books on my mind

niedziela, 30 czerwca 2013

Książkowy Szczecin

Weekend obfitował w Szczecinie w wydarzenia w wydarzenia książkowe. Mój zaprzyjaźniony portal SzczecinCzyta.pl organizował II Szczecińskie Spotkania z Książką dla Dzieci i Młodzieży. Mnóstwo atrakcji, warsztatów dla dzieci, no i oczywiście cudne książki. Mój synu zakochał się w większości z nich i musiałam niestety wprowadzić jakieś limity i ograniczenia zakupowe. Synu od razu zachwycił  się kuferkiem z potworami. Skończyło się na kuferku i książce o wampirze. Ta seria ma jeszcze 9 cześci, więc wszystko przed nami. Mnie szczególnie zachwyciła książka "Zróbmy sobie arcydziełko". Książka ta rozwija kreatywność dziecka i przybliża mu podstawy malarstwa. Uczy o malarzach i ich stylu. Świetna sprawa.


Kolejną imprezą, na którą się wybraliśmy była akcja "Książka pod magnoliami" pod egidą Fundacji "Między wierszami". Na pierwszej wymianie byliśmu w zeszłym roku i bardzo nam się podobało (LINK). W tym roku parkowe alejki zamieniono na tajemniczy, pełen zakamarków ogród przy starej willi. Były balony, wata cukrowa, wspólne czytanie bajek, malowanie buziek i wiele innych atrakcji. Byliśmy dość wcześnie, zanim jeszcze wszystko się rozkręciło. Jak zwykle bardzo nam się podobało i spędziliśmy tam przyjemnie czas. Z całą pewnością za rok też się na taką imprezę wybierzemy :)


 



 





wtorek, 25 czerwca 2013

Robert Cichowlas "Wylęgarnia"


Kiedy byłam nastolatką, to pasjami zaczytywałam się w horrorach. Szczególną sympatię miałam dla twórczości Grahama Mastertona. Nawet teraz, po latach nadal mam słabość do opowieści grozy. Wprawdzie krwawe horrory zamieniłam na thrillery, ale prawda jest taka, że nadal lubi się bać. Z wielką przyjemnością zabrałam się za lekturę książki Roberta Cichowlasa.
"Wylęgarnia" to zbiór opowiadań. Każde z nich straszy inaczej. Mamy tu wszystko: zjawy z Cytadeli, duchy w hotelu, ożywianie zmarłych, duch seryjnego mordercy, nawiedzony obraz, brutalnych kosmitów, upiorny pociąg, koszmary w związku i wiele więcej. Każde z nich jest inne - jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, niemniej jednak trudno powiedzieć, że któreś z nich jest słabe. Każde jest przemyślane i dopracowane. Pisząc w gatunku horror trudno uniknąć kiczu, czy przesady. Opowiadania Roberta Cichowlasa świetnie się bronią. Są wyważone i dopracowane. Widać w nich momentami nawiązania do znanych nam już filmów, czy książek, jednak mimo początkowej inspiracji, każdy temat autor wyprowadził po swojemu, w swoim stylu. Każdemu nadał swój charakter.
Nie jestem fanką opowiadań - te które uważam za dobre, to moim zdaniem zmarnowały potencjał na świetną książkę. Rozumiem, że niektórzy wolą takie krótsze formy i jeśli do tego lubią się bać, to "Wylęgarnia" jest stworzona dla nich. Niektóre opowiadania były na tyle sugestywne, że skłoniły mnie do próby poszerzania wiedzy. Miałam nadzieję, że nawiedzony hotel istnieje i mamy do czynienia z legendą miejską. Przyznam, że byłam trochę rozczarowana. 
Wielkim plusem "Wylęgarni" był brak sztampowości. Opowiadania były zróżnicowane, autor nie posługuje się schematem. Widać oczywiście elementy, do których ma słabość, ale nie rzucają się one w oczy. Każde z opowiadań jest inne. Podoba mi się to, że nie kończą się one krwawą jatką. Autor świetnie opanował subtelne pokazywanie koszmaru. Nie musi podpierać się dosłownością. Bawi się niedopowiedzeniem i sugestią. Jednak kiedy trzeba potrafi mocno wstrząsnąć czytelnikiem. 
Nie znałam wcześniej twórczości Roberta Cichowlasa. Teraz jestem do niej bardzo pozytywnie nastawiona i chętnie przeczytam inne książki tego autora. Oczywiście wolałabym "pełnowymiarowe" powieści, w opowiadaniach nie czuję się najlepiej. Wierzę, że pomysłowość pana Roberta jeszcze nie raz nas zaskoczy. Jego wyobraźnia nie ma granic. 
Mówiąc o "Wylęgarni" nie można nie wspomnieć o tym, jak jest wydana. Ma nietypowy, kwadratowy format i ciekawą okładkę. Muszę przyznać, że bardzo mi się to wydanie podoba, a ładne wydanie zwiększa przyjemność czytania.
A i jeszcze jedno - nie sposób nie zachwycić się nazwiskiem pana Cichowlasa. Czyż język polski nie jest piękny?

Robert Cichowlas, Wylęgarnia, Wydawnictwo Forma, 2013
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

czwartek, 20 czerwca 2013

Dorota Kania "Cień tajnych służb"


Tajne służby od zawsze budzą lęk i zaciekawienie. W czasach komunizmu były one wyjątkowo brutalne. Czy jednak w wolnej Polsce są inne? Czy przestrzegają prawa i zawsze działają dla dobra ogółu i każdego z obywateli? Odpowiedzi na te pytania możemy szukać w książce "Cień tajnych służb".
Dorota Kania postanowiła przyjrzeć się najgłośniejszym morderstwom i samobójstwom III RP. Po zestawieniu ich razem zauważyła, że coś je łączy - w każdym z nich brały służby specjalne. Każdy rozdział poświęcony jest innej sprawie. Poznajemy okoliczności śmierci Jaroszewiczów, generała Papały, ministra Dębskiego i jego kuzyna szefa mafii Jeremiasza Barańskiego, Ireneusza Sekuły, Krzysztofa Olewnika, szyfranta Zielonki, Sławomira Petelickiego, Andrzeja Leppera i innych. W zestawieniu tym nie mogło zabraknąć również katastrofy smoleńskiej, a dokładnie epidemii wypadków i samobójstw, która zapanowała między osobami badającymi tę sprawę. W każdej ze spraw autorka przedstawiła historię opisywanej osoby, omówiła też koneksje rodzinne, towarzyskie i biznesowe każdej z nim. Potem przeszła do śmierci. I tak, jak w przypadku niektórych z wymienionych osób okoliczności "samobójstw" są przynajmniej podejrzane, tak w innych przypadkach teoria autorki jest mocno naciągana. Trudno uznać, że wiarygodnym dowodem na to, że ktoś nie popełnił samobójstwa jest fakt, że osoba ta w opinii bliskich, czy współpracowników tryskała optymizmem i snuła plany na przyszłość. Myślę, że kiedy mamy do czynienia z  osobami z depresją, to nie jest to absolutnie żaden dowód. Czasem też autorka zdawała się nie dostrzegać sprzeczności, jakie sama pisze.
Dorota Kania pisze, że ogranicza się tylko do przedstawienia faktów, a ocenę ich zostawia czytelnikowi. Nie zgadzam się z tym. Oczywistym jest, że sposób pokazania faktów ma wpływ na ich odbiór. Świetnym dowodem na to, jest odbiór książki przez czytelnika, który wie o reputacji pani Kani i o procesach  o zniesławienie, które jej wytoczono. Mnie osobiście oburza przeprowadzona przez Dorotę Kanię akcja lustrowania przez nią rodziców popularnych dziennikarzy. Uważam, że każdy z nas pracuje na swoją reputację i wiarygodność. Czyny rodziców nie podważają mojego szacunku do zaatakowanych dziennikarzy, za to dużo mówią o wiarygodności pani Kani. Wierzę, że część układów, o których pisze autorka nie miało wpływu na śmierć jej bohaterów. Teorie o spisku wobec niektórych osób uważam za mocno naciągane. No ale, oczywiście nie jestem specjalistą w tym temacie i nie widziałam dokumentów, na które powołuje się pani Kania.
Niezależnie od wątpliwości, jakie po lekturze miałam w stosunku do oceny faktów przez panią Kanię, to jedno trzeba przyznać - polskie elity polityczne i biznesowe przedstawiają się co najmniej przerażająco. Sieć powiązań i wzajemnych zależności stawia pod znakiem zapytania czystość intencji niektórych polityków. Nie wiem, czy do polityki dojście mają tylko podejrzanie ustosunkowane osoby, czy też może władza degeneruje. Chciałabym wierzyć, że są w Polsce jeszcze uczciwi przedstawiciele narodu.




Dorota Kania, Cień tajnych służb, Wydawnictwo M, 2013

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Stephen King "Joyland"


Fanką Stephena Kinga jestem stosunkowo od niedawna. Pierwsza książka jego autorstwa, którą przeczytałam, to "Dallas '63". Zachwyciła mnie ona klimatem małego miasteczka. Dzięki Kingowi moim marzeniem jest zalezienie króliczej nory i spędzenie bez wyrzutów sumienia spokojnej jesieni nad jeziorem w Maine. Nie mogłam się doczekać nowej książki Kinga - tym bardziej, że wiedziałam, że tym razem mistrz horroru skupił się na warstwie obyczajowej i postanowił nas nie straszyć. 
Devin Jones ma 21 lat, kredyt studencki i złamane serce. Podejmuje decyjzę o spędzeniu lata na pracy w wesołym miasteczku o nazwie Joyland. Nie jest to nowoczesny park rozrywki, a lunapark w starym stylu. Obowiązuje w nim jedna zasada: Sprzedajemy zabawę. Dla chłopaka to idealne miejsce. Świetnie odnajduje się w pracy, zaprzyjaźnia się ze współlokatorami, a nawet udaje mu się podbudować swoją wiarę w siebie. Czuje, że czas zrobić sobie przerwę od studiów, zapomnieć byłej dziewczynie i odnaleźć siebie. Kiedy więc kończy się sezon, Devin postanawia zostać w Joyland. Czym byłby park rozrywki bez tajemnicy. Joyland też taką ma - jest to tajemnicze morderstwo, którego ofiarą padła młoda dziewczyna. Jej ciało znaleziono w Strasznym Dworze. Od tej pory podobno widywany jest tam jej duch. Devin czuje jakiś związek z nieszczęśliwą dziewczyną i bardzo chce ją spotkać. Wkrótce poznaje też chłopca z psem - Mike i jego smutną mamę. Jaki wpływ będzie miała ta znajomość na wyjaśnienie zagadki ducha ze Strasznego Dworu?
Rozumiem, że celem Kinga było przedstawienie świata wesołych miasteczek i ten cel osiągnął. To właśnie Joyland jest głównym bohaterem tej powieści, to na nim skupił się autor. Wszystkie stworzone przez Kinga postacie są bardzo żywe i dobrze nakreślone - nawet te, którym poświęca kilka zdań. Polubiłam jego bohaterów - zazwyczaj ich lubię. Nie przepadam za zmianami w życiu, lubię jasne zasady, ład i porządek. Cenię sobie poukładanych ludzi. Właśnie takich bohaterów serwuje mi King - bardzo ludzkich i porządnych. Nawet niespodziewane sytuacje w ich życiu nie zmieniają ich zasad moralnych. Taki też jest Devin. Przyjacielski, pomocny, porządny i lubiany. 
No cóż.. King jest i pozostanie mistrzem w operowaniu nastrojem. Tak, jak zachwyciło mnie senne miasteczko z lat 60., tak też nie mogłam oprzeć się parkowi rozrywki w starym stylu. Jednak mam wrażenie, że tym razem King przebiegł trochę po wierzchu tematu. Jego opowieść jest ciekawa i wciągająca. Czyta się ją z wielka przyjemnością i błyskawicznie. Jednak po skończeniu tej książki czułam pewien niedostyt. Rozumiem, że wątek paranormalny pojawia się tu jako poboczny, jednak w tak skrótowym wydaniu King mógł spokojnie z niego zrezygnować. To, czym King zachwycał mnie do tej pory zniknęło. Tu nie ma stopiowego zagłębiania się w kreowany przez autora świat. 
King ostatnio przyzwyczaił nas do wielkich tomisk. W przypadku "Joyland" jest inaczej. Ta powieść liczy sobie 340 stron. Do tego czcionka, której użył wydawca była tak duża, że mogłam ją czytać i bez okularów. Gdyby nie te zabiegi książka byłaby o połowę cieńsza. 
Czy warto czytać "Joyland"? Oczywiście, że warto! Mimo słabych stron, przeczytałam ją jednym tchem. Nie mogłam się od niej oderwać. King nadal pozostaje królem, a jedna ciut słabsza książka tylko pokazuje nam, jak dobre były poprzednie. Dlatego też jestem pewna, że kolejne książki tego autora z całą pewnością zawitają w mojej biblioteczce. 

Stephen King, Joyland, Prószyński i S-ka, 2013
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl