books on my mind: synowe
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą synowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą synowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 stycznia 2014

Jo Nesbo "Doktor Proktor i Proszek Pierdzioszek"


Dawno, dawno temu, kiedy tak sobie patrzyłam na moje kilkumiesięczne, chwilowo spokojne i gaworzące dziecko, moja przyjaciółka wypowiedziała pamiętne słowa: "A czy ty wiesz, ze dzieci w okresie wczesnoszkolnym najbardziej bawią żarty o pierdziochach, bekaniu i innych czynnościach fizjologicznych?". Oniemiałam. Uznałam to za absolutnie niemożliwe i puściłam w niepamięć. W tym roku mój Synu poszedł do zerówki. Jakież było moje zdumienie kiedy usłyszałam w szkole, co bawi chłopców w tym wieku. Od razu przypomniała mi się przestroga przyjaciółki. No nic, jeśli nie można czegoś pokonać, to należy to oswoić. Dlatego zabraliśmy się za czytanie książki popularnego norweskiego pisarza Jo Nesbo "Doktor Proktor i Proszek Pierdzioszek". Ku memu zdziwieniu oboje bawiliśmy się przy tym świetnie. 
W Oslo, przy ulicy Armatniej, mieszka ciut samotna dziewczynka Lisa. Jej przyjaciółka właśnie wyprowadziła się do innego miasta i Lisa bardzo za nią tęskniła. Wkrótce to się zmieni. Na ulicy pojawia się nowa rodzina z synkiem - małym, czerwonowłosym i bardzo wygadanym Bulkiem. Dzieci zaprzyjaźniają się z ekscentrycznym sąsiadem wynalazcą doktorem Proktorem. Właśnie dokonał on przełomowego odkrycia, stworzył absolutnie cudowny Proszek Pierdzioszek i jego mocniejszą wersję - Proszek Pryktonautów. Cała trójka postanawia sprzedawać wynalazek dzieciom ze szkoły. Nie wiedzą, że wzbudzą tym zainteresowanie miejscowych łobuzów, bliźniaków Trulsa i Tryma oraz ich wyrachowanego ojca - pana Thrane. 
Jak na autora poczytnych kryminałów przystało, w tej książce mamy wszystko - kradzież, więzienie, straszną anakondę mieszkającą w kanalizacji. Są łobuzy, wybuchy, policyjne pościgi i ciemne lochy. Nesbo stopniuje napięcie, każdy rozdział kończy się w takim momencie, że moje dziecko wyspecjalizowało się w proszeniu "Jeszcze tylko kawałek...". Całość napisana jest z ogromnym humorem. Mimo iż w kwestiach dotyczących hmm.. proszku, balansuje na granicy dobrego smaku, to jednak nie jest przesadna. Jasne - salwa honorowa dla króla oddana z gazów siedmiu gwardzistów nie jest estetyczna, jednak jest do przyjęcia. Synu się świetnie bawił i myślę, że udało nam się oswoić "wroga".
Bohaterowie się barwni, jednak zdecydowanie na prowadzenie wybija się Bulek. Doktor Proktor i Lisa, mimo iż bardzo sympatyczni, stanowią tylko tło dla rezolutnego chłopca. To niezwykle inteligentne i wygadane dziecko dało nam wiele pretekstów do rozmów o stosunkach panujących w dziecięcych społecznościach. Walory fizyczne chłopca sprawiały, że często stawał się on celem ataków i kpin. Sztukę ratowania sytuacji opanował do perfekcji. A co najważniejsze, nie zachodzi w nim wielka zmiana, wie kiedy lepiej ulec niż walczyć. Mój Synu zdumiał mnie tym, że świetnie rozumie mechanizmy zachowania Bulka w szkole. Wie czemu postępował tak, a nie inaczej. Bardzo się z tego powodu cieszę.
Czy warto dać szansę "Doktorowi Proktorowi i Proszkowi Pierdzioszkowi"? Warto! Z całą pewnością przeczytamy kolejne książki z tej serii. . 

Jo Nesbo, Doktor Proktor i Proszek Pierdzioszek, Czarna Owieczka, 2011, s. 214

wtorek, 12 listopada 2013

Hugh Lofting "Doktor Dolittle i Tajemnicze Jezioro"


Tomek Stubbins jest młodym asystentem znanego doktora Dolittle - pomaga mu w opiece nad zwierzętami i uczy się ich języka. Starego doktora pochłaniają ciągle nowe pasje. Każdej z nich oddaje się bez reszty i z pełnym zaangażowaniem. Obecnie pracuje nad nieśmiertelnością, jednak efekty jego pracy są znikome. Tomek i zwierzęta martwią się o swojego opiekuna. Chcąc mu pomóc, postanawiają odszukać w bibliotece notatki doktora z rozmów ze starym żółwiem Błotnistą Skorupą - ostatnim żyjącym pasażerem Arki Noego i świadkiem Potopu. Ku ich przerażeniu zapiski zniknęły. Okazuje się, że ich odtworzenie jest niemożliwe, ponieważ po starym żółwiu zaginął wszelki ślad, a jego dom został zniszczony przez trzęsienie ziemi. Doktor zakłada najgorsze i wraz z przyjaciółmi wyruszają na wyprawę ratunkową. Muszą odnaleźć Błotnistą Skorupę i raz jeszcze spisać jego wspomnienia. 
Książka "Doktor Dolittle" powstała w 1948 roku. Jest to jedna z mniej znanych w Polsce opowieści o przygodach mądrego doktora. Styl, w jakim jest napisana, jest zupełnie różnych od współczesnych powieści dla dzieci. Postać doktora nie jest rubaszna i beztroska. To, co mnie uderzyło, to bijący z niej smutek, determinacja i rezygnacja - cechy bardzo ludzkie. Nie jest to oczywiste dla dzieci, ale już dla rodziców owszem. Doktor budzi sympatię, ale przede wszystkim uzasadniony szacunek. I wynika on z konkretnych jego postaw, zachowań i wydarzeń, a nie tylko z faktu, że z założenia powinien. Dolittle jest pełen trosk o swoje zwierzęta, o przyjaciół, o losy świata. Nieustanną pracą próbuje jak najwięcej w swoim życiu zdziałać. 
Narratorem opowieści jest Tomek Stubbins. Uważnie obserwuje on swojego mistrza. Rozumie kierujące nim pobudki i wraz ze zwierzętami chce maksymalnie ułatwić mu życie. Dba o niego i jest to troska szczera, wynikająca z podziwu i szacunku, a nie powinności. Relacje, które ich łączą są prawdziwe i niosą za sobą przesłanie - dbajmy o nasze kontakty z innymi ludźmi. Szanujmy ich i traktujmy tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Doceniajmy starania i troskę. Jednak moralizatorstwo w opowieści nie jest nachalne, jak w niektórych powieściach współczesnych. Sprawnie wplecione w fabułę łatwiej trafia do młodego czytelnika. 
Opowieść o doktorze i jego przyjaciołach bardzo przypadła mojemu synowi do gustu. Z zainteresowaniem wysłuchiwał kolejnych rozdziałów, ciągle prosząc: "Mama, jeszcze jeden. Jeszcze tylko jeden..". Powieść, mimo, iż dość obszerna, podzielona jest na krótkie rozdziały i dawkowanie ich dziecku jest proste. Szybko przyzwyczailiśmy się do stylu narracji i z zaciekawieniem przerzucaliśmy kolejne strony. Może i lubimy współczesne powieści dziecięce, jednak klasyka, to klasyka. Doktor Dolittle jest klasą sam w sobie. Warto poczytać dziecku o jego przygodach. 

Hugh Lofting, Doktor Dolittle i Tajemnicze Jezioro, Znak, 2013
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

środa, 16 października 2013

Jean-Philippe Arrou-Vignod "Jaśki"



Chyba się starzeję. Coraz częściej myślę o tym, że kiedyś było piękniej i lepiej. Życie było prostsze, ciekawsze i cenniejsze. To był taki czas, kiedy nie panowała epidemia ADHD, rodzice bez skrępowania palili przy dzieciach papierosy, a bezstresowe wychowanie było daleką przyszłością. Bez komputerów, facebooków i innych pochłaniaczy czasu między ludźmi tworzyły się autentyczne, silne więzi. Czy wyobrażacie sobie współczesną rodzinę z szóstką dzieci? Koszty utrzymania tej całej gromadki byłyby tak wysokie, że rodzice zapewne spędzaliby całe dnie w pracy, a dzieci puszczone samopas siedziały przed komputerami. Jednak kiedyś było inaczej. Kiedyś taka rodzina nie była niczym niezwykłym, a wszystkich dziwili jedynacy.
Jak to jest mieć rodzeństwo wie większość z nas. Jednak jak to jest mieć pięciu braci, z którymi oprócz więzów krwi łączy nas jeszcze pierwsze imię wie niewielu. Jak to jest? Z całą pewnością wesoło. Chłopców różni wiek, inicjał i osobowość. Każdy jest inny. Czasem trudno jest pogodzić całą tę gromadkę. Obowiązki z tym związane spadają na świetnie zorganizowaną mamę. Tatuś - ceniony lekarz, jest bardzo zajęty. Nie przeszkadza mu to jednak zabierać Jaśków na wakacje, basen czy z wizytą do rodziny. Cała historia zaczyna się w 1967 roku, kiedy pięciu Janów, oznaczonych dodatkowo inicjałem drugiego imienia A, B, C, D i E dowiaduje się, że ich rodzina znowu się powiększy. Pojawienie się najmłodszego Jana, oznaczonego inicjałem F., wprowadzi w życie rodziny jeszcze większy rozgardiasz.
"Jaśki" czytało nam się świetnie. Codziennie wieczorem z przyjemnością poznawaliśmy kolejne perypetie chłopców. Książka dostarczyła nam nie tylko sporej porcji śmiechu, ale także była wyjściem do rozmów o więzach rodzinnych, miłości i o tym, jak to jest mieć rodzeństwo. Bezpretensjonalność tych opowiastek i ich lekki, przyjemny język sprawia, że całość czyta się szybko i bez znudzenia. Mówiąc o tej książce nie sposób nie odnieść się do sugerowanego na okładce podobieństwa do Mikołajka. Tak, można te powieści porównać. "Jaśki" niczym nie ustępują słynnemu koledze. I w jednej i w drugiej powieści z prawdziwą radością patrzę na świat dorosłych, który wyłania się z dziecięcych opowieści. W "Mikołajku" moją ulubienicą była wiecznie wracająca do swej rodzicielki matka chłopca, w "Jaśkach" jest to starający się spędzać czas z dziećmi ojciec.
"Jaśki" to przesympatyczna lektura tak dla małych, jak i dużych. Muszę się przyznać, że kiedy synu zasypiał w czasie czytania, w sekrecie podczytywałam dalej. Trudno o lepszą rekomendację.

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Jaśki, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2013
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

środa, 6 lutego 2013

Paulina Wilk "Przygody misia Kazimierza"



Kiedy myślę o dzieciństwie, to przypominam sobie czas, w którym wszystko było proste, ładne i niewinne. W moim dzieciństwie nie było brutalnych, pełnych agresji bajek, nie było całodobowych kanałów z bajkami. Musiało nam wystarczyć 10 minut dobranocki. Świętem była niedziela, kiedy tvp serwowało nam pół godziny "Przygód pszczółki Mai". Nie mieliśmy komputerów, playstation, czy innych xboxów. Takie właśnie czasy napełniają mnie nostalgią. W takiej właśnie konwencji napisana i wydana jest książka Pauliny Wilk "Przygody misia Kazimierza". 
Kazimierz mieszkał w dużym sklepie. Wraz z innymi misiami zajmował wielki kosz. Wszystkie misie były takie same. Wszystkie ubrane w niebieskie piżamki. Kazimierz nie chciał tak żyć. Pewnego dnia postanowił uciec. Rezolutny miś wykorzystując torbę z zakupami pewnego pana opuszcza sklep. Pewnego dnia puka do drzwi domu Ani.
Ania mieszka sama. Chyba czuje się trochę samotna. Kazimierz szybko znajduje sobie miejsce w jej domu i sercu. Kobieta pokazuje mu świat. Uczy go różnych rzeczy, tłumaczy, wyjaśnia. Nieśmiały miś szybko odkrywa, jak miło jest pływać mydelniczką w wannie, jaką przyjemność sprawia gotowanie, czy przytulanie.  Zza naiwnego świata Kazimierza wyłania się trochę smutny obraz trochę niedzisiejszej Ani - trochę nostalgicznej (depresyjnej?), zmuszonej czasem skorzystać z kropli walerianowych, czy tłumaczącej misiowi czym jest blizna. Odbieram Anię, jako nieco zagubioną osobę, dla której pojawienie się misia jest prawdziwym szczęściem. Ich relacja nadaje sens jej życiu i przywraca mu blask. 
"Przygody misia Kazimierza" to zbiór opowiastek o codziennym życiu. Miś poznaje swój nowy dom. Wszystko jest dla niego przygodą. Czasem jest wesoły, czasem nieco boczy się na Anię. Od niej właśnie uczy się szacunku do innych, zrozumienia, tolerancji, cierpliwości. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki traktuje ona swojego małego współlokatora. 
Paulina Wilk stworzyła książkę niezwykłą. Bez wielkich słów przypomina nam, jak ważne jest życie codziennie, ile radości możemy czerpać z przebywania z innymi. Współczesny świat pochłania mnóstwo naszego czasu i energii. Czasem nie mamy cierpliwości i ochoty, żeby odpowiadać na wszystkie dziecięce pytania. To, co powinno być przyjemnością, zamienia się w obowiązek. Bardzo cieszę się, że powstała książka, która sprawia, że przypominamy sobie to, co jest w naszym życiu najważniejsze - nasi bliscy. Każda spędzona z nimi chwila może być przyjemnością i może dawać nam energię. 
Aby dopełnić przyjemności czytania, książkę pięknie zilustrowała Zosia Dzierżawska. Idealnie pasują one do opowieści o małym misiu i jego przyjaciółce. 

Paulina Wilk, Przygody misia Kazimierza, Wilk&Król Oficyna Wydawnicza, 2012

czwartek, 10 stycznia 2013

Astrid Lindgren "Latający szpieg czy Karlsson z dachu" audiobook


"Latający szpieg czy Karlsson z dachu" to kolejna, trzecia już część przygód zażywnego jegomościa o imieniu Karlsson. Ten niezwykle przystojny, dość tęgi mężczyzna w najlepszych latach, specjalista od wszystkiego, ma niezwykłe poczucie humoru i nieustanną chęć na psoty i figle. Dzięki znajdującemu się na jego plecach śmigiełku sprawnie porusza się on po Sztokholmie, wywołując przy tym nie lada sensację. Ku swemu nieszczęściu zostaje wzięty za Latającego szpiega, a za jego pojmanie wyznaczono nagrodę. Karlsson jednak niespecjalnie bierze sobie to zagrożenie do serca, tym bardziej, że rodzice jego najlepszego przyjaciela Braciszka wyjeżdżają na wakacje. Nie do końca wyobrażają oni sobie Karlssona w roli niańki, dlatego ich synem zaopiekować ma się ekscentryczny wuj Julius oraz zaprzyjaźniona z rodziną panna Cap. Ta sytuacja daje Braciszkowi i jego latającemu przyjacielowi nieograniczone wręcz możliwości psocenia. 
Tę książkę, jak i pozostałe z serii o Karlssonie wysłuchaliśmy z synem w interpretacji Edyty Jungowskiej. Tak, jak i przy poprzednich częściach bawiliśmy się przy tym świetnie. Pani Edyta ma niezwykły wręcz talent. Świetnie potrafi ożywić bajkowe postacie, nadając każdej z nich wyjątkowy charakter i świetnie oddając ich osobowość. Szelmowaty Karlsson w jej wykonaniu, to prawdziwe mistrzostwo. Głos pani Jungowskiej w połączeniu z muzyką ilustrującą opowieść dają niezwykle radosne, energetyczne połączenie. Słuchając Karlssona nie sposób się nie śmiać. 
Jak już wspominałam audiobooka wysłuchaliśmy dzięki uprzejmości sklepu Audeo.pl. Jeśli lubicie książki w takiej formie, to sklep ten przygotował dla Was niespodziankę w postaci darmowego audiobooka o przygodach Sherlocka Holmesa. Pobrać go można TUTAJ.  Miłego słuchania :)

Astrid Lindgren, Latający szpieg czy Karlsson z dachu, czyta Edyta Jungowska, Wydawnictwo Jung-Off-Ska, 2011


czwartek, 6 grudnia 2012

Astrid Lindgren "Karlsson z dachu" audiobook


Ciężkie jest życie 7-latka. Mamusia ma tatę, starszy brat trzyma ze starszą siostrą, a co ma ze sobą zrobić Braciszek? Gdyby chociaż miał psa.. Jakie było zdumienie chłopca, kiedy pewnego dnia usłyszał na oknem bzyczenie silniczka. Chwilę później Braciszek ujrzał przedziwnego jegomościa, który przedstawił się jako mężczyzna w najlepszych latach (a każdy wie, że najlepsze lata u mężczyzny, to wszystkie lata), niewysoki, dość tęgi i oczywiście inteligentny i przystojny. Każdy tatuś chciałby poznać taką personę, a każda mamusia byłaby zachwycona takim gościem. Najdziwniejsze w nim było umieszczone na plecach śmigiełko, dzięki któremu Karlsson (bo tak przedstawił się ów jegomość) przemieszczał się bez trudu dokąd tylko chciał. Mieszkał zaś w domku na dachu, w którym miał kilka tysięcy maszyn parowych oraz obrazków z kurkami oraz psów. W sumie miał tam kilka tysięcy wszystkiego. Był też najlepszym na świecie specjalistą od .... kompletnie wszystkiego.  Jako, że usposobienie Karlsson miał wesołe i skore do żarcików i figli, to wkrótce stał się nieodłącznym towarzyszem zabaw Braciszka. 
Opowieści o przygodach Braciszka i Karlssona słuchaliśmy z moim synu z audiobooka, który nagrała Edyta Jungowska. Już wcześniej mieliśmy przyjemność zapoznać się z jej wersjami "Dzieci z Bullerbyn oraz "Pippi", ale muszę przyznać, że Karlsson w jej wydaniu jest rewelacyjny, jeśli nie powiedzieć genialny. Zaśmiewaliśmy się do łez, kiedy słyszeliśmy słynne karlssonowe "Grunt to spokój", a powitalno-pożegnalne "Hejsan Hoppsan" weszło na stałe do naszego słownika. Ku memu zdziwieniu synu w domu nie chciał oglądać telewizyjnych bajek, a ciągle domagał się włączenia Karlssona. Wadą tego audiobooka jest tylko to, że zbyt szybko się kończy. Jakie szczęście, że Audeo.pl poratowało nas kolejną częścią przygód latającego jegomościa. 
Nie wiem, jak to się stało, że w dzieciństwie przegapiłam Karlssona. Uwielbiałam książki Astrid Lindgren i czytałam je wielokrotnie. Ta niestety jakoś się "przegapiła". Na szczęście nie ma tego złego, co by na dobre nie i wyszło i teraz poznaję przygody latającego oryginała z równą ciekawością, jak moje dziecko. Jestem pewna, że jeszcze wielokrotnie będziemy słuchali tego audiobooka. Śmieszny Karlsson wniósł wiele radości w życie Braciszka, ale także nasze. Bardzo go polubiliśmy.
Ps. Widziałam, że Edyta Jungowska niedawno nagrała także swoją wersję "Braci Lwie Serce". Już nie mogę się doczekać, żeby jej posłuchać.

Za możliwość posłuchania audiobooka dziękuję sklepowi Audeo.plhttps://audeo.pl/

Astrid Lindgren, Karlosson z dachu", czyta Edyta Jungowska, Wydawnictwo Jung-Off-Ska, 2011

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Agnieszka Chylińska "Zezia i Giler"


Zuzia Zezik ma 8 lat. Wraz z mamą, tatą i bratem Czarkiem mieszka w Warszawie. Czarek ma 5 lat. Z powodu nieustającego kataru rodzina nazywa go Gilerem. To on właśnie nazwał swoją siostrę Zezią. Zezia nie gniewa się na niego, bo Giler jest inny niż reszta dzieci i dziewczynka bardzo go kocha. 
Rodzina Zezików jest bardzo barwna. Piękna i elegancka mama pracuje w banku, a roztargniony tata jest rzeźbiarzem i bardzo dużo czasu spędza w domu. Zezikowie mają dwie babcie - Jasnowłosą i Ciemnowłosą. Są one różne, jak ogień i woda. W domu Zezików nie może zabraknąć i kotki - nosi ona wdzięczne imię Idźstąd. 
"Zezia i Giler" to zbiór opowieści o Zezi i jej rodzinie. Książka ta nie stanowi całości, a i poszczególne opowieści nie są zwartymi konstrukcjami, zakończonymi zabawną pointą. Czytałam gdzieś porównania "Zezi" do "Mikołajka". No niestety, z całą sympatią do Agnieszki Chylińskiej, ale nie można absolutnie tych dwóch książek porównywać. Mikołajkowe opowieści są przepojone humorem i oprócz dziecięcych przygód, przemycają elementy świata dorosłych. Humor w "Zezi" jest trochę naciągany, na siłę, a to, co nieco topornie przemyca nam autorka ze świata dorosłych jest w sumie bardzo smutne.  
Wielkim plusem "Zezi" jest zupełnie coś innego. Podoba mi się bardzo subtelne przedstawienie życia rodziny, w której jedno z dzieci jest autystyczne. Dla Zezi choroba brata jest oczywistością. Przyjmuje ją ona tak naturalnie, że nie jest łatwo wyłapać ten ważny element opowieści. Moim zdaniem jest to bardzo istotne. Znam rodziny, w których są dzieci z autyzmem, czy innymi chorobami. Każda z tych rodzin prowadzi "zwyczajne" życie, ale leczenie, rehabilitacja i wszelkie rzeczy związane z chorobą są przyjmowane naturalnie, są częścią codzienności. Tak jest i w "Zezi". O tym, że Giler jest chory nie jesteśmy informowani wprost. Są to delikatne sugestie.Podoba mi się taki sposób przedstawienia problemu. 
Książka wydana jest bardzo ładnie. Podoba mi się jej okładka, ma piękne ilustracje. Do książeczki dołączony jest zestaw tatuaży, więc można dziecku zrobić "Chylińską" na rękach. 
Bardzo chciałam przeczytać synowi tę książkę. Lubię Agnieszkę Chylińską (muzycznie dawną) i szanują ją jako człowieka. Jest mądrą, ciepłą osobą. Bardzo ucieszyłam się, kiedy wśród urodzinowych prezentów moje dziecko znalazło "Zezię". Niestety książka trochę mnie rozczarowała. Jak się okazuje, pisanie książek dla dzieci nie jest takim łatwym zajęciem. Szczególnie, jeśli mierzy się ponad zwykłą bajkę, kiedy próbuje się stworzyć coś mądrego i zabawnego. Nie jestem pewna, czy będziemy chcieli czytać kolejne części "Zezi". Tym bardziej, że rodzina, sąsiedzi, szkoła i obowiązki Zezi zostały już omówione. Nie wiem, co miałoby być dalej. 
No i muszę jeszcze ostrzec rodziców - czytając synowi rozdział o świętach Bożego Narodzenia, musiałam omijać fragmenty tekstu. Mój syn wierzy, że prezenty pod choinką zostawia Mikołaj, a w "Zezi" Agnieszka Chylińska otwarcie pisze o kupowaniu przez rodzinę prezentów. Jeśli Wasze dziecko wierzy w Mikołaja, to zachowajcie czujność :)

Agnieszka Chylińska, Zezia i Giler, Wydawnictwo Pascal, 2012

poniedziałek, 5 listopada 2012

Grzegorz Kasdepke "Zeus &spółka. Mity dla dzieci"



Synu mój kończy niebawem 5 lat. Uznałam, że to dobry czas, żeby dziecinne bajeczki zamienić na hmmm.. inne, bardziej dorosłe bajeczki. Bardzo chciałam mu poczytać np. legendy arturiańskie. Niestety, w szczecińskich księgarniach nie ma przeznaczonych dla najmłodszych książek o królu Arturze. W związku z tym, zadowoliłam się tym, co udało mi się znaleźć - "Mitami dla dzieci". Muszę przyznać, że to znalezisko było bardzo udane.
Książki Grzegorza Kasdepke już mojemu dziecku czytałam. Wiem, że autor ten obdarzony jest bardzo sympatycznym poczuciem humoru. Mojego syna ujmuje to, że autor zwraca się do dzieci - zadaje im pytania, wyjaśnia i odpowiada. Tym razem postanowił on zapoznać najmłodszych z bogami z Olimpu.  Bogowie Grzegorza Kasdepke sa bardzo ludzcy. Płatają figle, bawią się, bywają kapryśni i śmieszni. Zastanawiałam się, jak w przystępny sposób opowiedzieć dzieciom np. o Demeter, Kronosie zjadającym swoje dzieci, czy  Minotarzurze. Okazuje się, że to możliwe. Mój dość strachliwy syn spokojnie przyjął wszystkie te opowieści. Ba! Potworny Minotaur stał się obecnie jego ulubieńcem - ciągle chce, żeby czytać mu o "Mitozaurze".
Książkę "Zeus & spółka. Mity dla dzieci" czyta się bardzo dobrze. Wszystkie opowieści okraszone są, charakterystycznym dla Grzegorza Kasdepke, humorem. Podobała się ona mojemu dziecku, a i ja nieźle bawiłam się przy tej lekturze. Było to dla nas kolejne podejście do mitów - opracowanie innego autora zupełnie nie trafiło do mojego syna. Wersja Grzegorza Kasdepke była strzałem w dziesiątkę. Żałujemy tylko, że książka ta nie jest obszerniejsza - niestety już ją przeczytaliśmy. Panie Grzegorzu, prosimy o więcej :)

Grzegorz Kasdepke, Zeus & spółka. Mity dla dzieci, Literatura, 2011

środa, 10 października 2012

Richard i Florence Atwater "Pan Popper i jego pingwiny"



Recenzja zwiera spoiler, więc jeśli ktoś nie chce znać zakończenia, powinien przestać czytać :)

Państwo Popper wraz z dwójką dzieci mieszkają w miasteczku Cicha Woda. Pan Popper jest malarzem pokojowym, który swoja pracę wykonuje od wiosny do jesieni. Potem zlecenia na remonty się kończą i pan Popper ma przymusowy urlop. To czas, kiedy nasz bohater może oddawać się swoim marzeniom o podbiegunowych podróżach. Czyta mnóstwo książek na ten temat i posiada ogromną wiedzę. Pewnego dnia do domu państwa Popper trafia tajemnicza paczka - prezent dla pana domu. Okazuje się, że uczestnicy wyprawy podbiegunowej postanowili spełnić marzenie pana Poppera i przysłali mu pingwina. 
Pingwin, którego Popperowie nazwali Kapitanem Cookiem zamieszkuje w lodówce i zapałem zwiedza nowy dom. Jednak z czasem zaczyna smutnieć i chorować. Czuje się samotny. Na wieść o tym pobliski ogród zoologiczny prezentuje panu Popperowi kolejnego pingwina, a właściwie panią pingwinową. W niedługim czasie rodzina pingwinów powiększa się o dziesięcioro dzieci. 
Takie stadko wymaga sporych nakładów finansowych.Dom wymaga przebudowania, a i jedzenie dla pingwinów kosztuje niemało. Państwa Popper dopadają problemy finansowe. 
Książka "Pan Popper i jego pingwiny" rekomendowana jest dla dzieci od 5 roku życia. Bardzo lubię system rekomendacji wiekowej,  bo ułatwia wybór lektury dla dziecka. Jednak tym razem nie byłam przekonana, czy książka ta trafia w gust pięciolatków. Akcja nie toczy się zbyt szybko, książka nie jest zbyt zabawna, a finansowe perypetie Popperów dość nudziły mojego syna. Sam pomysł na książkę był niezły. Powstała nawet jej filmowa adaptacja, w której w rolę pana Popper wcielił się Jim Carrey. Wydawało mi się, że będzie wciągająca i arcyzabawna. Spodziewałam się gagów w wykonaniu stada pingwinów, ale dostaliśmy jedynie opis smutnej rodziny, której dobro poświęcone zostało dla pasji pana domu. Rodzina tonie w długach, dzieci żyją w wychłodzonym domu, opuszczają szkołę,  a na koniec tatuś porzuca je dla pingwinów.. 
Bardzo lubimy wspólne czytanie i lubimy rozmawiać o książkach. Syn z przejęciem opowiada babci, czy dziadkowi o czym właśnie czytamy. Tym razem tak nie było. Syn cały czas dopytywał się, kiedy skończymy "Pingwiny", żebyśmy mogli czytać inne książki. 

Książka "Pan Popper i jego pingwiny" rekomendowana jest w akcji "Cała Polska czyta dzieciom".

Richard i Florence Atwater, Pan Popper i jego pingwiny, Dwie siostry, 2009

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Marcin Mortka "Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu"


Lubimy sobie z mym synu razem poczytać. Lubimy ten wieczorny moment, kiedy przytuleni poznajemy przygody dziecinnych bohaterów. Synu ma różne preferencje, więc doskonale znamy przygody Alicji w Krainie Czarów (poznawaliśmy je już wielokrotnie), a bajka o Czerwonym Kapturku wywołała już u mnie traumę skojarzeniową. Uwielbiam ten moment, kiedy w morzu literatury dziecięcej udaje nam się złowić prawdziwą perełkę - książkę, która bawi i interesuje również mnie. 
Tappi jest groźnym Wikingiem. Jest wielki, jak mu się przypomni, to robi straszne miny i w razie potrzeby budzi postrach. Mieszka sobie w Szepczącym Lesie. Poznajemy go na początku zimy. Zwierzęta z Szepczącego Lasu udały się właśnie na zimowy odpoczynek. Mimo, iż nasz Wiking przyjaźni się z krukiem Paplakiem, to jednak nadal czuje się ciut samotny. Niespodziewanie spotyka małego reniferka Chichotka. Od tej pory chłopaki już nigdy się nie nudzą. Nie dość, że muszą chronić swoje zapasy przez niezbyt rozgarniętym trollem, to muszą także demaskować fałszywych gawędziarzy i ratować małą wioskę Dębinkę przed atakiem wilków. Na domiar złego straszny jarl Surkol (spróbujcie to wymówić :D ) strasznie nudzi się w swym zamku i szuka kogoś, z kim mógłby rozpocząć wojnę. Strasznie dużo roboty ma nasz Tappi i jego przyjaciele.
"Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu" zupełnie mnie oczarowały. Nie dość, że moje dziecko słuchało ich z zainteresowaniem i domagało się kolejnych opowieści, to ja sama tak wciągnęłam się w tę książkę, że z nie mogłam się doczekać wieczornego czytania. Bardzo lubię takie skandynawskie klimaty i cieszę się, że mogę już teraz wprowadzać synu w takie klimaty. Książka jest przezabawna i co chwilę wybuchaliśmy śmiechem. Dodatkowo mój synu, po przedawkowaniu Czerwonego Kapturka, panicznie bał się wilków. Dzięki panu Mortce raz na zawsze pożegnaliśmy ten strach.
Książka o Tappim jest bardzo atrakcyjna graficznie. Ma dużo ciekawych i przezabawnych  ilustracji Marty Kurczewskiej. Jest ładnie wydana, co także stanowi jej zaletę.
Bardzo żałuję, że poznaliśmy już wszystkie przygody Tappiego. Jestem pewna, że przeczytamy je jeszcze niejeden raz. Bardzo żałuję, że pan Mortka nie napisał więcej książek dla dzieci. Może syn będzie poszkodowany, ale ja mam zamiar zapoznać się z "dorosłą" twórczością tego autora.

Marcin Mortka, Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu, Wydawnictwo Zielona Sowa, 2012

wtorek, 15 maja 2012

Lewis Caroll "Alicja w Krainie Czarów" audiobook


Jako dziecko nie przepadałam za Alicją w Krainie  Czarów. Wydawała mi się zawsze zbyt wymyślna, a nagromadzenie dziwacznych postaci bardziej drażniło mnie, niż ciekawiło. Za moich czasów słuchaliśmy bajek na płytach (nie, nie CD, a na płytach winylowych :D). Ja miałam wersję Antoniego Marianowicza, z muzyką Ryszarda Sielickiego. 

 
Do tej pory pamiętam "Alicję" i piosenkę, jaką śpiewała księżna dziecku: 

Śpij syneczku już, 
pieprz do noska włóż, 
kichać mi się ani waż, 
bo od tego brzydnie twarz...
a-psik! a-psik! a-psik!

Już syneczku śpij, 
bo złapię za kij.
Pójdziesz tam, gdzie rośnie pieprz, 
bowiem buzię masz jak wieprz... 
a-psik! a-psik! a-psik!

Zdumiała mnie miłość, jaką mój synu darzy wszelkie wersje "Alicji". Wypożycza ją nieustannie z biblioteki i każe sobie czytać, słucha audiobooka, ogląda różne filmowe wersje. Uwielbiam audiobooki, ale moje nie zawsze nadają się do tego, żeby słuchał ich 4-latek. Jako, że dość sporo jeździmy autem, to zdecydowałam, że wspólnie słuchać będziemy jego bajek. No i co wybrał uszczęśliwiony synu? Żadna to niespodzianka - Alicję. No to zaczęliśmy słuchanie współczesnej wersji "Alicji" w wykonaniu Michała Kuli.
Zakochałam się! Pan Kula wspaniale interpretuje tę książkę. Słucha jej się z prawdziwą przyjemnością. Zaśmiewałam się do łez. Nie mogłam doczekać się kolejnego, wyznaczanego długością i częstością przejażdżek, odcinka. W końcu złapałam wszystkie niuanse i smaczki. To wydanie "Alicji" bardzo mi się podoba. Teraz zrozumiałam, co w Alicji widział (słyszał) mój synu. 
Dobrze nagrany audiobook to prawdziwy skarb. Nie lubię zbyt dużej ilości efektów specjalnych, ale często zdarza się,  że czytający bajkę nie moduluje głosu, bądź jego głos jest drażniący, czy niepasujący do czytanej treści. W "Alicji" wszystko jest na swoim miejscu. Polecam ten audiobook. My już zabieramy się za "Alicję po drugiej stronie lustra". Jestem przekonana, że poszukam innych audiobooków nagranych przez Michała Kulę.

Lewis Caroll, Alicja w krainie czarów, czyta Michał Kula, Wyd. Promatek

środa, 14 marca 2012

"Poczytaj mi mamo"




Dzieciństwo to czas, który wspominamy z rozrzewnieniem. To był czas, kiedy lody smakowały lepiej, słońce świeciło mocniej, a bajki były fajniejsze. Moje dzieciństwo przypadło na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Byłam pokoleniem, w którym siedmiolatki na apelach szkolnych występowały w poliestrowych fartuszkach, z czerwonym krawatem i gołąbkiem pokoju na patyku.
Bajki z tamtego okresu zdecydowanie różniły się od tego, co naszym dzieciom teraz serwuje się w telewizji. Tamte bajki miały przesłanie i edukowały zaangażowanych obywateli, którzy mieli w przyszłości pracować dla wspólnego dobra – dla Ojczyzny.
Kto z nas nie miał kolekcji książeczek „Poczytaj mi mamo”? Jedne były fajniejsze (miały powycierane od dziecinnych palców strony z szorstkiego papieru z odzysku), inne słabsze, ale żadne z nas nie chciało rozstawać się z tymi małymi, kwadratowymi książeczkami - to były nasze skarby..
Jaka była moja radość, kiedy w Empiku zobaczyłam grube tomiska ze znajomym logo. Wydawnictwo „Nasza Księgarnia” wpadła na pomysł genialny w swej prostocie – wydało dwa zbiory (to chyba początek serii) , w których pozbierano po 10 oryginalnych książeczek z serii „Poczytaj mi mamo”. Każda książeczka w zbiorze to dokładny reprint – ma okładkę i stronę tytułową. No i które dorosłe już dziecko nie będzie chciało przekazać swoim dzieciom magii tych bajek? Ja chciałam.
W pierwszy wieczór zaplanowaliśmy z synu przeczytanie jednej bajki. Skończyło się na pięciu i na opowieści, jak to było, jak mama i ciocia Bożenka były małe. Potem to już czytaliśmy do oporu. Oboje bawiliśmy się świetnie - on, bo poznawał nowe opowieści (chociaż niektóre czytaliśmy po kilka razy), a ja bo wracałam do mojego dzieciństwa.
Cóż mówić - tej książki chyba nikomu zachwalać nie trzeba. Nie oceniam jej po względem wartość literacko-językowej (chociaż na liście autorów znaleźć można wielkie nazwiska literatury dziecięcej). Dla mnie to wspaniała wycieczka wehikułem czasu. Powrót do lat, kiedy wszystko było proste, jasne i dobre. No i się wzruszyłam :)

Poczytaj mi mamo, praca zbiorowa, Nasza Księgarnia, 2010