"


Współczesnemu Polakowi słowo "patriotyzm" kojarzy się z banałem, rozróbami z okazji 11 listopada, zamaskowanymi pseudokibicami, ekspertami Macierewicza i niekończącym się serialem smoleńskim. Taki pożytek robimy z naszej wolności i niepodległości. Jak zachowalibyśmy się w obliczu realnej groźby utraty wolności? Czy umielibyśmy stanąć wspólnie, ponad podziałami i ramię w ramię walczyć o każdy, nawet najmniejszy, kawałek polskiej ziemi?
Ostatnie dni sierpnia 1939 roku były bardzo gorące. Słońce prażyło niemiłosiernie, od wielu dni nie padał deszcz. Gorąca atmosfera panowała też w europejskich stolicach. Zamiary Hitlera były jasne. Mało kto jeszcze łudził się, że wojny można uniknąć. Anglicy i Francuzi próbowali oszukać siebie i cały świat, że panują jeszcze nad sytuacją. Prośbą i groźbą przekonywali polski rząd do zaniechania mobilizacji. Wszystko to jednak na próżno. Niemców nie dało się powstrzymać. 1 września rozpętało się piekło. Wojenna nawałnica porywa wszystkich. Biednych i bogatych, tych z doświadczeniem wojskowym i tych, którzy nigdy wcześniej nie opuścili swojej wsi. Każdy z nich traktuję wojnę inaczej, wszystkich łączy jedno - miłość do ojczyzny.
Generał Janusz Prus w końcu znowu czuje, że żyje. Ten antybohater czekał w zapomnieniu, aż Polska znowu będzie go potrzebowała. Nic nie jest tak ważne, jak wojna. Dla niej gotów jest porzucić ukochaną Lilę. Brat Generała - Michał jest świetnym strategiem. On, jako jeden z nielicznych wie, jak w rzeczywistości wyglądają szanse Polski w starciu ze świetnie uzbrojonymi i od miesięcy gotowymi  do walki Niemcami. Syn Michała - Paweł - od lat nie ma kontaktu z ojcem. Michał nigdy nie wybaczył mu, że trwoni życie, że wybrał taką, a nie inną drogę. Jednak Michał się myli, Paweł jest kimś wyjątkowym - świetny myśliwy i człowiek o niezwykłym kodeksie moralnym. No i najmłodszy z Prusów, syn Generała - Adam. Zakochany dziewiętnastolatek, którego pasją są góry. Wojna zastaje go w Austrii, gdzie wraz z przyjacielem Erichem zdobywa kolejne szczyty. Chłopcy nie wiedzą jeszcze, że przyjdzie im stanąć przeciwko sobie.
Jest jeszcze Antek - młody wiejski chłopak, który na wojnie uczy się życia. Jest Żyd Berg, którego celem było przeżycie, a teraz szuka swojej tożsamości. Jest też nieszczęśliwy amerykański korespondent Loomis. Nie wie jeszcze jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za odkrycie sensu życia. Są świadomi
Książka Wiesława Kuniczaka jest ogromna. 856 stron, w dużym, nieporęcznym formacie. To pierwsza część trylogii. Dużo tragedii, bólu i cierpienia. Książka ta pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na wydarzenia znane nam z podręczników historii. Autor nadał historii twarze swoich bohaterów, pozwolił nam uczestniczyć, nie tylko w walkach, ale też w ich osobistych dramatach. W "Dniu tysiąca godzin" wątki historyczne przeplatają się z fabularnymi. Występują postacie znane nam z kart historii, jak i postacie fikcyjne. Wielką zasługą tłumacza jest to, że w przypisach znaleźć możemy wyjaśnienia dotyczące np. obrony Westerplatte.
Lektura tej książki była dla mnie ciekawym doświadczeniem. Zafascynowana przewracałam kolejne kartki. Uczestniczyłam w walkach, czułam bezsilność bohaterów, przerażała mnie ilość przemocy i okrucieństwa. Czy nie zdawałam sobie wcześniej sprawy z tego, jak wyglądał wrzesień 1939 roku, czy też może nie chciałam się nad tym zastanawiać. Wiesław Kuniczak rzucił mnie w sam środek pożogi, w taniec śmierci. Język powieści jest prosty, obrazowy, bez zbędnego epatowania grozą. Przerażenie budzą proste zdania, z których wyłania się obraz wojny, chaosu, obłędu i rezygnacji. Śliczni kadeci, którzy w swoich wyprasowanych mundurach i ze śpiewem na ustach szli wprost na śmierć. Szarże ułańskie na czołgi. Desperacja granicząca z szaleństwem. Tak wyglądał polski patriotyzm.
"Dzień tysiąca godzin" to fizycznie wielka książka. Jednak zdecydowanie warta przeczytania. Gdzieś po drodze zgubiliśmy to, co najważniejsze - przestaliśmy doceniać wolną Polskę. Narzekając na niskie płace, na koszty życia i kiepski rząd, decydujemy się na emigrację. Zapominamy o ludziach, którzy zginęli w walce o każdy pęd tej ziemi. Słowa patriotyzm., ojczyzna czy honor stają się tylko elementem politycznej propagandy. Dlatego warto przypomnieć sobie co one w rzeczywistości znaczą. Ile wspólnego mają bandyci, którzy 11 listopada demolują Warszawę, z żołnierzami, którzy oddawali życie walcząc.
Mam nadzieję, że wydawca zdecyduje się na przetłumaczenie kolejnych tomów tej trylogii. Z całą pewnością je przeczytam.

Wiesław S. Kuniczak, Dzień tysiąca godzin, Zysk i S-ka, 2013
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Nicolas d'Estienne d'Orves "Sieroty zła"


Nie mam ostatnio szczęścia do lektury. Kiedy zobaczyłam na empikowej półce powieść "Sieroty zła" od razu wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Jak zwykle dałam się nabrać na opis wydawcy, który zapowiadał "Genialny, wielowątkowy thriller". Notka z tyłu mówiła o III Rzeszy, programie eugenicznym, tajemniczych samobójstwach i tatuażach SS - no coś dla mnie! Planowałam poszukiwania tej książki po bibliotekach, ale kochana Szpiegula sprezentowała mi ją na urodziny. Przerwałam lekturę "Drooda" i od razu się za nią zabrałam. Z każdą stroną mina mi rzedła. Gdzie ten genialny thriller? Gdzie książka, która miała mnie porwać, zachwycić, przerazić? No z całą pewnością nie tu.
Młoda sfrustrowana dziennikarka Anais Chouday żyje od zlecenia do zlecenia. Jej przyjaciel Clement proponuje jej wykonanie pracy zleconej za niebagatelną kwotę 100 tysięcy euro. Dziewczyna miałaby zbierać materiały dotyczące III Rzeszy i klinik położniczych Lebensbornu do książki tajemniczego Vidkuna Vennera. Chojny zleceniodawca okazuje się historykiem amatorem, pasjonującym się hitlerowskimi Niemcami. Dziwny blondyn w typie aryjskim fascynuje Anais, budzi ciekawość i niechęć jednocześnie. Dziewczyna daje się porwać jego pasji i wyrusza z nim w podróż szlakiem Lebensbornu. Przy okazji pozna też historię swojego pochodzenia.
Opowieść o badaniach prowadzonych przez Wikinga i Anais przeplatana jest historią śledztwa dotyczącego tajemniczej śmierci kobiety z tatuażem SS, prowadzonego w 1987 roku przez francuskiego policjanta Gilesa Chauviera. Trzecim wątkiem prowadzonym przez autora jest opowieść dwunastoletniej Leni  Rahn - sieroty żyjącej w dziwnej kolonii w Norwegii, która w 1938 roku próbuje poznać tajemnicę groźnej wyspy Halgadom. 
Tak wygląda zarys tej historii. Niby wszystko powinno być ok, ale dawno nie czytałam takiego nagromadzenia absurdów. Przyznaję, że zakończenie książki zupełnie mnie przerosło. Nie chciałabym tu spoilerować, więc powiem tylko, że czego tam nie ma... Od wymyślnych teorii historycznych, przez zmartwychwstania, po rozwiązania biologiczne, z zakresu science fiction,  o których chciałabym zapomnieć.
Główna bohaterka jest najbardziej irytującą mnie postacią literacką ostatniego roku, czy dwóch. Nie dość, że zupełnie nie rozumiem dlaczego została zatrudniona do tego zlecenia - jestem przekonana, że za te pieniądze mogła chociaż trochę czasu poświęcić zgłębieniu literatury przedmiotu, to jeszcze jej reakcje na badany temat były dziwne i śmieszne. Nie wiem, czy ktokolwiek na jej miejscu, zamiast poznawać historię, oburzałby się, że spotkał córkę Himmlera. Dziewczyna jest po prostu wkurzającą egoistką. Wikingowi też niczego nie brakuje - jego zachowania wobec Anais są niesmaczne i nienaturalne. 
Książka faktycznie jest wielowątkowa, jednak czy genialna i pasjonująca? Dla mnie nie. Przez jej karty przewijają się postacie historyczne, fakty mieszają się z wybujałą wyobraźnią autora. Są tu wszyscy - od Himmlera po Aleistera Crowleya. Dla mnie to zbyt dużo, chaotycznie, ale jednocześnie zupełnie nudno i bez polotu.
Jestem bardzo rozczarowana lekturą "Sierot zła". Miałam nadzieję na świetną książkę, która porwie mnie od pierwszej strony i będzie trzymać aż do ostatniej. Tak się niestety nie stało. Z całą pewnością nie przeczytam już żadnej książki tego autora. Wiem, że program eugeniczny jest świetną pożywką dla fantastycznych teorii i pomysłów, jednak powinny być tego jakieś granice - a według mnie tych właśnie panu Nicolasowi d'Estienne d'Orves zabrakło. 

Nicolas d'Estienne d'Orves, Sieroty zła, Wydawnictwo WAB, 2009

środa, 5 czerwca 2013

Grzegorz Kozera "Berlin, późne lato"


O książce Grzegorza Kozery przeczytałam na blogach. Tematyka bardzo "moja" i chciałam ją przeczytać. Miałam wielkie szczęście i udało mi się ją wygrać w blogowym konkursie. Usiadłam do czytania i książkę odłożyłam dopiero po przeczytaniu ostatniej strony. 
Otto Peters jest pisarzem, jednak realia, w jakich przyszło mu egzystować sprawiły, że przestał pisać. Zarabia na życie pracując w księgarni przyjaciela. Żona Otto - Elsa należała do partii narodowych socjalistów. Z zapałem przekazywała jej idee synowi Erichowi. Otto nie zrobił nic, żeby temu zapobiec. Chłopak zaciąga się do wojska i jedzie na front wschodni. Kiedy przychodzi wiadomość o jego śmierci Elsa już nie żyje. Otto nie może przestać obwiniać się za swój marazm, za bierną postawę. Mężczyznę odwiedza frontowy kolega syna. Pokazuje mu zdjęcia ze Wschodu. Teraz Otto już wie, jak wyglądają wojenne realia i jak bardzo różnią się od tego, co przekazuje Niemcom hitlerowska propaganda. Poczucie winy dławi Otto. I właśnie wtedy na jego drodze los stawia Halinę - młodą, polską uciekinierkę z obozu koncentracyjnego.
Znajomość Haliny i Otto to zderzenie dwóch światów. Ona - po przejściach w obozie nie może uwierzyć, że bywają dobrzy Niemcy. On - od lat faszerowany goebbelsowską propagandą, dopiero niedawno odkrył mały ułamek prawdy o Wschodzie. Nie wiadomo, które z nich bardziej nieufne. Skrzywdzona Halina, dość szybko otwiera się. Zachowawczy Otto ma trudniejszą drogę do przejścia. Ukrywanie kobiety to dla niego złamanie zasad i wyjście poza własne granice bezpieczeństwa. Otto sprzeciwia się upolitycznieniu środowiska literackiego, ale nie robi tego z pobudek patriotycznych, a z konformizmu. Nie może zrozumieć, dlaczego pozbawia się Niemców dobrej literatury, dlaczego mają się oni zadowalać pisaniną namaszczonych przez partię miernot. Pojawienie się Haliny nagle nadaje jego oporowi głębszy sens. Zyskuje na tym także jego życie - w końcu znajduje miłość, oddycha pełną piersią, wie po co żyje.
Zakończenie tej opowieści łatwo przewidzieć. Trudno w tej sytuacji spodziewać się happy endu. Jednak ostatnie zdanie każe mi się zastanowić kim była Halina. Kim była ta dziwna kobieta, która z dziecięcą ufnością złożyła swoje życie w ręce obcego Niemca?
"Berlin, późne lato" to mała, krótka, pozornie prosta opowieść o odkrywaniu swego człowieczeństwa. Łatwo jest chować się przed życie, w pancerzu konformizmu, trudno jest opuścić swoją strefę bezpieczeństwa. W pancerzu zostaje się dla siebie, ryzykuje się dla innych. Czy tak jest? Czy Otto ryzykuje dla Haliny, czy dla świeżo odkrytego poczucia, że życie? Zaryzykował i wiedział, jaka może być tego cena. Był świadomy tego, ile i jak przyjdzie mu zapłacić. Był przygotowany. Czy było warto? Myślę, że tak. Niezależnie od tego, czym ta zmiana w jego życiu była spowodowana. Bo uczucie, które żywimy jest prawdziwe i niezależne od jego obiektu.
To było moje pierwsze spotkanie z Grzegorzem Kozerą, ale z całą pewnością nie ostatnie. 

Grzegorz Kozera, Berlin, późne lato, Wydawnictwo Dobra Literatura, 2013

wtorek, 19 marca 2013

Gustave M. Gilbert "Dziennik norymberski"


Interesuje mnie dość wąski wycinek historii - od dojścia Hitlera do władzy, do końca wojny. Czytam wiele książek o tej tematyce. Okrucieństwo, które jest w nich opisywane jest przeogromne. Odbywało się na niespotykaną wcześniej skalę. Często zastanawiałam się nad tym, jak możliwe jest to, żeby zwykły człowiek mógł podejmować decyzję o eksterminacji milionów. Eichmann - zwykły urzędnik, który mordował ludzi, a potem wracał do domu na obiad. Jak możliwe jest planowanie zagłady całego narodu? Co sprawiło, że ludzie podążyli za ideami jednego człowieka? Wielu autorów próbowało na te pytanie odpowiedzieć. Ich odpowiedzi przypominają mi buddyjską przypowieść o słoniu i ślepcach - każdy widzi fragment, mało kto jest w stanie zrozumieć całość. 
Gustave Mark Gilbert był amerykańskim psychologiem, który pracował jako psycholog niemieckich jeńców przy Międzynarodowym Trybunale Wojskowym w Norymberdze. Była elita hitlerowskiej władzy. Przez czas procesu codziennie rozmawiał z osadzonymi. Przez 10 miesięcy osadzeniu przyzwyczaili się do jego obecności. Stopniowo zdobywał ich zaufanie, dzięki czemu otwierali się oni przed nim. Gilbert dokładnie notował każde wypowiedziane słowo. O ile to możliwe starał się nie wpływać na tok myślenia swoich podopiecznych. Jedyną większą ingerencja było rozdzielenie grupy na cztery jadalnie. Miało to na celu zniwelowanie negatywnych wpływów, jakie oskarżeni mogli wywierać na siebie nawzajem. Szczególnie istotne było odseparowanie Goeringa, który swoją dominującą osobowością wywierał wpływ na pozostałych. Szczególnie w przypadku słabszych, podatnych na wpływy osobowości, jak np. przywódca Hitlerjugend Baldur von Schirach, skutkowało to zablokowaniem ich własnych przemyśleń na temat własnej winy. Gilbert każdego dnia procesu rozmawiał z oskarżonymi, obserwował ich reakcje na akt oskarżenia, na mowy prawników, na zeznania świadków i w końcu na obrony współwięźniów. Starał się dokładnie dokumentować proces zmiany światopoglądu, zrozumienia na jakie manowce moralne wyprowadził wszystkich Hitler. Większość więźniów długo broniła się przed uznaniem winy ukochanego wodza. Jak mówił Hans Frank - naród jest jak kobieta i dał się uwieść zdecydowanej męskości Hitlera. Trudno się było spod tego wpływu uwolnić.
Bardzo ważnym elementem rozprawy było pokazanie w sądzie filmów okazujących sytuację w obozach koncentracyjnych. To był dla większości prawdziwy szok. Oczywiście trudno uwierzyć, że oskarżeni nie wiedzieli o planie eksterminacji całej rasy i zniewolenia innych. Jednak mimo wszystko dla większości z nich plany te pozostawały jedynie zapisami na papierze. Zupełnie nie łączyli tego bezmiarem tragedii, do których się przyczynili.  Ta konfrontacja z efektami własnych działań i decyzji dla wielu z nich była pierwszym momentem, w którym zobaczyli skazy na idealnym wizerunku swojego wodza. Każdy z nich zareagował inaczej. Jedni popadli w religijny fanatyzm, inni czuli na sobie ciężar odpowiedzialności, jeszcze inni negowali, czy samą zagładę, czy liczbę jej ofiar. W momencie, w którym Hitler opuścił ich, uciekając przed odpowiedzialnością, każdy z nich sam musiał zmierzyć się z własnym sumieniem. 
"Dziennik norymberski" nie daje odpowiedzi na pytania o człowieczeństwo hitlerowskich elit. Gilbert odpowiedzi na te pytanie zostawia czytelnikowi. Dostajemy w miarę wierny przekaz tego, co przez 10 miesięcy mówili więźniowie. Widzimy drogę, jaką większość z nich przeszła. Łatwo jest oceniać innych, niewiele o nich wiedząc. Dzięki Gilbertowi możemy sami wyrobić sobie zdanie o każdym z oskarżonych. Dzięki temu łatwiej też zrozumieć mechanizmy rządzące tymi ludźmi. Wiadomo, że słaba osobowość podatna będzie na propagandę, że konformiści szybko przystosują się do okoliczności, że osoby żądne władzy wykorzystają każdą okoliczność, żeby tę władzę zdobyć. Ale wśród oskarżonych byli też prawdziwi niemieccy patrioci, którzy dali się zwieść Hitlerowi. Wydawało im się, że działają dla dobra Niemiec, a kiedy zorientowali się, jak faktycznie wygląda sytuacja, było już za późno. Jedno pytanie stale pojawia się w rozmowach prowadzonych w norymberskim więzieniu - dlaczego żaden z nich nie miał odwagi po prostu podejść do Hitlera i go zastrzelić? Osoby, które organizowały spiski i zamachy, robiły to w bardzo wymyślny sposób. Dlaczego nie wybrano najprostszego rozwiązania? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, dlatego że nikt z nas nie pozna już Hitlera osobiście. Wszyscy zgodnie mówili o jego niezwykłej, magnetycznej osobowości. To coś, czego nie odda żaden dokument, ani film. To coś, co (na szczęście) umarło razem z nim. 
"Dziennik norymberski" to niezwykły dokument, który jest świetnym uzupełnieniem wiedzy na temat Hitlera i jego świty. Każdy z oskarżonych miał swoje powody, dla których znalazł się w Norymberdze. Droga i motywacja każdego z nich była zupełnie inna. Dzięki tej książce można "wysłuchać" także ich racji. Trudno nie zgodzić się z niektórymi uwagami Goeringa dotyczącymi np Związku Radzieckiego i jego udziału w tym procesie (szczególnie z perspektywy lat). "Dziennik.." czyta się bardzo dobrze. To niezwykle interesująca lektura. Polecam ją wszystkim. 


Gustave M. Gilbert, Dziennik norymberski, Świat Książki, 2012

wtorek, 19 lutego 2013

Łukasz Gładysiak "Zabijajcie wszystkich. Einsatzgruppen 1938-1941"



Co sprawia, że człowiek zamienia się w bezduszną maszynę do zabijania? Okoliczności? Skaza charakteru, czy osobowości? Uszkodzenia mózgu? Takie dywagacje można prowadzić, kiedy mamy do czynienia z pojedynczym zabójcą. A jak wytłumaczyć fakt, że tysiące młodych, zdrowych mężczyzn zamienia się morderców? Wbrew pozorom w większości nie byli to degeneraci, czy ludzie pozbawieni perspektyw. Większość z nich, to wykształceni ludzie, na stanowiskach, z porządnych rodzin. Dlaczego porzucili swoje życie, żeby zabijać niewinnych?
To, o czym przeczytać możemy w "Zabijajcie wszystkich" jest przerażające. Szczególnie okrutna jest część dotycząca pacyfikacji Polski. Autor dokładnie i szczegółowo opisuje działania poszczególnych jednostek w różnych miastach. Po sterroryzowaniu, zastraszeniu, aresztowaniach i morderstwach na ludności większych miast, jednostki rozpoczynały charakterystyczne dla siebie działania promieniste w okolicznych miejscowościach. Nie przestrzegano żadnych praw ani zasad wojennych. Mordowano ludność cywilną na równi ze schwytanymi żołnierzami polskimi. Dla uprawomocnienia swoich działań wymyślano odwety za rzekome przedwojenne represje wobec mniejszości niemieckiej, za ataki na volksdeutchów, przebierano żołnierzy polskich w mundury partyzanckie. Tak pacyfikacje, jak i egzekucje pozbawione były nawet szczątkowych ilości humanitaryzmu. Bicie, rozjeżdżanie czołgami, strzelanie, zakopywanie żywcem, zrzucanie z wysokich budynków - wyobraźnia najeźdźców była niczym nie ograniczona. Do pomocy wciągano miejscowe mniejszości i osoby z podpisaną volkslistą. To pozwalało Niemcom zemścić się na sąsiadach za prawdziwe i wyimaginowane przewiny. Do tego często okazywało się, że tak w samym Einsatzgruppen, jak i wśród współpracujących z nimi miejscowych znajdowały się osoby ze skłonnościami do sadyzmu.  Niektóre z opisanych przez autora przypadków były tak drastyczne, że nie mogłam uwierzyć w to, co czytam. Działania jednostek były często tak drastyczne, że budziły sprzeciw nawet wśród dowództwa Wehrmachtu 
Łukasz Gładysiak jest historykiem wojskowości. Pochwalić się może sporym dorobkiem naukowym i popularno-naukowym. "Zabijajcie wszystkich" jest pracą o charakterze naukowym. Oczywiście odbija się to na języku, którym jest napisana. Nie jest to lektura lekka i nie czyta się łatwo. Nie mam uwag, co do jakości języka, jakim posługuje się autor. Początkowo nie miałam też uwag, co do redakcji i korekty. Niestety później coraz częściej zaczęły pojawiać się literówki. Tekstowi przydałaby się korekta, bo pisząc tak duży tekst trudno wyłapać wszystkie potknięcia. Uważam też, że część tabel i wykresów jest zbędna, ale rozumiem, że w tekście znalazły się właśnie z powodu jego naukowego charakteru. 
W "Zabijajcie wszystkich" autor skupił się na okresie od powstania Einsatzgruppen, do 1941 roku. Zapytać można skąd taka cezura czasowa. W 1941 roku Niemcy zaatakowały ZSRR i to zmieniło nieco charakter działań. Poza tym trudno nie zauważyć, że autor skupił się na działaniach Grup Operacyjnych na terenach Polski zaraz po rozpoczęciu wojny. Autor napisał także pracę doktorską o jednostkach specjalnego przeznaczenia Służby Bezpieczeństwa na froncie wschodnim w latach 1941-46. Myślę, że jeśli zdecyduje się na wydanie jej w formie książki, będzie to druga część książki "Zabijajcie wszystkich". Będziemy mieli wtedy do czynienia z całościową monografią Einsatzgruppen.
Nie jestem historykiem i nie jestem w stanie zweryfikować faktów zawartych w "Zabijacie wszystkich". Patrząc na ilość przypisów i wielkość bibliografii muszę przyjąć, że autor dobrze sprawdził przygotowany przez siebie tekst. 
Mimo tego, iż istnieje mnóstwo publikacji na temat II wojny światowej, to Einsatzgruppen nie miały jeszcze pełnej monografii. Te budzące przerażenie jednostki nadal owiane były tajemnicą. Książka"Zabijajcie wszystkich" Łukasza Gładysiaka jest lekturą obowiązkową dla wszystkich osób interesujących się tą tematyką. 

Łukasz Gładysiak, Zabijajcie wszystkich. Einsatzgruppen 1938-1941, Demart, 2012
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

wtorek, 12 lutego 2013

Arkadiusz Pacholski "Niemra"



Po książce Arkadiusza Pacholskiego "Niemra" spodziewałam się bardzo wiele. Wypożyczałam ją z biblioteki świeżo po obejrzeniu "Joanny" i szukałam czegoś o wojnie, czegoś niepokojącego i skłaniającego do refleksji. Tak okładka, jak i opis "Niemry" wydały mi się odpowiednie. 
Okupowany Kalisz. Czas bardzo trudny do życia, jednak nie dla wszystkich jednak. Młoda i przedsiębiorcza Dorota Paleń radzi sobie świetnie. Gdyby nie wojna, nawet nie wiedziałaby, że ma niezwykły talent do interesów. Pracuje u antykwariusza Karla Gregoriusa. Do jej obowiązków należy wyszukiwanie w okolicznych wsiach rzadkich zabytków, które odkupuje za grosze. Przy okazji skupuje także mięso z nielegalnych ubojów, które sprzedaje w mieście. Oprócz tego Dorotka działa w podziemiu. Na rozkaz przełożonych podpisuje volkslistę. 
Kłopoty Doroty zaczynają się w momencie, kiedy zaprzyjaźniony z nią profesor Łubin mówi jej o znalezieniu  na klatce schodowej ciała zamordowanej Żydówki. Profesor zmuszony był ciało to wrzucić do szamba. Kiedy okazuje się, że zmarłą była Romka Jodłowska - ekscentryczna koleżanka szkolna Doroty, ta czuje potrzebę wyjaśnienia tajemniczego morderstwa. Nie umie przejść nad nim do porządku dziennego. Nie chce, by pamięć o Romce rozpłynęła się profesorskim szambie. Okazuje się, że wyjaśnienie tajemnicy śmierci młodej Żydówki nie jest nikomu na rękę. 
Autor "Niemry" Arkadiusz Pacholski jest historykiem. W książce widać, że jest miłośnikiem dziejów swojego rodzinnego miasta Kalisza. "Niemra" jest dopracowania w drugoplanowych szczegółach, jej zaplecze historyczne jest imponujące. Dzięki temu poznać możemy mnóstwo ciekawostek historycznych, jak i tło społeczno-obyczajowe tamtych czasów. No, ale nie zwykłam czytać powieści dla ich tła, czy wiedzy. W powieści najważniejsza jest dobrze poprowadzona fabuła. Czytając "Niemrę" miałam wrażenie, że wszystko, co się tam dzieje, to dla autora tylko pretekst do zwiększania objętości tekstu wydarzeniami historycznymi. Przypomina mi to sytuację, kiedy na lekcji polskiego nauczycielka kazała jednej z moich koleżanek streścić poemat dygresyjny "Beniowski". Dziewczę wstało i wydukało: "Beniowski jechał na koniu, zatrzymał się zapalił ognisko, potem wsiadł na konia i odjechał. Reszta to tylko dygresja". Takie też wrażenie miałam przy lekturze "Niemry" - wszystko to tylko dygresja. Kolejne rozdziały, datowane w różnych językach, poświęcone były różnych bohaterom. Autor każdemu z nich pozwolił na swobodne gonitwy myślowe, upstrzone dodatkami historycznymi. Rozumiem, że w założeniu miała to być powieść głęboka, psychologiczna i wielowarstwowa. Postaci miały być skomplikowane i niejednoznaczne. No niestety - w mojej ocenie to się nie udało. Wyszła do niczego nie prowadząca gadanina. Żaden z bohaterów nie zdobyło mojej sympatii, nie wciągnęłam się w książkę, nie byłam ciekawa co będzie dalej. Jako, że powieść jest dość obszerna, złamałam swoje zasady i po pierwszej części, po 266 stronie uznałam, że nie muszę się dalej męczyć i z czystym sumieniem porzuciłam Dorotkę. 
"Niemra" jest świetnym dowodem na to, że nie każdy musi być prozaikiem. Jestem przekonana, że pan Pacholski może pisać książki historyczne, przybliżające nam czasy wojny. A jeśli ktoś chciałby przeczytać dobrą książkę, osadzoną w czasach II wojny światowej, to polecam "Morfinę" Twardocha. Tam dygresje czemuś służą, nie są sztuką samą w sobie. 

Arkadiusz Pacholski, Niemra, Prószyński i S-ka, 2011