books on my mind: historia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 grudnia 2014

Kacper Śledziński "Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych"


Historia Polski zawiera wiele momentów trudnych, niejednoznacznych moralnie i budzących kontrowersje. Przez wiele lat uczono nas o tym, jak wielkim przyjacielem jest dla nas bratni naród radziecki. Młody człowiek ze zdumieniem konfrontował to, czego się dowiedział w szkole, z tym, czego dowiadywał się z innych źródeł. Dla wielu chłopców wzorem bohaterstwa była załoga czołgu Rudy 102. Z zapartym tchem oglądali kolejne odcinki kultowego serialu, a na podwórkach bawili się w wojnę. Trudno pogodzić się z faktem, że dawni bohaterowie mogli w rzeczywistości określani być mianem zdrajców. Wydana w 1964 roku powieść Janusza Przymanowskiego "Czterej pancerni i pies" oraz kręcony w latach 1966-69 serial pod tym samym tytułem wykorzystywane były propagandowo i promowały wśród młodzieży poprawne ideowo postawy patriotyczne oraz wygładzoną, wygodną dla władzy wersję historii. Zainspirowany legendą "Czterech pancernych i psa" historyk Kacper Śledziński w swej książce "Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych" postanowił rozprawić się z mitami, odbrązowić bohaterów i ukazać czytelnikom prawdziwe losy I Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte.
Trudny był los Polaków, których historia i decyzje władz rzucały na Syberię. Często mieli bardzo mało czasu na zabranie z domu najpotrzebniejszych rzeczy nim wyruszyli w morderczą podróż. Trafiali w miejsca, w których trudno było żyć. Dla nich każda możliwość powrotu do kraju była wielką szansą. Dlatego, kiedy zaczęto formować na terenach Związku Radzieckiego polską armię, często bez namysłu do niej przystępowali. Nie interesowały ich kwestie ideologiczne, ani ambicje dowódców. Nie zastanawiali się na tym, z kim w rzeczywistości zawarli pakt. Wojsko tworzyły przypadkowe osoby więźniowie łagrów, wygnańcy z tajgi - bez przeszkolenia i sprzętu, często i bez woli walki. Podstawowe szkolenie odbywało się w pośpiechu lub z powodu braku czasu i warunków na polu bitwy. 
W swojej książce Kacper Śledziński przedstawia historię powstania armii polskiej, ze szczególnym naciskiem na I Brygadę Pancerną im. Bohaterów Westerplatte. Autor omawia tło polityczne wydarzeń, analizuje podejmowane przez dowódców decyzje, ocenia błędy strategiczne nie tylko dowódców wojsk wschodnich, ale również zachodnich. Uważa, że działali powolnie, nie spieszyli się z udzieleniem realnej pomocy swoim sojusznikom, brakowało współpracy i porozumienia pomiędzy aliantami. Dowiadujemy się o powodach, z jakich Rosjanie nie udzielili pomocy walczącym w Powstaniu Warszawskim Polakom. Agonia miasta była walką o przejęcie wpływów w tej części Europy. 
Kacper Śledziński próbuje udzielić odpowiedzi na pytanie, czy żołnierze walczący u boku Armii Czerwonej byli bohaterami czy zdrajcami. Co powodowało, że podejmowali, tak trudne dziś do oceny moralnej, decyzje? Znając dzisiaj wszystkie fakty i nie odnosząc się do ówczesnych realiów, łatwo jest je oceniać. Jednak wyrwane z kontekstu zmieniają swój wydźwięk. 
Wbrew zapowiedziom autora i pewnie ku rozczarowaniu fanów powieści Przymanowskiego oraz serialu, książka "Tankiści" nie ma wiele wspólnego z serią o czterech pancernych i psie. Mamy tu raczej do czynienia z monografią historyczną, którą momentami autor próbuje urozmaicać ciekawostkami, opisami epizodów bojowych czy anegdotami. Autor dość luźno nawiązuje do popularnego serialu - stanowi on jedynie punkt wyjścia dla historycznych rozważań.
Śledziński ma lekkie pióro i całość czyta się przyjemnie, jednak brakuje jej nieco wyrazu. Wprawdzie autor unika dosłownego oceniania czy dramatyzowania, to jednak bywa w swych analizach tendencyjny. Nie bierze pod uwagę realiów pola walki, gdzie decyzje podejmowane są błyskawicznie, często dość przypadkowo i bez pełnego obrazu sytuacji. Z perspektywy 70 lat dzielących nas od wojny łatwo dziś teoretyzować. Jednak każde wydarzenie analizować i oceniać powinniśmy biorąc pod uwagę ówczesne realia. 
"Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych" zawierają bardzo obszerną bibliografię i mnóstwo przypisów. Momentami brakuje jednak cytatów w tekście. Ich zamieszczenie ułatwiłoby czytelnikowi odbiór całości. Książka jest bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami i mapami. 
Polecam miłośnikom historii i wojskowości. 

Kacper Śledziński, Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych, Wydawnictwo Znak Horyzont, 2014, s. 397
SzczecinCzyta.pl

piątek, 11 lipca 2014

Erik Larson "Diabeł w Białym Mieście"



Wielkie wydarzenia od zawsze interesował, fascynowały i przyciągały ludzi. Wystawa Światowa w Paryżu odniosła spektakularny sukces. Młode Stany Zjednoczone nie mogły być gorsze. Chciały udowodnić światu swoją wielkość. Z tego też powodu postanowiły zorganizować wystawę, która miała przyćmić tę paryską. Długo trwały spory o lokalizację imprezy. W końcu zdecydowano się na Chicago. Starannie wybrano architektów odpowiedzialnych za realizację śmiałych planów. Zaszczyt ten przypadł Danielowi Burnhamowi i John'owi Rootowi. To oni koordynować mieli prace architektów, projektantów ogrodów, budowniczych. Niestety Root zmarł w trakcie wstępnych negocjacji z najlepszymi specjalistami w kraju. Daniel Burnham w hołdzie zmarłemu przyjacielowi postanowił doprowadzić ich plany do końca. I tak, w niezwykle krótkim czasie, powstało miasto marzeń - Białe Miasto.
W kraju panował kryzys. Budowa na terenach wystawy kolumbijskiej zapewniała pracę, dlatego do Chicago ściągali ludzie z całego kraju. Wszyscy widzieli to miejsce jako raj, spełnienie marzeń. Tak to miasto widział także nieśmiały absolwent szkoły medycznej Herman Webster Mudgett. W 1886 roku przyjął on pseudonim dr H.H. Holmes i wyruszył na podbój Chicago. Zobaczył w mieście nieograniczone możliwości. To tu za pomocą oszustwa przejął dobrze funkcjonującą drogerię. Tu oszukiwał, kradł i uwodził kolejne naiwne blondynki. Pracownice jego sklepu oraz kolejne narzeczone i żony znikały w niewyjaśnionych okolicznościach. Wykorzystując potencjał, jaki dawała wystawa światowa, zainwestował w budowę hotelu. Trudno ten budynek nazwać zwykłym. Był to ponury zamek, pełen krętych korytarzy, tajemnych przejść i zapadni. W piwnicach znajdował się dźwiękoszczelny sejf i ogromny piec. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że uroczy i przystojny H.H. Holmes okaże pierwszym amerykańskim seryjnym mordercą. 
Erik Larson napisał dwie fascynujące książki. Jedna z nich opowiada o historii Kolumbijskiej Wystawy Światowej. Skupia się na jej twórcach, przedstawia cały proces decyzyjny, szczegóły budowy i ciekawostki z jej funkcjonowania. Druga książka to biografia H.H. Holmesa. Wiem, że opowiadając o dr. Holmesie trudno pominąć tło historyczne, jakim była Wystawa Światowa. Jednak przyznaję, że zupełnie nie widzę klucza, według którego Larson połączył te dwie historie. Przeplatają się one w zupełnie niezależny od siebie sposób. Jak na tło historyczne - Wystawa omówiona jest zbyt szczegółowo. Podobnie jest z opowieścią o Holmesie - jeśli jego biografia ma być dodatkiem do Wystawy, to również jest zbyt szczegółowa. Obie opowieści są interesujące i obie czyta się z przyjemnością. Trudno jednak nazwać je powieścią, ponieważ "Diabeł w Białym Mieście" jest książką historyczną - popularnonaukową, ale nadal historyczną. Autor zasypuje nas szczegółami technicznymi, ciekawostkami i anegdotami. Chętnie cytuje menu z obiadów jadanych przez organizatorów. Suto też raczy nas statystykami. Larson kryguje się we wstępie, że może dodał zbyt wiele wyjaśnień historycznych, jednak moim zdaniem idea stworzenia powieści łączącej Wystawę i Holmesa gubi się gdzieś w powodzi tych szczegółów. 
Mimo tych wad "Diabła w Białym Mieście" warto przeczytać. Larson ma lekkość pióra, która pozwala mu pisać o historii w sposób, który zainteresuje każdego. Pewnie w innych okolicznościach nie sięgnęłabym po historię o Kolumbijskiej Wystawie Światowej. Jednak tu podano mi ją w niezwykle interesujący, pasjonujący sposób. Jestem pewna, że przeczytam pozostałe książki tego autora. 

Erik Larson, Diabeł w Białym Mieście, Wydawnictwo Sonia Draga, 2014, s. 464

wtorek, 19 marca 2013

Gustave M. Gilbert "Dziennik norymberski"


Interesuje mnie dość wąski wycinek historii - od dojścia Hitlera do władzy, do końca wojny. Czytam wiele książek o tej tematyce. Okrucieństwo, które jest w nich opisywane jest przeogromne. Odbywało się na niespotykaną wcześniej skalę. Często zastanawiałam się nad tym, jak możliwe jest to, żeby zwykły człowiek mógł podejmować decyzję o eksterminacji milionów. Eichmann - zwykły urzędnik, który mordował ludzi, a potem wracał do domu na obiad. Jak możliwe jest planowanie zagłady całego narodu? Co sprawiło, że ludzie podążyli za ideami jednego człowieka? Wielu autorów próbowało na te pytanie odpowiedzieć. Ich odpowiedzi przypominają mi buddyjską przypowieść o słoniu i ślepcach - każdy widzi fragment, mało kto jest w stanie zrozumieć całość. 
Gustave Mark Gilbert był amerykańskim psychologiem, który pracował jako psycholog niemieckich jeńców przy Międzynarodowym Trybunale Wojskowym w Norymberdze. Była elita hitlerowskiej władzy. Przez czas procesu codziennie rozmawiał z osadzonymi. Przez 10 miesięcy osadzeniu przyzwyczaili się do jego obecności. Stopniowo zdobywał ich zaufanie, dzięki czemu otwierali się oni przed nim. Gilbert dokładnie notował każde wypowiedziane słowo. O ile to możliwe starał się nie wpływać na tok myślenia swoich podopiecznych. Jedyną większą ingerencja było rozdzielenie grupy na cztery jadalnie. Miało to na celu zniwelowanie negatywnych wpływów, jakie oskarżeni mogli wywierać na siebie nawzajem. Szczególnie istotne było odseparowanie Goeringa, który swoją dominującą osobowością wywierał wpływ na pozostałych. Szczególnie w przypadku słabszych, podatnych na wpływy osobowości, jak np. przywódca Hitlerjugend Baldur von Schirach, skutkowało to zablokowaniem ich własnych przemyśleń na temat własnej winy. Gilbert każdego dnia procesu rozmawiał z oskarżonymi, obserwował ich reakcje na akt oskarżenia, na mowy prawników, na zeznania świadków i w końcu na obrony współwięźniów. Starał się dokładnie dokumentować proces zmiany światopoglądu, zrozumienia na jakie manowce moralne wyprowadził wszystkich Hitler. Większość więźniów długo broniła się przed uznaniem winy ukochanego wodza. Jak mówił Hans Frank - naród jest jak kobieta i dał się uwieść zdecydowanej męskości Hitlera. Trudno się było spod tego wpływu uwolnić.
Bardzo ważnym elementem rozprawy było pokazanie w sądzie filmów okazujących sytuację w obozach koncentracyjnych. To był dla większości prawdziwy szok. Oczywiście trudno uwierzyć, że oskarżeni nie wiedzieli o planie eksterminacji całej rasy i zniewolenia innych. Jednak mimo wszystko dla większości z nich plany te pozostawały jedynie zapisami na papierze. Zupełnie nie łączyli tego bezmiarem tragedii, do których się przyczynili.  Ta konfrontacja z efektami własnych działań i decyzji dla wielu z nich była pierwszym momentem, w którym zobaczyli skazy na idealnym wizerunku swojego wodza. Każdy z nich zareagował inaczej. Jedni popadli w religijny fanatyzm, inni czuli na sobie ciężar odpowiedzialności, jeszcze inni negowali, czy samą zagładę, czy liczbę jej ofiar. W momencie, w którym Hitler opuścił ich, uciekając przed odpowiedzialnością, każdy z nich sam musiał zmierzyć się z własnym sumieniem. 
"Dziennik norymberski" nie daje odpowiedzi na pytania o człowieczeństwo hitlerowskich elit. Gilbert odpowiedzi na te pytanie zostawia czytelnikowi. Dostajemy w miarę wierny przekaz tego, co przez 10 miesięcy mówili więźniowie. Widzimy drogę, jaką większość z nich przeszła. Łatwo jest oceniać innych, niewiele o nich wiedząc. Dzięki Gilbertowi możemy sami wyrobić sobie zdanie o każdym z oskarżonych. Dzięki temu łatwiej też zrozumieć mechanizmy rządzące tymi ludźmi. Wiadomo, że słaba osobowość podatna będzie na propagandę, że konformiści szybko przystosują się do okoliczności, że osoby żądne władzy wykorzystają każdą okoliczność, żeby tę władzę zdobyć. Ale wśród oskarżonych byli też prawdziwi niemieccy patrioci, którzy dali się zwieść Hitlerowi. Wydawało im się, że działają dla dobra Niemiec, a kiedy zorientowali się, jak faktycznie wygląda sytuacja, było już za późno. Jedno pytanie stale pojawia się w rozmowach prowadzonych w norymberskim więzieniu - dlaczego żaden z nich nie miał odwagi po prostu podejść do Hitlera i go zastrzelić? Osoby, które organizowały spiski i zamachy, robiły to w bardzo wymyślny sposób. Dlaczego nie wybrano najprostszego rozwiązania? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, dlatego że nikt z nas nie pozna już Hitlera osobiście. Wszyscy zgodnie mówili o jego niezwykłej, magnetycznej osobowości. To coś, czego nie odda żaden dokument, ani film. To coś, co (na szczęście) umarło razem z nim. 
"Dziennik norymberski" to niezwykły dokument, który jest świetnym uzupełnieniem wiedzy na temat Hitlera i jego świty. Każdy z oskarżonych miał swoje powody, dla których znalazł się w Norymberdze. Droga i motywacja każdego z nich była zupełnie inna. Dzięki tej książce można "wysłuchać" także ich racji. Trudno nie zgodzić się z niektórymi uwagami Goeringa dotyczącymi np Związku Radzieckiego i jego udziału w tym procesie (szczególnie z perspektywy lat). "Dziennik.." czyta się bardzo dobrze. To niezwykle interesująca lektura. Polecam ją wszystkim. 


Gustave M. Gilbert, Dziennik norymberski, Świat Książki, 2012

wtorek, 19 lutego 2013

Łukasz Gładysiak "Zabijajcie wszystkich. Einsatzgruppen 1938-1941"



Co sprawia, że człowiek zamienia się w bezduszną maszynę do zabijania? Okoliczności? Skaza charakteru, czy osobowości? Uszkodzenia mózgu? Takie dywagacje można prowadzić, kiedy mamy do czynienia z pojedynczym zabójcą. A jak wytłumaczyć fakt, że tysiące młodych, zdrowych mężczyzn zamienia się morderców? Wbrew pozorom w większości nie byli to degeneraci, czy ludzie pozbawieni perspektyw. Większość z nich, to wykształceni ludzie, na stanowiskach, z porządnych rodzin. Dlaczego porzucili swoje życie, żeby zabijać niewinnych?
To, o czym przeczytać możemy w "Zabijajcie wszystkich" jest przerażające. Szczególnie okrutna jest część dotycząca pacyfikacji Polski. Autor dokładnie i szczegółowo opisuje działania poszczególnych jednostek w różnych miastach. Po sterroryzowaniu, zastraszeniu, aresztowaniach i morderstwach na ludności większych miast, jednostki rozpoczynały charakterystyczne dla siebie działania promieniste w okolicznych miejscowościach. Nie przestrzegano żadnych praw ani zasad wojennych. Mordowano ludność cywilną na równi ze schwytanymi żołnierzami polskimi. Dla uprawomocnienia swoich działań wymyślano odwety za rzekome przedwojenne represje wobec mniejszości niemieckiej, za ataki na volksdeutchów, przebierano żołnierzy polskich w mundury partyzanckie. Tak pacyfikacje, jak i egzekucje pozbawione były nawet szczątkowych ilości humanitaryzmu. Bicie, rozjeżdżanie czołgami, strzelanie, zakopywanie żywcem, zrzucanie z wysokich budynków - wyobraźnia najeźdźców była niczym nie ograniczona. Do pomocy wciągano miejscowe mniejszości i osoby z podpisaną volkslistą. To pozwalało Niemcom zemścić się na sąsiadach za prawdziwe i wyimaginowane przewiny. Do tego często okazywało się, że tak w samym Einsatzgruppen, jak i wśród współpracujących z nimi miejscowych znajdowały się osoby ze skłonnościami do sadyzmu.  Niektóre z opisanych przez autora przypadków były tak drastyczne, że nie mogłam uwierzyć w to, co czytam. Działania jednostek były często tak drastyczne, że budziły sprzeciw nawet wśród dowództwa Wehrmachtu 
Łukasz Gładysiak jest historykiem wojskowości. Pochwalić się może sporym dorobkiem naukowym i popularno-naukowym. "Zabijajcie wszystkich" jest pracą o charakterze naukowym. Oczywiście odbija się to na języku, którym jest napisana. Nie jest to lektura lekka i nie czyta się łatwo. Nie mam uwag, co do jakości języka, jakim posługuje się autor. Początkowo nie miałam też uwag, co do redakcji i korekty. Niestety później coraz częściej zaczęły pojawiać się literówki. Tekstowi przydałaby się korekta, bo pisząc tak duży tekst trudno wyłapać wszystkie potknięcia. Uważam też, że część tabel i wykresów jest zbędna, ale rozumiem, że w tekście znalazły się właśnie z powodu jego naukowego charakteru. 
W "Zabijajcie wszystkich" autor skupił się na okresie od powstania Einsatzgruppen, do 1941 roku. Zapytać można skąd taka cezura czasowa. W 1941 roku Niemcy zaatakowały ZSRR i to zmieniło nieco charakter działań. Poza tym trudno nie zauważyć, że autor skupił się na działaniach Grup Operacyjnych na terenach Polski zaraz po rozpoczęciu wojny. Autor napisał także pracę doktorską o jednostkach specjalnego przeznaczenia Służby Bezpieczeństwa na froncie wschodnim w latach 1941-46. Myślę, że jeśli zdecyduje się na wydanie jej w formie książki, będzie to druga część książki "Zabijajcie wszystkich". Będziemy mieli wtedy do czynienia z całościową monografią Einsatzgruppen.
Nie jestem historykiem i nie jestem w stanie zweryfikować faktów zawartych w "Zabijacie wszystkich". Patrząc na ilość przypisów i wielkość bibliografii muszę przyjąć, że autor dobrze sprawdził przygotowany przez siebie tekst. 
Mimo tego, iż istnieje mnóstwo publikacji na temat II wojny światowej, to Einsatzgruppen nie miały jeszcze pełnej monografii. Te budzące przerażenie jednostki nadal owiane były tajemnicą. Książka"Zabijajcie wszystkich" Łukasza Gładysiaka jest lekturą obowiązkową dla wszystkich osób interesujących się tą tematyką. 

Łukasz Gładysiak, Zabijajcie wszystkich. Einsatzgruppen 1938-1941, Demart, 2012
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

środa, 30 stycznia 2013

Marta Bogacka "Bokser z Auschwitz"



Literatura obozowa jest różna. Czasem mamy do czynienia z opowieścią o przeżyciu, innym razem z przygnębiającą rozprawą ze śmiercią. Czasem są to podziękowania dla losu za ocalenie, innym razem żałoba i żal nad przerwanym życiem tylu istnień ludzkich. Opowieść o Tadeuszu Pietrzykowskim jest zupełnie inna. To opowieść o człowieku, który wbrew wszystkiemu, wbrew sytuacji i okolicznościom, w jakich przyszło mu się znaleźć, potrafił wykorzystać swoje umiejętności, żeby przeżyć. To opowieść o człowieku, który bił Niemców jak chciał - legalnie i przy ich aprobacie.
Tadeusz Pietrzykowski był przedwojennym bokserskim mistrzem Warszawy w wadze koguciej i wicemistrzem Polski. Zaczął walczyć w bardzo młody wieku, co nie było zgodne z przepisami. Z tego też powodu ukrywał się pod pseudonimem Teddy. Pierwsza część książki "Bokser z Auschwitz" wprowadza nas w świat przedwojennych walk bokserskich. Z artykułów i wycinków prasowych dowiadujemy się, jak wyglądała droga Teddy'ego na szczyt. Piękną karierę przerwał wybuch wojny. Pietrzykowski uczestniczył w obronie Warszawy. Po kapitulacji próbował wraz z kolegą przedostać się do Francji i wstąpić do tworzonego przez gen. Sikorskiego wojska polskiego. Niestety podczas przeprawy został złapany przez Niemców. Osadzany w kolejnych więzieniach, w rezultacie w pierwszym transporcie trafił do Auschwitz - miał numer 77. Pobyt w obozie przetrwał dzięki swoim bokserskim umiejętnościom. Uczestnicząc w organizowanych przez Niemców walkach bokserskich zdobył tytuł Mistrza Wszechwag KL Auschwitz.
Opowieść o Tadeuszu Pietrzykowskim to nie tylko opowieść o boksie i przetrwaniu. Teddy czynnie uczestniczył w obozowym ruchu oporu, miał na swoim koncie próby zamachu na komendanta obozu Rudolfa Hoessa. Znał ojca Maksymiliana Kolbe. Po wojnie oddał się pracy z młodzieżą. Starał się przekazać wartości, które jego kiedyś wpojono i które być może uratowały mu życie.
Tematyka walk bokserskich w obozie nie ma zbyt obszernej literatury. Książka "Bokser z Auschwitz" została napisana jako praca magisterska Marty Bogackiej. Decyzją władz uczelni autorki została wydana w formie monografii. Książka napisana jest w sposób interesujący. Wprowadzeniem do opowieści o Teddym są artykuły prasowe. Myślę, że to ciekawy zabieg. Opowieść o życiu obozowym i życiu jakie bohater wybrał dla siebie po zakończeniu wojny sprawiła, że nabrałam do niego sympatii. Nie wiem, jak z faktami historycznymi - nie jestem w stanie ich zweryfikować. Książka zawiera kilka niezgrabności językowych, m.in. moja ulubiona "... postanowił się rozstać z żoną i 8-letnią córeczką" (str.156). Zakończeniem opowieści są osobiste zapiski Tadeusza Pietrzykowskiego dotyczące jego pobytu w obozie.
Jak wszystkie książki wydawnictwa Demart, tak i ta wydana jest w ładny sposób. Ma twardą oprawę, zawiera mnóstwo zdjęć. Myślę, że jest to świetna lektura dla każdego - nawet dla tych, którzy o boksie nie mają pojęcia. Jest to opowieść o harcie ducha i woli przetrwania. Myślę, że Teddy może i powinien być wzorem dla dzisiejszej młodzieży. Jego życie jest dowodem na to, że warto mieć jakieś wartości i w coś wierzyć. I nigdy się nie poddawać.

Marta Bogacka, Bokser z Auschwitz. Losy Tadeusza Pietrzykowskiego, Demart, 2012
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

sobota, 26 stycznia 2013

Wiesław Romanowski "Bandera. Terrorysta z Galicji"



Są pewne obszary historii, o których istnieniu wiedziałam i na tym koniec. Wiedziałam, że istniał Stepan Bandera i wiedziałam, że był Ukraińcem. Nie miałam pojęcia o tym o co i z jakiego powodu walczył. W sumie wiedzieć to powinnam, bo po pierwsze walczył w Galicji, z Polakami, a po drugie miał pewne inklinacje nazistowskie, a tą częścią historii jestem bardzo zainteresowana. 
Opowieść o losach Stepana Bandery zaczyna się po hitchcockowsku - od trzęsienia ziemi. Dzień 15 października 1959 roku nie zapowiadał się jakoś szczególnie. W Monachium rodzina Gamse właśnie siadała do obiadu. Zaniepokoiły ich dziwne dźwięki dochodzące z klatki schodowej. Kiedy wybiegli z mieszkania zobaczyli leżącego na schodach sąsiada - Stanisława Popiela. Chaja Gamse i Magdalena Winklmann próbowały udzielić pomocy umierającemu mężczyźnie. Pobyt w obozie koncentracyjnym nauczył je wiele o agonii. Wiedziały, że ich pomoc nie na wiele się zda. Trzeba było powiadomić panią Popiel o śmierci męża. Ponurym akcentem było przekazanie wdowie niesionych przez umierającego pomidorów. 
Śmierć jakich wiele. Starszy, tęgi mężczyzna umarł na atak serca. Sprawa komplikuje się w momencie, kiedy władze odkrywają prawdziwą tożsamość zmarłego. Był nim nie nikt inny, jak znany ukraiński opozycjonista - Stepan Bandera. Nowe fakty zasadniczo zmieniły tok śledztwa. Teraz należało rozważyć, czy śmierć ta nie jest przypadkiem zabójstwem. Tym bardziej, że wyniki autopsji potwierdziły, że Bandera został otruty. Od tego momentu poznajemy losy tego bojownika, który przez Polaków postrzegany jest jako terrorysta. 
Z powodu kontrowersji, jakie budzi Bandera trudno jest znaleźć w miarę obiektywne źródła informacji o nim. Dla Polaków jest to sympatyk nazizmu, morderca, terrorysta, dla Ukraińców bohater narodowy, walczący o wolność Ukrainy. Trudno mi odnieść się do faktów zawartych w "Terroryście z Galicji". Nie czytałam wcześniej na ten temat i trudno mi w miarę obiektywnie ocenić zawarte tam fakty. Po lekturze tej książki z pewnością postaram się uzupełnić swoją wiedzę na ten temat. 
Wiesław Romanowski jest dziennikarzem. Specjalizuje się w tematyce rosyjskiej i ukraińskiej. Jest autorem wielu książek w tym zakresie. Jego biografia jest imponująca. Jestem przekonana, że bardzo dobrze zna biografię Bandery i przede wszystkim czasy i rzeczywistość, w jakiej żył. Wiedza autora momentami powoduje, że kompletnie nie znający tematu czytelnik - taki, jak ja - może się gubić w opowiadanej przez niego historii. Trochę brakowało mi tła rodzinnego Bandery, bo wiadomo, że ono z reguły tworzy człowieka. Mimo, że pan Romanowski nieco opowiada o dzieciństwie swojego bohatera, to jednak nawet tam pojawia się oni i znika, a rolę pierwszoplanową ogrywają raczej organizacje politycznie, niż człowiek. Czytając miałam czasem wrażenie, że życiorys Bandery jest tylko pretekstem do opowiedzenia o OUN i tamtej rzeczywistości.
Uważam, że zawsze warto czytać książki, a już szczególnie książki historyczne. Książka Wiesława Romanowskiego zabrała mnie w te części historii, o których nic nie wiedziałam. "Bandera.Terrorysta z Galicji" wydany jest w ładny sposób, ma przejrzysty układ, ciekawą szatę graficzną i zawiera mnóstwo zdjęć. Język, którym posługuje się autor jest przyjazny czytelnikowi.
Losy Stepana Bandery są świetnym dowodem na to, jaka potrafi być historia. Jak jeden człowiek może być jednocześnie bohaterem i terrorystą, bandytą i bojownikiem o wolność. Myślę, że powinniśmy o tym pamiętać szczególnie teraz. Łatwo jest pomylić partyzanta, walczącego z najeźdźcą, z terrorystą. Łatwo jest ferować wyroki, a coraz trudniej znaleźć obiektywną ocenę sytuacji. To tak ku pamięci.

Wiesław Romanowski, Bandera. Terrorysta z Galicji, Demart, 2012
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

wtorek, 8 stycznia 2013

Monika Piątkowska "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce"



Dwudziestolecie międzywojenne kojarzy mi się z pięknymi strojami, charakterystyczną muzyką i zachłyśnięciem się wolnością. Amerykańskie lata dwudzieste i trzydzieste bliżej poznać mogłam dzięki serialowi "Boardwalk empire". Niezwykła dbałość scenarzystów o szczegóły, staranne i wierne odtworzenie tamtego świata jest imponujące. Jeśli chodzi o ten czas w Polsce, to dwudziestolecie kojarzy się głównie z marszałkiem Piłsudskim, awangardowymi poetami i zawartymi we wspomnieniach wojenno-obozowych migawkach świata, który bezpowrotnie zniknął.  


Autorka książki "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce" Monika Piątkowska pokazuje nam, że ten idealny świat ze wspomnień, wcale taki idealny nie był. W międzywojennej Polsce szalała przestępczość. Duże miasta były rajem dla wszelkiej maści złodziei. W dużych miastach i mniejszych miasteczkach istniał świetnie zorganizowany półświatek. Rządził się on swoimi prawami, miał swój kodeks, prawa, a nawet symbolikę. Podziemne "sądy" wydawały wyroki na zdrajców. Miały nawet swoje "więzienia". Dobrze zorganizowane bandy ściągały haracze i brutalnie zmiękczały opornych. Dla pieniędzy bito, porywano, gwałcono i mordowano. Nikt nie był bezpieczny. Kobiety do domów publicznych porywano wprost z ulicy. Wychodząc na ulicę trzeba było kurczowo trzymać torebkę. Jeśli myślicie, że na wsi było bezpieczniej, to jesteście w wielkim błędzie. Na wsiach nie panowały żadne prawa. Uzbrojone bandy napadały na domostwa, biły, bądź mordowały domowników, rabowały wszystko, co wpadło im w ręce. 


Wielki kryzys, umowy "śmieciowe" i problemy z utrzymaniem się dotykały wszystkich. Ubodzy panowie ratowali swój budżet oszustwami matrymonialnymi. Zabierali paniom posag, a potem znikali, zostawiając złamane serca,a nierzadko również pamiątkę w postaci ciąży. Porzucone narzeczone często popełniały samobójstwo (chociaż moją faworytką była panna, która wypaliła kwasem oczy niewiernemu narzeczonemu :)). Część pań również szukała ratunku na drodze przestępstwa. Wiele z nich zatrudniało się, jako służące i okradało pracodawców. Dla innych nie było innego wyjścia, jak ulica. Duża liczba prostytutek sprawiała, że cena za ich usługi była bardzo niska. Usługi swe oferowały w wynajętych pokojach, w których za zasłoną często spały dzieci gospodarzy. Nieco większym poważaniem cieszyły się girlsy, czy grandesy, bezlitośnie okradające pijaną ofiarę. 


W dwudziestoleciu międzywojennym ciężki był również los dzieci. Bieda, wielodzietność, ciąże pozamałżeńskie sprawiały, że wiele maluchów porzucano, bądź mordowano. Często padały ofiarą przestępstw na tle seksualnym. Niektórzy rodzice oddawali dzieci do pracy - robiono tak już z pięciolatkami. Mam pięcioletniego syna i nie mogę sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji. 


Książka Moniki Piątkowskiej jest wspaniała. Przede wszystkim jest pięknie wydana. Zawiera mnóstwo zdjęć, które świetnie uzupełniają tekst. Pani Monika ma lekkość pióra. Barwnym językiem opowiada o tamtych czasach, ogólne fakty przeplata pikantnymi historiami kryminalnymi i ciekawostkami z dawnych lat. Często zdarza się, że w takich albumach tekst jest tylko uzupełnieniem zdjęć. W tym przypadku tak nie jest. W "Życiu przestępczym.." omówiono wyczerpująco niemal wszystkie aspekty życia półświatka. Staranność w omawianiu szczegółów, ilość ciekawostek i informacji składają się na niezwykłość tej pozycji. Cieszę się, że ją przeczytałam. Bardzo żałuję, że była pożyczona - bardzo chciałabym mieć ją na własność. Jestem przekonana, że kiedyś ją sobie kupię. 


Monika Piątkowska, Życie przestępcze w przedwojennej Polsce, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2012

niedziela, 6 stycznia 2013

Daniel Patrick Brown "Piękna bestia. Zbrodnie SS-Aufseherin Irmy Grese"



Wojna to sprawa mężczyzn, tak się przynajmniej przyjmuje. Mało kto potrafi wyobrazić sobie młodziutką, drobną, wątłą i urodziwą dziewczynę, jako bezwzględną strażniczkę w obozie zagłady. Patrząc na jej uśmiechającą się z okładki twarz, trudno pojąć, że ta kobieta to sadystyczny, psychopatyczny morderca.
Irma Grese pochodziła ze skromnej rodziny. Jej ojciec był mleczarzem, a matka opiekowała się dziećmi. Ojciec był surowy i przejawiał skłonność do przemocy. Kiedy Irma była nastolatką jej matka popełniła samobójstwo. Dziewczynka nie mogąc znieść sytuacji w domu postanowiła się usamodzielnić. Podejmowała różne prace, ale w końcu uznała, że chce zostać pielęgniarką. Zatrudniono ją jako pomoc w sanatorium dla żołnierzy. Miała tam przygotowywać się do zdania egzaminu pielęgniarskiego. Kiedy nie udało jej się go zdać, zaczęła szukać dla siebie innej drogi.  Zdecydowała się na podjęcie służby pomocniczej SS. Stamtąd trafiła do  pobliskiego obozu dla kobiet Ravensbruck. Od tego momentu rozpoczął się proces przekształcania się skromnej dziewczyny w sadystyczną morderczynię. Proces ten zakończył się w Auschwitz-Birkenau.
Specyfika pracy w obozie wymagała odpowiednich predyspozycji psychicznych. Strażniczki słabsze, współczujące, czy okazujące litość były karane przez władze obozu i szykanowane przez współpracowników. Zabijano wszelkie objawy człowieczeństwa, za to kwitła brutalność, zezwierzęcenie, wszelkiego rodzaju dewiacje, w tym seksualne. Zachęcano służby obozowe do znęcania się nad więźniami i mordowania ich. Aby zagłuszyć oznaki sumienia dostarczano pracownikom duże ilości alkoholu. Strażniczki zaczęły swoiste zawody w okrucieństwie, przekraczały wszelkie granice. Tak też robiła młodziutka Irma. 
Grese marzyła o karierze gwiazdy filmowej. Myślała, że kiedy skończy się wojna będzie sławna. Miała ku temu predyspozycje. Więźniowie wiele mówią o jej niezwykłej urodzie. Twarz Irmy niczym nie ustępuje twarzom ówczesnych gwiazd filmowych. Kobieta była zawsze zadbana, staranne uczesana, pomalowana i pachnąca drogimi perfumami. Jej idealnie wyprasowany mundur pięknie podkreślał jej wspaniałą figurę. Jak to możliwe, że twarz takiej osoby w każdej chwili mógł wykrzywić grymas wściekłości. Jak to możliwe, że z zimną krwią mordowała napotkanych po drodze więźniów. 
Kiedyś trafiłam w sieci na blog poświęcony strażniczkom z Auschwitz. Wtedy pierwszy raz przeczytałam o Irmie Grese. Jej twarz na długo zapadła mi w pamięć. To niesamowite, że wiedząc o jej czynach spodziewałam się zobaczyć potwora, a zobaczyłam uśmiechniętą 22-latkę. Uroda Irmy budziła wiele sensacji. Dzięki niej wyróżniała się ona z tłumu więźniarek. Starano się dopisać do niej wątek romantyczny - twierdzono, że angielski kat Albert Pierrepoint, który miał być wykonawcą wyroku na strażniczkach, zakochał się w Irmie i próbował ulżyć jej w momencie śmierci. Według Daniela Patricka Browna nie jest to prawda. 
Przyznaję, że po książce "Piękna bestia" spodziewałam się więcej. Życiorys Irmy Grese nie był może bardzo bogaty, ale z pewnością interesujący. Można było na tej podstawie stworzyć bardzo ciekawą książkę. Danielowi Patrickowi Brownowi nie do końca się to udało. Z drugiej jednak strony, to działalność Grese w Auschwitz jest wystarczająco przerażająca, nie wymaga specjalnej oprawy. 
Kiedyś zastanawiano się, jak to możliwe, żeby kobiety były tak okrutnie. Winę zrzucano na mordercze skłonności jednostki. Patrząc jednak na wydarzenia, które miały miejsce wielokrotnie od czasów wojny wiemy, że to nie jest tak do końca prawda. Przeprowadzony przez profesora Zimbardo eksperyment stanfordzki pokazuje, że zło tkwi w każdym z nas. Niechlubnym dowodem na to może być sprawa tortur w  więzieniu Abu Grahib. Czy jedna ze sprawczyń - 22-letnia Amerykanka Lynndie England tak bardzo różni się od 22-letniej Irmy Grese? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Daniel Patrick Brown, Piękna bestia. Zbrodnie SS-Aufseherin Irmy Grese, Wydawnictwo Replika, 2012
Recenzja dla Szczecinczyta.pl

czwartek, 3 stycznia 2013

David Cesarani "Eichmann. Jego życie i zbrodnie"


Są zbrodnie, tak potworne, że trudno je sobie nawet wyobrazić. Są ludzie-potwory, którzy szukają na swe czyny racjonalnego wyjaśnienia. Próbują usprawiedliwić się przed całym światem i przede wszystkim przed sobą. Nikt nie lubi czuć się zły. 
Kim był Adolf Eichmann? Czy był zwykłym urzędnikiem, trybikiem w machinie zbrodni? Szaraczkiem, który potulnie wykonywał rozkazy demonicznych przełożonych? Czy życie jego i jego rodziny było zagrożone w przypadku, kiedy odmówiłby wykonania poleceń? A może całkiem przeciwnie - może był pragnącym władzy antysemitą. Władcą życia i śmierci milionów ludzi. Osobą zarządzającą nazistowską machiną śmierci.
Kilka lat temu czytałam książkę Hannah Arendt "Eichmann w Jerozolimie". Arendt była dziennikarką, po studiach z filozofii. Jadąc w 1961 roku do Jerozolimy na proces Adolfa Eichmanna postawiła tezę o banalności zła. Słuchając i obserwując oskarżonego szukała potwierdzenia tej tezy. W swojej książce opisała ona go jako niebyt rozgarniętego, szarego człowieka, konformistę, który dziwnym zrządzeniem losu odpowiadał za deportacje i mordowanie Żydów europejskich. Kiedy cały świat spodziewał się  w Eichamannie zobaczyć potwora, Arendt pokazała pozbawionego charakteru urzędnika. Jej książka na wiele lat ugruntowała taki właśnie wizerunek nazisty. 
Z tezami Arendt nie zgadzało się wielu historyków. Twierdzili oni, że wprawdzie "Eichmann w Jerozolizmie" nie jest pozbawiony warstwy sentymentalnej, to jednak jego wartość historyczna jest niewielka. Znany brytyjski historyk żydowskiego pochodzenia David Cesarani postanowił zmierzyć się ze stworzoną przez Arendt legendą i napisał książkę "Eichmann. Jego życie i zbrodnie". Dzieło Cesaraniego jest niezwykłe drobiazgowe i dokładne pod względem faktograficznym. Autor sprawnie rozprawia się w niej z wieloma mitami dotyczącymi Eichmana np. z tezą o jego tragicznym, traumatycznym dzieciństwie. Przedstawiona przez niego postać niewiele ma wspólnego z tezami Hannah Arendt. Eichmann u Cesaraniego jest inteligenty, uzdolnionym i pracowitym człowiekiem sukcesu. Starannie wybiera on swoje ścieżki sukcesu i je realizuje. Niczego nie pozostawia przypadkowi. Widzimy też jak nazistowski "wyścig szczurów" zmienia młodego, prężnego menadżera w masowego mordercę. 
Czytając książkę Hannah Arendt dużo myślałam o narodzie żydowskim. Zastanawiałam się, zgodnie z zamierzeniem autorki, nad tym, jak wielki naród mógł pozwolić tak się potraktować. Jak to możliwe, ze duże grupy Żydów, zamiast wzniecić bunt, potulnie szły do gazu. Jaka była reakcja świata na tragedię, jaką całemu narodowi zgotowali naziści . 
Książka Cesaraniego spowodowała u mnie całkowicie inne przemyślenia. Ten autor skupił się nie na ofiarach, a na katach. Wiedziałam oczywiście o tym, co robili naziści. Wiedziałam też jaka w tym dziele zniszczenia była rola Eichmanna. Mimo tego nagle uderzyła mnie jedno - jak to możliwe, że człowiek, przychodzi do pracy i tam kieruje zagładą całego narodu? Jak można, siedząc za biurkiem, spokojnie planować i organizować transporty Żydów z całej Europy? Jak to możliwe, ze w obliczu klęsk na froncie, dla kogoś najważniejsze może być wymordowanie tylu Żydów, ile to tylko możliwe, ile się da przed ostateczną klęską. Jak można nie mieć w sobie ani grama człowieczeństwa?
Eichmann źle znosił udział w egzekucjach. Zdecydowanie wolał pracę w "białych rękawiczkach", za biurkiem, przy herbacie. Nie wiem, jak mógł z tym żyć. 
Książka Cesaraniego jest bardzo sprawnie napisana i świetnie się ją czyta (książkę Arendt, z którą autor polemizuje również czyta się bardzo dobrze). Nie jestem historykiem i nie mam takiej wiedzy, która pozwoliłaby mi na weryfikację zawartych w "Eichmannie" faktów. Jedno, co rzuciło mi się w oczy, to dość niefortunne sformułowanie, z którego wynika, że w latach 1939-40 Szczecin leżał na terenach Polski (str. 371). Mnie, rodowitą szczeciniankę, stwierdzenie takie kłuje w oczy. Powtarza się ono w tekście dwa, albo trzy razy. Myślę, że wynika to z uproszczenia myślowego tłumacza, bądź redaktora. 
"Eichmann. Jego życie i zbrodnie" to książka bardzo dobra. Polecam.

David Cesarani, Eichmann. Jego życie i zbrodnie, Replika 2012
Recenzja dla Szczecinczyta.pl

środa, 22 lutego 2012

Angela Lambert "Przegrane życie Ewy Braun"




Na zdjęciach widzimy nieśmiało uśmiechniętą blondynkę. Na starych filmach zobaczyć możemy niezwykle wysportowaną, pełną życia kobietę. Kochała modne ubrania, uwielbiała sport i podróże. Pasjonowała ją fotografia i film - nakręciła mnóstwo amatorskich filmów z Berghoff. Nie miała zbyt wybujałych ambicji. Pragnęła tylko zostać żoną, może kiedyś matką. Była trochę afektowana, czasem egzaltowana. Bywało, że swe uczucia okazywała w teatralny sposób. Kim była Ewa Braun nikomu mówić nie trzeba. Czy, aby na pewno? Wiemy, jak się nazywała, wiemy, jak wyglądała, wiemy, jak umarła (o ile oficjalna wersja jest prawdziwa). Ale kim była? Jakie miła marzenia, jak realizowała swoje życie wiernie oczekując w domu na powrót ukochanego Adolfa?
Nie wiedziałam o Ewie Braun więcej, niż inni. Teraz trochę jej współczuję, trochę mi jej szkoda, trochę ją rozumiem. Autorka podeszła do tematu bardzo osobiście. Matka Lambert jest Niemką z pokolenia Ewy Braun. Autorka próbuje spojrzeć na żonę Hitlera przez pryzmat swojej matki. I udało się. Stworzyła w tej biografii klimat przedwojennych i wojennych Niemiec. Pokazała świat, w którym dokładnie oddzielono grozę działań wojennych i rzeczywistość obozową od beztroskiego, luksusowego życia nazistowskiej śmietanki. Dokonała rzeczy trudnej, przez opowieść prowadzoną lekkim językiem, przedstawiła ogrom nieszczęścia także tych desperacko bawiących się ludzi.
Książka jest fascynująca. Mimo tego, że obszerna, czyta się ją z zapartym tchem. Poznajemy urocze dziecko, irytującą nastolatkę i dojrzałą, smutną kobietę. Poznajemy losy nie tylko Ewy Braun, a całego pokolenia kobiet, które kochały okrutnych mężczyzn. Trudno uwierzyć, że kocha się złego człowieka. Która z nas, uwierzyłaby w to? Która z nas pogodziłaby się z tym? Która z nas, jak Ewa Braun i inne Niemki stworzyłaby wokół siebie parawan iluzji, oddzielający ją od okrutnej prawdy?
Lambert omawia temat bardzo szczegółowo. Ksiazka napisana jest ładnym językiem. Treść jest zwarta, nie rozchodzi się w szwach. Czytanie jej jest prawdziwą przyjemnością.
Uwielbiam dawkować sobie książki. Żałuję, że tę JUŻ przeczytałam.

Angela Lambert, Przegrane życie Ewy Braun, Rebis, 2006

Angela Lambert, Przegrane życie Ewy Braun, Rebis, 2006

piątek, 17 lutego 2012

Norman Davies "Europa"



 „Europa” Normana Daviesa dołączyła do mojej biblioteczki w 1998 roku,  kiedy jeszcze dzielnie studiowałam. Bardzo, ale to bardzo ciekawa byłam, jak można opisać historię Europy w jednej (wprawdzie bardzo obszernej, bo mającej 1400 stron) książce. Długo zabierałam się do przeczytania tej wielkiej cegły - kiepsko mieści się w torebce. W czytaniu „Europy” pomógł mi audiobook – w domu czytałam wersję papierową, w samochodzie słuchałam wersji audio.
We wstępie do „Europy” Norman Davies wprowadza nas w świat badań historycznych. Poznajemy sposoby, w jakie do tej pory opisywana była historia. Tłumaczy nam plusy i minusy takich książek. Wytyka słabości nauczania historii w krajach zachodnich – szczególnie w USA. Poznajemy też ramy historii zawartej przez Daviesa w „Europie” – wiadomo, co autor, to interpretacja granic historii.
„Europa” oparta jest na surowym szkielecie wydarzeń, który autor misternie obudowuje  ciekawostkami, anegdotami i własnymi subiektywnymi opiniami. Zdecydowanie widać, że Norman Davies jest nie tylko historykiem, ale także miłośnikiem różnorodnych kultur europejskich. Nie skupia się tylko na historii największych państw europejskich, a sprawnie oprowadza nas po dziejach państw peryferyjnych.
Narracja „Europy” prowadzona jest bardzo sprawnie. Mimo rozmiarów tej książki czyta ją się ze bardzo dobrze. Jest „równa”, nie nuży czytelników, w każdym miejscu czyta się ją tak samo dobrze. Dodatkowo oprócz tekstu głównego książka zawiera kapsułki, a w nich zawarte są ciekawostki historyczne. Każda kapsułka jest samodzielną całością. To one wprowadzają nas w codzienność omawianych wydarzeń. Pozwalają nam lepiej zrozumieć czasy i ludzi w nich żyjących.
Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Norman Davies patrzy na historię. Zmiany perspektywy od szerokiego ujęcia, przez stopniowe ogniskowanie naszego uwagi, do „makro” kapsuł pozwala nam na czytanie „Europy” z ciągłym zainteresowaniem. Jak mówi sam autor – to jak obraz, najpierw widzimy całość, żeby potem skupiamy uwagę na szczegółach. Zdumiewające jest to, jak Davies zmieścił to wszystko w jednej książce.
Profesor Davies znany jest ze swojej słabości do Polski i Polaków. Może z tego właśnie powodu „Europa” tak bliska jest polskiemu sercu (i mojemu oczywiście). Mówiąc o uroku „Europy” nie można też nie docenić pracy polskiej tłumaczki Elżbiety Tabakowskiej. To ona sprawiła, że książka zachowała lekkość stylu Daviesa.
Lubię książki historyczne, a kiedy pisane są lekkim piórem i z poczuciem humoru, wtedy jestem zachwycona. „Europa” Davisa spełnia te kryteria. Wielkie tomisko czytało mi się świetnie, a „Europa” w wersji audio była wspaniałym umilaczem na czas stania w korkach.  

   Norman Davies, Europa, Znak, 1998