books on my mind

poniedziałek, 13 lutego 2012

Stephen King "Carrie"


Mogłoby się wydawać, że czytuję tylko Stephena Kinga, możliwe, że ostatnio to nawet prawda. Jest tak dlatego, że to moje najnowsze osobiste odkrycie. Przed „Dallas ‘63” nie czytałam Kinga w ogóle (poza „Lśnieniem” w wersji audio). Dlatego wybaczcie, ale muszę nadrobić zaległości.
„Carrie” jest debitem mistrza horroru Stephena Kinga. Trudno nie podziwiać drogi, jaką przeszedł od tej skromnej książki, do kipiącego szczegółami, starannie dopracowanego świata „Dallas ‘63”
Carrie jest nieśmiałą, samotną 16-latką. Wychowuje ją matka, która jest fanatyczką religijną. Dom, w którym mieszka dziewczynka obwieszony jest krzyżami i obrazami o tematyce religijnej, jest w nim również pomieszczenie, w którym matka zorganizowała kapliczkę oraz komórka, w której w ramach pokuty za wyimaginowane grzechy Carrie spędza długie godziny. Matka uważa dziewczynę za owoc grzechu i diablicę, z całą mocą fanatycznego serca pragnie wyrzucić szatana z serca córki.
Carrie ma problemy także w szkole – jest ofiarą mniej lub bardziej wybrednych żartów ze strony rówieśników. Ta staroświecko ubrana, nieuświadomiona dziewczyna jest szkolnym kozłem ofiarnym.Nauczyciele także nie reagują w porę. Carrie drażni i ich. Dopiero poczucie obowiązku każe im stanąć w obronie maltretowanej uczennicy. Nikt nie wie, że Carrie jest obdarzona niezwykłym talentem – ma zdolności telekinetyczne.
„Fala” w szkołach średnich jest zjawiskiem typowo amerykańskim (chociaż niestety jest już przenoszona na grunt polski). Carrie, jako osoba wychowywana w atmosferze surowej, fanatycznej religijności, bez podstaw uświadomienia seksualnego, czy społecznego w sposób naturalny weszła w rolę ofiary. King wyposażył Carrie w potężną broń – telekinezę. Gniew sprawił, że zdolności Carrie posłużyły do zemsty na wszystkich, którzy kiedykolwiek jej dokuczali. Biedna, zniszczona psychicznie dziewczyna nie miała oparcia nawet we własnej matce. Jedyną szczęśliwą chwilą w jej życiu był początek balu, ale i to zostało jej brutalnie odebrane. Czy jej bronię? Tak! Działała w silnym afekcie. Nie zaplanowała tego, co się wydarzyło. Tu odnieść się muszę do sprawy, która bardzo mnie niegdyś poruszyła i porusza do dziś, do masakry w liceum Columbine. Tam dwóch uczniów liceum, którzy tak jak Carrie byli odrzuceni przez kolegów, wyśmiewani i dręczeni, zdecydowali się na straszny krok – przynieśli do szkoły broń i zastrzelili 12 uczniów i jednego nauczyciela, ranili 24 osoby. Słysząc nadjeżdżające wozy policyjne chłopcy popełnili samobójstwo. Po tej sprawie mnóstwo specjalistów zastanawiało się nad pytaniem : Dlaczego?  Najłatwiej winą obarczyć samych sprawców, wmawiać sobie i światu, że to nie nasza wina, że sprawcy byli po prostu źli. W „Carrie” narracja przerywana jest fragmentami z gazet, wywiadów i książek, które o zdolnościach Carrie napisali różni naukowcy. Tam też wszystkiemu złu winna była „sprawczyni”. Nikt nie patrzy na to, co doprowadziło „potwora” do tak skrajnych decyzji, co go stworzyło.
„Carrie” jest książką dobra, aczkolwiek brak jej późniejszego mistrzowskiego warsztatu Kinga. Myślę, że obecnie autor mógłby zrobić z tej fabuły majstersztyk. „Carrie” jest powieścią kultową, na jej podstawie powstał film Briana De Palmy. Myślę, że warto ją przeczytać.

Stephen King, Carrie, Prószyński i S-ka, 2003

czwartek, 9 lutego 2012

Ann-Marie MacDonald "Co widziały wrony"


„Co widziały wrony” Ann-Marie MacDonald zaczyna się niewinne - pewnego pogodnego dnia rodzina McCartych zostaje przeniesiona z Niemiec do bazy wojskowej w Kanadzie. Rodzina, która poznajemy jest idealna – odważny i mądry ojciec Jack, zawsze perfekcyjna francuskojęzyczna mama – Mimi, nastoletni syn Mike i zawadiacka córka Madelaine. Baza, w której znajdą swój nowy dom niczym nie różni się od tej, która właśnie opuścili. Domy w tej bazie wszystkie są do siebie podobne. W tych domach mieszkają takie same rodziny. Dla małej Madelaine nie ma różnicy pomiędzy jej przyjaciółkami z Niemiec, a tymi, która ma dopiero poznać.
Życie toczy się leniwie. Perfekcyjna pani domu urządza nowe lokum, mąż wdraża się w pracę w nowych miejscu, dzieci zawierają nowe przyjaźnie. Autorka prowadzi nas sennym krokiem wprost w pułapkę. Madaleine zaczyna naukę w szkole na terenie bazy. W jej życie niewinne dzieciństwo wkracza obrzydliwy, pozbawiony skrupułów świat dorosłych.
W czasie kiedy Madaleine zmaga się ze swoją okropną tajemnicą, jej ojciec Jack poproszony zostaje przez swego przyjaciela o przysługę – ma on zaopiekować się tajemniczym podopiecznym rządów Kanady i USA. Dzięki temu zadaniu Jack ma szansę poczuć, że spełnia swój patriotyczny obowiązek, że robi coś dla swojej ojczyzny. Nie wie, że przyjdzie mu się zmierzyć z własną moralnością. Będzie musiał zdecydować, czy jest „dobry”, czy „zły”
Wydarzenia w książce z każdą stroną zaczynają wskakiwać na swoje miejsce jak klocki w układance. W finale mamy do czynienia z dramatyczną całością. Z pewnością nie jesteśmy gotowi na to, co nas spotka.
"Co widziały wrony" Ann-Marie MacDonald przypomina mi stylem książki Joyce Carol Oates. Wstrząsającą historię opowiedziano tu w dziwny, poetycki i mglisty sposób. Autorka leniwym tempem prowadzonej narracji usypia naszą czujność długimi opisami, by nagle zaskoczyć nas kolejnymi okropnymi wydarzeniami, które splatają się na końcu w jedną, niezwykle smutną opowieść.
Nie mogłam się od tej książki oderwać. Myślę, że nieprędko przestanę o niej myśleć - tym bardziej, że część tej opowieści oparta jest na faktach. Ann-Marie MacDonald zawarła w niej wątki autobiograficzne oraz historię najmłodszego skazanego na śmierć w historii Kanady – Stevena Truscotta.
 Do przeczytania tej książki przymierzałam się kilka lat. Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że mimo tego, iż „Co widziały wrony” liczy sobie ponad 800 stron, to nie żałuję ani chwili z nią spędzonej.


Ann-Marie MacDonald, Co widziały wrony, Świat Książki, 2006

środa, 8 lutego 2012

Stephen King "Ręka mistrza"



Jak co roku, na przełomie stycznia i lutego moim marzeniem jest bezludna, egzotyczna wyspa, na której mogłabym odpocząć pod palmą, na wyludnionej plaży. Wyspą z moich marzeń jest Duma Key, wyspa zlokalizowana u wybrzeży Florydy. Oczywiście wolałabym na nią trafić w nieco innych okolicznościach, niż Edgar Freemantle, bohater powieści Stephena Kinga „Ręka mistrza”.
Edgar jest dzieckiem szczęścia. Ma wspaniałą rodzinę – kochającą żonę i dwie cudowne córki. Jego kariera zawodowa jest pasmem sukcesów. Życie Edgara jest spokojne, dostatnie i poukładane. I byłoby takie do końca jego życia, gdyby nie niespodziewane spotkanie z dźwigiem, który zmiażdżył czaszkę, rękę i biodro Edgara. W wyniku tego wypadku Edgar traci rękę, a w skutek urazu czaszki zachowuje się dziwnie i agresywnie, co powoduje rozpad szczęśliwego dotąd małżeństwa naszego bohatera. Pozbawiony wszystkiego co kochał, bliski decyzji o samobójstwie Edgar decyduje się skorzystać z porad swego terapeuty i decyduje się na „kurację geograficzną”, czyli przeniesienie się na rok na odludną wyspę na Florydzie, gdzie ma dochodzić do zdrowia i oddać się swojej zapomnianej pasji, czyli malowaniu.
Na wyspie Edgar odnajduje zagubiony sens swojego życia, powoli odzyskuje zdrowie i zawiera przyjaźń z Wiremanem, opiekunem właścicielki wyspy Duma Key – Elisabeth Eastlake. Talent Edgara okazuje się ogromny. Jego dzieła cieszą się ogromnym powodzeniem oraz mają pewną niezwykłą moc. W rezultacie Edgarowi i jego przyjaciołom przyjdzie zmierzyć się z posępną tajemnicą, którą kryje w sobie historia wyspy i rodziny Eastlaków.
Niedawno zaczęłam swoją przygodę z Kingiem i przyznaję, że jest on mistrzem budowania nastroju, sylwetek swoich bohaterów i realności przedstawianych przez siebie światów. Czytając „Rękę mistrza” czujemy klimat egzotycznej wyspy, czujemy powiewy wiatru i zapach dżungli. Do tego przedstawiane przez Kinga ciągi wydarzeń są niesamowicie realne, sceny płynnie zmieniają się z jednej w drugą, po przeczytaniu wydają się tak oczywiste. Nastrój nie polega na niespodziewanych i nielogicznych zwrotach akcji, a na „zagłębianiu” w opowiadaną historię, na odkrywaniu kolejnych warstw. Pod tym względem literacki styl Kinga bardzo mi odpowiada. Co odpowiada mi mniej? Zdecydowanie zbytnie „ufizycznianie strachów”. Uwielbiam subtelne straszenie, a ty niestety zdarza się Kingowi czasem potknąć. Zakończenie nie ma w sobie nic z subtelnie budowanego od początku książki nastroju. Jest surrealistyczne, tak, jak latające na plecach ptaki.
Postacie w „Ręce mistrza” są wyraziście zarysowane. Wireman jest po prostu wspaniały. Jedyną osobą, do której nie mogłam nabrać sympatii, to żona Edgara – Pam. Większość postaci tej książki, to osoby po przejściach, poranione fizycznie i psychicznie. Subtelności sposobu myślenia swoich bohaterów King oddaje mistrzowsko (poza Pam rzecz jasna).
„Ręka mistrza” to wciągająca lektura na zimowe wieczory – jest zdecydowanie wciągająca. Stephen King z pewnością jest mistrzem horroru. 

Stephen King, Ręka mistrza, Prószyński i S-ka, 2008

wtorek, 7 lutego 2012

Neil Gaiman "Amerykańscy bogowie"



Nie jestem fanką fantastyki. W sumie do tej pory nie przeczytałam niczego z tego rodzaju literatury, poza sagą Georga R.R. Martina. Do książek Neila Gaimana postanowiłam zajrzeć po obejrzeniu „Gwiezdnego pyłu”. Do tego autorska wersja „Amerykańskich bogów” tego autora ujęła mnie swoją objętością i cudną okładką. Kilka lat trwało zanim w końcu zabrałam się za czytanie „Amerykańskich bogów”. Trochę bałam się, że po kilku stronach zniechęcę się i rozczaruję. W końcu zdecydowałam się, zaczęłam czytać i.. nie mogłam się oderwać.
Bohaterem książki jest Cień. Gdy go poznajemy kończy właśnie odsiadywać w więzieniu trzyletni wyrok. Cień ma plan na czas „po więzieniu”, na wolności czeka na niego kochająca żona Laura, praca w siłowni przyjaciela i wizja spokojnego życia. Im bliżej końca wyroku, tym większy niepokój odczuwa Cień. Wie, że nadciąga  katastrofa. W jednej chwili wszystkie plany legną w gruzach.
Kiedy nie ma się już po co żyć, kiedy nie ma się już dokąd iść ludzie często zwracają się do boga. W przypadku Cienia jest inaczej, to bóg znajduje jego i składa mu propozycję nie do odrzucenia. Cień podejmuje wyzwanie i od tej pory zaczyna się nasza podróż po Ameryce.
Ameryka – kraj bez korzeni, historii i wierzeń okazuje się być zasiedlona przez całe tłumy bogów, którzy przyjechali tu w głowach i sercach przybyszów z innych kontynentów. Bogowie ci powoli popadają w zapomnienie, coraz mniej ludzi w nich wierzy i o nich myśli. Ich miejsce wyrastają nowi, rdzennie amerykańscy bogowie konsumpcji. Ci nowi bogowie chcą zająć w sercach Amerykanów miejsce, po starych, zapomnianych, archaicznych, „analogowych” bogach starych wierzeń. Ale te „przeżytki” nie chcą odejść bez walki. Dostosowały się do panujących warunków, lepiej lub gorzej radzą sobie w nowej rzeczywistości. Nie mogą, bądź nie chcą walczyć z nadchodzącym „Nowym”. Jest jednak ktoś, kto jest gotów poświęcić absolutnie wszystko, aby odzyskać straconą świetność. To on właśnie zatrudnił naszego bohatera.
Życie Cienia toczy się w kilku wymiarach. Z jednej strony obcuje z bogami, z drugiej funkcjonuje w małym, amerykańskim miasteczku, dokąd zawiódł go los. Próbuje pogodzić się z tragedią, która go spotkała, jednak nie potrafi dać odejść swojej żonie, cały czas szuka sposobu, żeby wrócić ją do świata żywych. Czuje niechęć do swojego nowego szefa, a jednak darzy go szacunkiem, podziwem i lojalnością.  
Cień nie czuje potrzeby i radości życia, jest dosłownie cieniem człowieka. Dzięki swej podróży odnajduje to, co zagubione, sens życia. Czasem trzeba umrzeć, żeby docenić życie, a czasem trzeba nie móc umrzeć, żeby docenić śmierć.
Od teraz Cień jest jedną z najbliższych mojemu sercu postaci literackich. Rzadko zdarza mi się, żeby bohater czytanej książki budził we mnie aż tak ciepłe uczucia. Wiem dlaczego – on jest po prostu na wskroś dobry i mądry. Nie postępuje głupio, nie podejmuje absurdalnych, czy nieracjonalnych decyzji. Jest uosobieniem godności i spokoju. Teraz jestem pewna, jeśli kiedykolwiek chciałabym mieć męża, to tylko takiego, jak Cień.

Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie, Mag, 2002