books on my mind

czwartek, 27 września 2012

Małgorzata Warda "Nikt nie widział, nikt nie słyszał.."


Okładka książki Małgorzaty Wardy "Nikt nie widział, nikt nie słyszał.." od pewnego czasu "uśmiechała się " do mnie z księgarnianych półek. Ostatnio, dzięki platformie wymiany Finta, w końcu trafiła w moje ręce. Z niecierpliwością zabrałam się do czytania. 
Książka ma dwie bohaterki - Lenę i Agnieszkę. Lena jest córką wolnego ptaka, jej matka odeszła wkrótce po narodzinach drugiej córki. Gnany porywami serca ojciec przewozi swoje córki Lenę i Sarę do kolejnych narzeczonych, do kolejnych miast. Dziewczynki są bardzo ze sobą związane, ponieważ koczowniczy tryb życia nie pozwala mi nawiązanie bliższych relacji z nikim innym. Pewnego dnia Sara znika bez śladu z gdyńskiego podwórka. To wydarzenia całkowicie odmienia życie Leny i jej ojca. Teraz ona próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie, a ojciec latami czeka w tym samym mieszkaniu na powrót młodszej córki. 
Drugą bohaterką jest Agnieszka - Agnes. Jako dziecko przeprowadziła się z matką z Polski do Francji. Matka oddała ją pod opiekę obcej kobiety. Po kilku latach niespodziewanie postanawia zabrać córkę do siebie. Dziewczyna i jej matka nie mogą znaleźć wspólnego języka. Agnieszka ucieka w muzykę, alkohol i leki. Niszczy wszystko, co udaje jej się w życiu zbudować.
Co łączy obie dziewczyny? Może wyjaśnienie przyniesie odnaleziona na plaży tajemnicza smutna  Monika Litwin?
Książkę Małgorzaty Wardy czytało mi się bardzo dziwnie. Początkowo nie mogłam wciągnąć się w akcję. Bohaterki przedstawiane były w surowy, nie budzący sympatii sposób. Bałam się, że książka ta okaże się dla mnie ogromnym rozczarowaniem.Nie wiem kiedy, zupełnie niespodziewanie znalazłam się w środku opowiadanej przez Wardę historii. Nagle czułam z bohaterkami, żałowałam ich, cierpiałam z nimi. Obie bohaterki postępują i żyją w zupełnie obcy mi sposób. Każda z nich stara się poradzić sobie z bólem i pustką w swoim życiu. Obie szukają odpowiedzi na pytania, które je dręczą.
Trudno mi powiedzieć, że "Nikt nie widział, nikt nie słyszał..." jest kryminałem. Dla mnie jest to dobrze napisana książka obyczajowa. Samo zniknięcie Sary nie jest tu opisane widowiskowo, nie na nim powinna się skupić nasza uwaga. Istotą tej książki jest to, jak porwanie może wpłynąć na dalsze życie bliskich ofiary. Nawet najgorsza prawda jest lepsza od niewiedzy o losie zaginionego dziecka.
"Nikt nie widział, nikt nie słyszał.." jest książką bardzo przejmującą. Nie jest hollywoodzką produkcją, a bolesną, szarą rzeczywistością. Autorka zrezygnowała z użycia wszelkich zaciemniaczy i uzyskała "nagi" obraz ludzkiego bólu i zagubienia. Szarość kolejnych dni, miesięcy i lat, które nie przynoszą odpowiedzi. W finale przyzwyczajony do happy endów czytelnik spodziewa się "wielkiego wybuchu", jednak nie dostaje go. Nie przewidziałam zakończenia. Ba! Byłam tym zakończeniem rozczarowana. Mówiłam do siebie "nie tak to miało być..". Może nie tak, ale w życiu nic nie jest proste, ani oczywiste. Takie też jest zakończenie książki Małgorzaty Wardy - życiowe. 


Małgorzata Warda, Nikt nie widział, nikt nie słyszał..., Świat Książki, 2010

środa, 26 września 2012

Tess Whitehurst "Magiczny dom"


Uwielbiam jesień. Tak tę piękną, złotą, jak i tą szarą i ponurą. Kiedy za oknem leje deszcz, to z przyjemnością myślę o momencie, kiedy wrócę do domu. Mój dom jest dla mnie miejscem szczególnym. To moje schronienie przed całym światem, miejsce w którym czuję się najlepiej. Dlatego też stale ulepszam go i poprawiam. Chcę sprawić, że będzie idealnie "skrojony" pode mnie. Interesuję się ezoteryką i wiem, jak ważna jest dobra atmosfera w miejscu zamieszkania. Palę pachnące świecie, i synu i ja mamy nad łóżkami łapacze snów oraz saszetki z odpowiednio przygotowaną mieszanka ziół. Dlatego też z wielką przyjemnością przeczytałam książkę "Magiczny dom" Tess Whitehurst. 
W książce tej podoba mi się już okładka. Kolorowe szybki w oknie są bardzo w moim stylu. Książka ta jest poradnikiem, w którym autorka radzi nam, jak uczynić ze swojego domu miejsce magiczne. Pewne rady są dla mnie oczywistościami - bardzo lubię sprzątanie i sama zauważyłam, jaki wpływ na mnie ma bałagan. Kiedy rzeczy są porozrzucane, czy nie na swoim miejscu, to trudniej mi zebrać myśli, czuję się zdekoncentrowana. Autorka proponuje, aby sprzątanie to odbywało się w sposób zgodny z własną energią. Nawet środki czyszczące nie muszą być zwykłą sklepową chemią. Niemniej jednak dla prawidłowego przepływu energii porządek musi być :)
Tess Whitehurst jest konsultantką feng shui. Na tych podwalinach opiera się jej koncepcja harmonijnego komponowania miejsc w domu. No w tej kwestii nie do końca się z nią zgadzam. Feng shui nie opiera się na kulturze i filozofii Zachodu. To świetny system, jednak dla mieszkańców Wschodu. Europejczycy mają inaczej rozłożone systemy wartości, niż Chińczycy. Dążą do innych celów. Dlatego, to co dobre dla buddystów, nie koniecznie musi być dobre dla mieszkańców Europy. No ale lepszy rydz niż nic. Lepiej być świadomym przepływów energii w swoim domu, niż pozostawać w całkowitej niewiedzy.
To co bardzo trafiło o mnie w książce pani Whiteurst to rozdział o kamieniach szlachetnych. Bardzo wierzę w moc kamieni i korzystam z niej w praktyce. Nie można też nie doceniać pozytywnego działania ziół, roślin, symboli i aromaterapii. Nie jestem specjalistką od ziół i w tej kwestii wolę skorzystać z pomocy osób lepiej zorientowanych w temacie. Sceptykom proponowałabym jednak ominięcie rozdziału o wróżkach.
"Magiczny dom" to książka bardzo sympatyczna. Z przyjemnością zanurzyłam się w klimat łagodności, jaki zaserwowała czytelnikom Tess Whitehurst. Z pewnością będę korzystała z porad zawartych w tej książce. Tess Whitehurst zajmie na mojej półce miejsce obok Anthei Turner i Kim Woodburn. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Studiu Astropsychologii.

Tess Whitehurst, Magiczny dom, Studio Astropsychologii, 2011

poniedziałek, 24 września 2012

Charlotte Link "Echo winy"


O książkach Charlotte Link pisano już na większości blogów książkowych. Czytając te recenzję nastawiłam się do pani Link bardzo pozytywnie. Cieszyłam się, że sporo pisze, a i kolejne opisy z tylnych stron okładek były bardzo zachęcające. W końcu Nadszedł dzień, kiedy zasiadłam nad "Echem winy". Z niecierpliwością zaczęłam czytać i.... bardzo się rozczarowałam!
Pewne niemieckie małżeństwo Livia i Nathan Moor wyruszają w rejs swojego życia. Cały majątek zainwestowali w jacht, którym zamierzają dostać się na Wyspy Kanaryjskie. Dość niefortunnym zbiegiem okoliczności zaraz po wypłynięciu z portu ich jacht ulega wypadkowi. Małżeństwo wprawdzie zostaje uratowane, jednak cały ich dobytek zatonął. Nie mają zupełnie niczego. Małżeństwo trafia do małego miasteczka Nortfolk, w którym Livia niegdyś pracowała jako służąca w domu zamożnego małżeństwa Virginii i Frederika Quentinów. Była pracodawczyni postanawia przyjść z pomocą rozbitkom. W tym samym czasie w miasteczku Nortfolk zaczynają ginąć małe dziewczynki. Czy ten zdarzenia mają ze sobą coś wspólnego? 
Sam pomysł na książkę nie jest zły, ale.. Przede wszystkim bardzo, ale to bardzo irytowała mnie zblazowana, gnuśna, pretensjonalna i wiecznie marudząca Virginia Quentin. Podziwiam jej męża, że wytrzymał z tą kobietą tyle lat!. Problem i tajemnica, z którym zmagała się Virginia nie jest moim zdaniem usprawiedliwieniem jej egoistycznego zachowania. Wielkie ideały, jakimi tłumaczyła swoje postępowanie zdumiewają mnie. Dziwię się też, że pozostali bohaterowie traktowali ją poważnie. Uważam, że powinna ponieść srogą karę za swoje bezmyślne zachowanie. 
Kolejną osobą, która była prawie tak drażniąca, jak Virginia jest Nathan. Nie dość, że pani Link wtykała mu w usta sztuczne, wręcz głupie teksty, to jeszcze to jeszcze ta jego sztuka ars amandi.. Nie wiem jak jakakolwiek myśląca kobieta mogła nabrać się na coś takiego. Jego żona, którą autorka przedstawia jako nudną marudę, ma dwa razy więcej jaj niż pozostali bohaterowie. 
Czytając tę książkę zastanawiałam się, czy to ma być ten mroczny, mocny thriller? Kilka razy upewniałam się, czy aby na pewno czytam tę książkę, która tak zachwyca miliony Niemców + kilku Polaków. Cały czas czekałam na jakąś niespodziankę, nagły zwrot akcji, cokolwiek.. Wyczytałam na blogach, że w zakończeniu Charlotte Link sprawiła czytelnikom sporą niespodziankę. Czekałam na nią bardzo. Niestety, już od połowy książki wiedziałam, kto jest mordercą, także z niespodzianki nici.
Nie mogę "Echa winy" potraktować jako kryminału, nie jest to też thriller, ani tym bardziej powieść psychologiczna. Jeśli miałabym szufladkować, to podciągnęłabym ją pod marny romans z wątkiem kryminalnym. Jestem tą książką bardzo rozczarowana. Nie była warta mojego czasu. 

Charlotte Link, Echo winy, Sonia Draga, 2008

piątek, 21 września 2012

Stefan Darda "Dom na wyrębach"



Lubię horrory, chociaż Polacy w ich tworzeniu raczej nie przodują. Ostatnio, pod jednym z wpisów Honorata poleciła mi książki Stefana Dardy. Nie słyszałam o nim wcześniej, chociaż teraz doczytałam, że jego "Dom na wyrębach" był szeroko komentowany na blogach książkowych. Mi jakoś ten autor umknął i nie znałam go. Jako, że opis książki wydał mi się bardzo interesujący, to wypożyczyłam go z mojej biblioteki. 
Okładka mówi bardzo wiele o treści książki (można ją spokojnie nazwać spoilerem ;)). Wykładowca prawa z Uniwersytetu Wrocławskiego Marek Leśniewski ma poukładane życie - piękną żonę, wielkie mieszkanie, teścia rektora i ciepłą, uniwersytecką posadkę. Wszystko to znika, kiedy Marek zostaje złapany w niedwuznacznej sytuacji ze swoją młodziutką studentką. Nagłe zawalenie się dotychczasowego życia nasz bohater traktuje, jak szansę na realizację młodzieńczych marzeń - kupuje chatę na pustkowiu.Planuje tam wieść spokojnie  życie, przerywane czasem wypadami do pracy, na uniwersytet w Lublinie. Marek przypomina sobie o zarzuconym dawno temu hobby - fotografowaniu ptaków. Wyręby wydają się być idealnym miejscem do realizowania takich pasji.
Marek ma w okolicy tylko jednego sąsiada. Jest nim mrukliwy Antoni Jaszczuk. Cieszy się on w okolicy bardzo złą sławą. Krążą plotki o tym, że przed laty zabił swoją narzeczoną, ale jego ojciec, wysoki rangą działacz partyjny, wybronił go przed więzieniem. Mężczyzna wyraźnie unika kontaktu z nowym sąsiadem. Do tego okazuje się całkowitym dziwakiem - w oknach jego domu przez całe noce widać światło świecy.
Okolica jest cudowna, remont domu Marka przebiega zgodnie z planem, kontakty z przyjacielem z dawnych lat prof. Hubertem Kosmalą są bardzo udane, a i w życiu uczuciowym coś się zmienia. Jednak sytuacja zmienia się, kiedy w domu na Wyrębach pojawia się tajemnicza kobieta, której towarzyszy wołanie puszczyka..
"Dom na Wyrębach" bardzo mi się podobał. Nie z powodu wyrafinowanej fabuły - mam jej sporo do zarzucenia. Przede wszystkim wprowadzanie bardzo interesujących, ale kompletnie niewykorzystanych później elementów np. starego cmentarza, tajemniczej, zniszczonej wioski, mrocznego lasu, czy ruin starych chat. Wszystko to zapowiadało bardzo fajną historię, z elementami mrocznej tajemnicy. Jednak wygląda na to, że autor, po napisaniu połowy książki zmienił nagle zdanie w kwestii zakończenia. Wybrał wersję dość banalną i niezbyt ciekawą. Oczywiście, bardzo cieszę się, że zdecydował się oprzeć swoją powieść na wierzeniach rodzimych, ale lepiej byłoby, gdyby tę decyzję podjął na początku książki, a nie w połowie. Fabuła ma słabe punkty, ale to, co mi się w niej bardzo podoba, to klimat, jak udało się stworzyć Stefanowi Dardzie. To jak opisał proces przeprowadzki i asymilacji Marka w nowym środowisku, opisy okolicy i zachwytu mieszczucha wiejskim życiem, jest mi bardzo bliskie. Mam coś wspólnego z bohaterem tej książki, ja także doceniłabym taki dom na pustkowiu.
"Dom na Wyrębach" to debiut Stefana Dardy. Moim zdaniem ma on spore zadatki na tworzenie fantastycznych powieści. Jego fabuła trochę kuleje, ale ma dar, który bardzo cenię - potrafi wciągnąć czytelnika w kreowany przez siebie świat. To właśnie może go łączyć z wymienianym na okładce Stephenem Kingiem. Jego bohater jest człowiekiem z krwi i kości. Zachowuje się tak, jak pewnie w tej sytuacji zachowałby się każdy z nas, a to sprawia, że staje się on czytelnikowi bardzo bliski.
Bardzo chętnie przeczytam kolejne książki tego autora. Już zamówiłam w bibliotece obie części "Czarnego Wygonu". Pewnie zniknę z nimi na dłuższą chwilę, bo od "Domu na Wyrębach" oderwać się  nie mogłam.

Stefan Darda, Dom na wyrębach, Videograf II, 2008