books on my mind

piątek, 11 maja 2012

Sven Hassel "Gestapo"


Sven Hassel w czasie II wojny światowej służył w Wehrmachcie. Jako kierowca czołgu brał udział w ataku na Polskę. Jego psychika nie wytrzymała działań wojennych i zdezerterował, za co trafił do jednostki karnej Jednostka ta stanowiła zbiór zupełnie niezwykłych osobowości. Zawsze otrzymywała ona najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne zdania. Wykonywali je bez strachu - nie zależało im na życiu. Jej członkowie nie byli świetnie wyszkoleni, była to banda zabójców. Niezbyt eleganckich, za to niezwykle skutecznych. Nie przejmowali się żadną etyką, oni mordowali. Robili to, żeby przeżyć, ale zdarzało im się zabijać dla przyjemności. Nieustannie szlifowali i ulepszali sztukę mordowania. Robili konkursy na skuteczność. Nie zabijali honorowo - garota nie jest bronią, której używałby wzorcowy żołnierz Hitlera. Wyrywali zabitym złote zęby, gwałcili kobiety, handlowali alkoholem. Ten legion przerażał nawet niemieckich dowódców. Sonderabteilung kierował się własnymi prawami i własnym kodeksem honorowym.
Po wojnie Hassel trafił do obozu jenieckiego. Kolejne lata, to kolejne obozy, w których był jeńcem. Wtedy właśnie zaczął opisywać losy swojej jednostki. Napisał o nich, mieszając prawdę z fikcją, trzynaście książek.
"Przygody" jednostki karnej są straszne. Co najgorsze, to fakt, że całe to piekło opisane jest w konwencji powieści łotrzykowskiej. Żółty cylinder Porty stanowi tu makabryczną kropkę nad "I". Czytając "Gestapo", nieustannie nasuwały mi się skojarzenia z "Tortilla Flat" Steinbecka. Makabryczne porównanie. Chociaż z drugiej strony, być może właśnie jest metoda ucieczki przed piekłem rzeczywistości - banalizowanie jej.
Przyznaję, porzuciłam książkę Svena Hassela po 100 stronach. Porzuciłam ją nie dlatego, że była zła, a dlatego, że konwencja, w której jest napisana zupełnie mi nie odpowiada. "Gestapo" czyta się dobrze. Może Sven Hassel, zamiast mordować ludzi, powinien był już wcześniej zająć się pisarstwem .
  
Sven Hassel, Gestapo, Instytut Wydawniczy Erica, 2005

wtorek, 8 maja 2012

Haruki Murakami "Norwegian Wood"


Stało się.. Po długich przymiarkach zabrałam się za czytanie "Norwegian Wood" Haruki Murakami. Książka ta od dłuższego czasu (hmm.. w sumie to już od kilku lat) zachwycała mnie swoją okładką. Drzewo wiśni i ta kolorystyka przemawiały do mojej wyobraźni. Do tego nostalgiczny opis i proszę, zakochałam się. Tylko powtórzę stare powiedzenie, które już wielokrotnie pojawiało się na tym blogu: "Nie oceniaj książki po okładce".
Tōru Watanabe jest studentem. Jest też dziwnym, wyobcowanym człowiekiem, którego najlepszy  przyjaciel i najbliższa mu osoba Kizuki popełnił samobójstwo. Niejako w spadku po przyjacielu przejął obowiązek opiekowania się dziewczyną zmarłego wycofaną i zamkniętą w sobie Naoko. Zbliżanie się do Watanabe do Naoko przypomina proces oswajania dzikiego, płochliwego zwierzątka. Dziewczyna niewiele mówi, nie wiadomo co czuje. Wpuszczenie Watanabe za granicę swojej intymności przypłaca załamaniem nerwowym i pobytem w szpitalu. Chłopak pisze do niej długie listy i odwiedza ją w jej miejscu odosobnienia. Zaprzyjaźnia się z jej współlokatorką i opiekunką Reiko. Razem próbują pomóc Naoko odnaleźć się w realnym świecie. 
Jednocześnie Watanabe poznaje zupełne przeciwieństwo Naoko - Midori. Dziewczyna jest ekscentryczna i żywiołowa. Pełna zmiennych nastrojów. Ona także przeżywa swój życiowy dramat, jednak czyni to zupełnie inaczej niż Naoko. 
Watanabe staje na życiowym rozdrożu.
Kultura japońska jest mi całkowicie obca. Nie rozumiem wielu zachowań bohaterów. Nie rozumiem, dlaczego tak wiele osób otaczających Watanabe popełnia samobójstwo. Mam wrażenie, że wszyscy Japończycy cierpią w milczeniu. Jest to zupełnie różne od kultury europejskiej, czy tym bardziej amerykańskiej. "Norwegian Wood" jest wypełnione na wskroś nieszczęśliwymi, szarymi postaciami, które nie próbują nawet radzić sobie ze swoim bólem, a ból zdaje się im sprawiać samo istnienie.
I tak, jak skłonna byłabym zaakceptować dramaty egzystencjalne  grupy studentów, tak kompletnie nie rozumiem postawy Reiko. W tej postaci drażniło mnie wszystko. Od jej pokrętnego tłumaczenia lesbijskiej afery z 15-latką, po jej stosunek do Naoko, aż w końcu po jej zachowanie wobec Watanabe. Sama jestem kobietą w wieku Reiko i nie potrafię zaakceptować tego, jak ona postępuje.
Nie rozumiem też całej kultury japońskiej. Jak już wspominałam, jest mi całkiem obca. A wszystko, czego nie znamy, czy nie rozumiemy powoduje u nas poczucie niepokoju i podenerwowania. Tak jest z "Norwegian Wood". Opieszale i bez pośpiechu tocząca  się  akcja, obce tło kulturowe, przedziwni bohaterowie i zdumiewające pobudki, które nimi kierują. 
Nie mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, że to książka zła, czy nawet słaba. Nie uważam tak. Jednak jestem pewna, że nie jest to książka dla mnie i niestety nie zarażę się murakamizmem.

Haruki Murakami, Norwegian Wood, Muza, 2006

piątek, 4 maja 2012

Jan Garavaglia "Jak nie umrzeć. Opowieści patologa sądowego"


Ostatnimi czasy wszystko, co zdobędzie popularność należy wycisnąć do końca, jak cytrynę. Nieważne, że ta cytryna na koniec traci już smak, najważniejsze jest zarabiać, zarabiać, zarabiać. Tak też stało się z wyprodukowanym przez Discovery programem doktor G.Sympatyczna pani doktor jest pracuje jako lekarz sądowy w dziewiątym dystrykcie w Orlando na Florydzie. W swoim programie rozwiązuje tajemnice dziwnych śmierci swoich "pacjentów". 
Na bazie tego programu powstała książka "Jak nie umrzeć. Opowieści patologa sądowego". Po przeczytaniu tej książki jestem pewna, że doktor G. nie powinna brać się za pisanie. Biorąc tę książkę do ręki spodziewałam się pasjonującej opowieści o dziwnych przypadkach zejść. Zdumiewające historie, kandydatów do nagrody Darwina.. A co dostałam? Ano typową ulotkę prozdrowotną. Nie pal, nie pij, odżywiaj się zdrowo, powoli jeźdź samochodem i raczej nie stawaj pod drzewem w czasie burzy.  Niestety widać, że tak, jak pisanie niektórych rozdziałów szło dr G. w miarę sprawnie, tak niektóre punkty w planie książki zapełniała w strasznych bólach.  Ale najbardziej zdumiał mnie rozdział o zdrowiu psychicznym. Jak patolog sądowa mogła sklecić tak banalną opowiastkę o pozytywnym myśleniu? Niektóre rzeczy pozostaną dla mnie zagadką.
No cóż, żeby nie stwierdzić, że całkiem straciłam czas, to powiem, że z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam rozdział o wypadkach samochodowych. Teraz więcej uwagi poświęcam zapinaniu pasów i jeśli już otwieram okno w moim Złomku, to robię to na całą szerokość.

Jan Garavaglia, Jak nie umrzeć. Opowieści patologa sądowego, Znak, 2010

wtorek, 1 maja 2012

stosik majowy


Mamy początek maja, to i czas na stosik majowy.
Zastanawiałam się, jak rozwiązać w stosiku kwestię książek, których nie zdążyłam przeczytać w poprzednim miesiącu. Uznałam, że umieszczę je także w aktualnym stosiku - w końcu w tym miesiącu będą czytane. Dlatego niech Was nie zdziwią powtórki w stosikach :)U góry zdjęcie stosiku w wersji reprezentacyjnej, na dole zbliżenie ;)
I tak od góry mamy:
1. Sven Hassel "Gestapo" - przypadkowo trafiłam w mojej bibliotece na półkę książek tego autora. Nic o nim nie wiem i ciekawa jestem tego co mnie czeka.
2. 
Dennis Lehane "Mila księżycowego światła" - zobaczę gdzie znowu jest Amanda.
4. "Norwegian Wood" - spadek z kwietnia. Jestem w połowie.
5. Krystyna Chiger "Dziewczynka w zielonym sweterku" - dałam się porwać oscarowej gorączce.
6. Bryan Burrough "Wrogowie publiczni"- pamiątka ze szczecińskiego Kiermaszu Książki Używanej
7. ekhm... no "Blondynka" - spadek z kwietnia. W tym miesiącu mam nadzieję ją przeczytać.