books on my mind

wtorek, 30 lipca 2013

Przemysław Borkowski "Hotel Zaświat"


Bardzo cieszę się, że coraz więcej polskich autorów próbuje swoich sił w literaturze grozy. Jeśli do tego udaje im się stworzyć niezłą książkę, to moja radość jest jeszcze większa. W książce Przemysława Borkowskiego "Hotel Zaświat" zakochałam się od pierwszego wejrzenia na jej okładkę. Po przeczytaniu z wielką przyjemnością mogę stwierdzić, że nie rozczarowałam się. 
Krzysztof Rozkroczny pochodzi z małej miejscowość. Teraz jednak widzie spokojne życie w mieście. Ma żonę, dzieci, satysfakcjonującą pracę. Jego mama przeniosła się ze wsi do syna, żeby być bliżej wnuków. Rodzinny dom Rozkrocznych stoi opuszczony i niszczeje. Najwyższy czas zamknąć ten etap życia, sprzedać go i zakończyć sprawy z nim związane. Dlatego też Krzysztof bierze urlop i jedzie na wieś. Ma przygotować dom do sprzedaży. A budynek ten nie jest zwykły. Budowany z przeznaczeniem na szkołę, mający wiele pomieszczeń, wielkie okna z widokiem na rzekę, pełen wspomnień z dzieciństwa, zapomnianych opowieści i przedmiotów. Mieszanka ta wprawia Krzysztofa w dziwny, nostalgiczny i dość mroczny nastrój. Znaleziona przez niego w pobliskiej rzece ludzka ręka potęguje niepokojącą atmosferę. Dlatego też Rozkroczny z ulgą korzysta z oferty opuszczenia domu i przeniesienia się do miejscowego hotelu. Nie wie jeszcze, że prawdziwy koszmar dopiero się zacznie. 
"Hotel Zaświat" jest zgrabną mieszanką gatunków literackich. Mamy tu powieść gotycką, powieść grozy, thriller, powieść szkatułkową i kryminał z wątkami obyczajowymi. Autor z wielka wprawą wprowadza nas w klimat sielskiej wsi, która ukrywa wiele tajemnic, historii, strachu  i lęku. Tak jak Krzysztof, tak i my dajemy wciągać się wszechobecnemu szaleństwu. Mamy tu opuszczony hotel, w którym nocami słychać przerażające zawodzenie, mamy miejscowego pijaka, który podobno czasem zamienia się w niedźwiedzia, jest też dziwny genialny chłopiec, który zawsze pojawia się niespodziewanie i w najmniej odpowiednim momencie. W miejscowym kościele znaleźć można pogański labirynt, a hotel zbudowany jest na fundamentach zamku krzyżackiego. W tej miejscowości nawet jedyny stróż prawa jest dziwny. Autor starannie buduje napięcie i krok po kroku wciąga nas w surrealizm. 
Zachwyciła mnie rodzinna wieś Krzysztofa. Ciche, spokojne miejsce, położone nad malowniczym jeziorem. Bardzo chętnie kupiłabym od niego dom i spędziła w nim uroczą, kolorową jesień. Odpowiada mi leniwy, niespieszny sposób prowadzenia narracji. Bardzo podobają mi się opowieści szkatułkowe umieszczone w tekście, chociaż nieco trudno mi sobie wyobrazić człowieka, który mówi tak, jak hotelarz Wrona. Muszę jednak przyznać, że zakończenie nieco mnie rozczarowało - spodziewałam się czegoś nieco innego.
Przemysław Borkowski napisał dobrą książkę i chętnie przeczytam inne jego powieści. Mam nadzieję, że pójdzie w kierunku grozy i będziemy mieli swojego polskiego mistrza gatunku i książki umiejscowione w naszych realiach. "Hotel Zaświat" czyta się świetnie, chociaż teraz myślę, że gdybym czytała ją podczas jesiennej pluchy, to uznałabym ją za idealną. 

Przemysław Borkowski, Hotel Zaświat, Oficynka, 2013
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

niedziela, 28 lipca 2013

Agnieszka Pruska "Literat"


Każdy miłośnik kryminałów, po przeczytaniu odpowiedniej ich liczby, ma pewne wyobrażenia kryminału idealnego. Zawsze może przyjść moment, kiedy najdzie ich chęć stworzenia takiego. Niektórzy z nich kończą kursy kreatywnego pisania, np. Camilla Lackberg, inni po prostu spisują co im w duszy gra. Jednak jedno trzeba wiedzieć, żeby napisać dobrą, pasjonującą i porywającą książkę, to sam zarys pomysłu, chęci a nawet poprawność warsztatowa nie wystarczą. Żeby pisać świetne książki trzeba mieć to nieuchwytne COŚ - talent i charyzmę. Tylko dzięki nim możemy stworzyć opowieść, która porwie czytelników. 
Gdzieś pomiędzy Sopotem a Gdańskiem pewien poranny biegacz znajduje mumię. Zgłasza sprawę policji, która niezwłoczne podejmuje śledztwo. Dowodzi nim Barnaba Uszkier (skąd taki wymyślny pomysł na nazwisko?). Uszkier nie jest typowym książkowym policjantem. Nie jest alkoholikiem, praca w tym zawodzie nie wywiera na nim szczególnego piętna. Jest szczęśliwym mężem bogatej żony i ojcem dwóch uroczych synów. Jest świetny w swojej pracy, a sprawa mumii może stać się jego pierwszym potknięciem. Trudno znaleźć sprawcę, który tak dobrze zatarł ślady. Jednak nie jest to ostatnie słowo mordercy. Wkrótce przez Gdańsk przetacza się fala dziwnych zbrodni. Czy Uszkiertowi uda się znaleźć ich sprawcę?
Mam co do tej książki mieszane uczucia. Z jednej strony napisana jest w miarę sprawnie, a czytanie jej jest łatwe i przyjemne. Z drugiej fabuła zawiera wiele niedopracowań i nielogiczności. Sam pomysł wprowadzenia rozdziałów z monologami mordercy jest delikatnie mówiąc nieudany. Już pierwsze zdania o "robieniu sobie mumii" ubawiły mnie i raczej zniechęcały do dalszej lektury. Niektórzy narzekają, że opisana praca policji jest nudna, że poszukiwania, oczekiwanie na wyniki i burze mózgów nużą i męczą. Zupełnie mi one nie przeszkadzały, bo zdaję sobie sprawę z tego, jak praca ta wygląda w rzeczywistości. Za to zupełnie odrzuca mnie wątek biblioteczny, od którego pochodzi tytuł powieści. Kółko miłośników kryminału, spotkania z autorami i w końcu pomoc od ciotki wyglądają na tekstowe zapchajdziury. Wątek biblioteczny jest słabo wykorzystany - a szkoda. Można było go rozwinąć i mógł stać się zabawną częścią powieści. Niestety tak się nie stało. 
"Literata" czyta się przyjemnie, jednak nie wciąga on na tyle, żeby nie móc się od niego oderwać. Można powiedzieć, ze przecież to debiut pani Agnieszki i wszystko jeszcze przed nią. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Przecież książki Camilli Lackberg sprzedają się jak świeże bułeczki, a mam wobec nich dokładnie te same odczucia, jak do książki pani Agnieszki. Niby wszystko ok, niby poprawnie, ale książce brakuje tego czegoś, tej iskry, która zmienia zwykłą powieść, w niezwykłe przeżycie. Nie mam wątpliwości co do tego, że pani Agnieszka rozwinie się warsztatowo i będzie w stanie tworzyć niezłe kryminały. Czy jednak wzbudzą one zachwyt u szerokich rzesz odbiorców, tego już nie wiem.
"Literat" Agnieszki Pruskiej to miła, nie wymagająca skupienia lektura na letnie wypady. Świetnie sprawdzi się w pociągu i na plaży. Nie sprawi, że zarwiemy przez nią noc, ale z pewnością miło i sympatycznie spędzimy z nią czas.

Agnieszka Pruska, Literat, Oficynka, 2013
Recenzja dla SzczecinCzyta.pl

wtorek, 23 lipca 2013

Paweł Lisicki "Kto zabił Jezusa?"


Dziennikarz Paweł Lisiecki napisał interesującą książkę "Kto zabił Jezusa?". W pracy tej  mierzy się z tematami poważnym, dotyczącymi problemów biblijnych - głównie tego, kto ponosi odpowiedzialność za skazanie i ukrzyżowanie Jezusa. Temat ten można byłoby uznać za nieszczególnie istotny dla współczesnego człowieka. Nic bardziej mylnego - wystarczy przypomnieć sobie Holocaust i wypowiadane pod adresem Żydów pogardliwe "zabójcy Chrystusa". Jak to możliwe, że kwestia tak wdawałoby się błaha, jak to, kto stał pod krzyżem urosła do rangi problemu politycznego i światopoglądowego? Jak możliwe jest, że pod pretekstem odpowiedzialności za grzech sprzed 2000 lat wymordowano w czasie II wojny światowej 6 milionów Żydów? Z tym problemem właśnie postanowił zmierzyć się autor.
Przyznam szczerze, że mam spory problem z książką Pawła Lisickiego. Myślałam, że jestem w stanie przyjąć stricte katolicki punkt widzenia i ze spokojem przeczytać książkę. Tak jednak nie jest. Denerwować zaczęłam się już w czasie przedmowy autorstwa księdza profesora Waldemara Chrostowskiego. Potem było coraz gorzej. Nie jestem w stanie przyjąć rozważań w tej formie - nie mogę tłumaczyć, czy usprawiedliwiać antysemityzmu i co za tym idzie Holocaustu odpowiedzialnością za wyrok sprzed wieków. Nie jestem biblistką, nie jestem też historykiem, jednak pewne wnioski nasuwają się same. Nie ma znaczenia kto ponosi odpowiedzialność za śmierć Jezusa, przecież była ona częścią przymierza pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Bóg złożył swojego syna w ofierze za grzechy wszystkich ludzi. Taki był jego plan. Jezus narodził się jako Żyd i w tym narodzie żył. Kwestionował władzę ówczesnych kapłanów, podważał ich autorytet. Założył własną sektę, która odcinała się od władz. Nazywał się Synem Bożym, co w oczach kapłanów było wielkim bluźnierstwem. Nigdy nie uznano go za Mesjasza - Żydzi do tej pory czekają na zbawiciela. Co dziwnego, czy złego było w fakcie, że uczestniczyli w procesie osoby, którą uznawali za bluźniercę? Co sprawiło, że Żydzi przez 2 tysiące lat mają za to płacić, ponosząc przy tym odpowiedzialność zbiorową? Nic. Patrząc na temat z innej strony, to czy jeśli śmierć Jezusa na krzyżu była częścią planu boskiego, to czy Żydzi byli sprawcami czy narzędziami? Czy takie szukanie winnego do czegoś prowadzi? Moim zdaniem jest źródłem nienawiści i nietolerancji.
Druga sprawa. Pan Lisiecki tłumaczy, że nie wolno w imię poprawności poholocaustowej zdejmować z Żydów odpowiedzialności za śmierć Jezusa. Tłumaczy, że należy odłożyć własne odczucia i zająć się faktami historycznymi. No i tu po raz kolejny budzi się we mnie opór - przecież nie ma żadnych niechrześcijańskich dowodów na to, że Jezus żył i został ukrzyżowany. Jedyne na czym możemy się opierać to Biblia i pisma chrześcijańskie. Historycy mają sporo zastrzeżeń do ich autentyczności i rzetelności historycznej. Mało tego ewangelie były spisywane długo po tym, jak rzekomo umarł Jezus. Jak można na tak niepewnej podstawie wysnuwać wnioski, które doprowadziły do wojen religijnych i ludobójstwa? O jakich faktach historycznych mówimy? Jedyne co pozostaje faktem to istnienie Biblii i jej właśnie badaniem zajmują się bibliści. Jednak trudno w jej przypadku mówić o wiarygodności historycznej. 
I jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się w oczy już na początku książki - autor podważa tezy papieża Benedykta XVI zawarte w książce "Jezus z Nazaretu". Wszystko we mnie krzyczy: A gdzie dogmat o nieomylności papieża? Mimo wszystko więcej zaufania w kwestiach moralnych, etycznych i religijnych mam do Benedykta XVI. 
Paweł Lisicki wykonał wielką pracę. Pozbierał opinie specjalistów, przeprowadził z nimi rzeczowe, konstruktywne polemiki. Mimo, iż trudno mi spokojnie przyjmować jego wnioski, to nie mogę nie szanować włożonej w niego pracy. Lektura ta skłoniła mnie do przemyślenia pewnych kwestii skuteczniej niż niejedno kościelne kazanie. Dlatego uważam, że warto było. Nie chciałabym tylko, żeby książka ta stała się pożywką dla środowisk, które zinterpretują ją w swój pełen nienawiści sposób. 




Paweł Lisicki, Kto zabił Jezusa?, Wydawnictwo M, 2013

poniedziałek, 22 lipca 2013

Jessica Brody "52 powody dla kltórych nienawidzę mojego ojca"



Życie bogatej dziedziczki i celebrytki bywa męczące. Zakupy, imprezy w towarzystwie gwiazd, podróże, paparazzi. Mało tego biuro prasowe bogatego i znanego ojca ciągle czegoś od ciebie wymaga. A to żeby się porządnie zachowywać, a to żeby nie pić, a to, żeby nie dawać pożywki plotkarskiej prasie, a za to pozować do ustawianych rodzinnych zdjęć. No i ciągle jakieś pretensje - że się za ostro imprezowało, albo że się wsiadło pijanym za kierownicę i rozbiło nowiutkiego mercedesa. A co to taki mercedes? Przecież można kupić nowego. Jakie to szczęście, że się ma fundusz powierniczy na 25 milionów i 4 dni do jego uruchomienia. Od tego dnia czeka juz tylko pełna niezależność i wolność. Nikt nie powie ci co masz robić i jak masz żyć. Cudownie. 
Takie właśnie szczęście czeka bohaterkę książki Jessiki Brody - Lexi. I kiedy wydaje się, że wszystko idzie zgodnie z planem, ojciec Lexi zmienia zasady gry. Postanawia opóźnić o rok wydanie córce pieniędzy. Ale to nie wszystko - dziewczyna dostaje też listę 52 słabopłatnych prac, które ma wykonywać przez ten rok. Jej karty kredytowe zostają zamrożone, traci dostęp do samochodów i samolotów. Dostaje za  to "anioła stróża" w postaci Luka. Jego zadaniem jest dopilnowanie, żeby Lexi wykonała wszystkie powierzone jej przez ojca zadania. Do tego straszny z niego służbista i sztywniak. No i jak tu lubić Luka?
Muszę przyznać, że czytając "52 powody dla których nienawidzę swojego ojca" dobrze się bawiłam. Nie jest to lektura ambitna, a lekkie czytadło na upalny dzień. I jako takie sprawdza się idealnie. Kontekst moralizatorski nie jest przez autorkę promowany nachalnie. Oczywiście łatwo przewidzieć, jak skończy się przemiana dziedziczki w Kopciuszka i z góry wiadomo, czy ojcu uda się osiągnąć zamierzony cel, jednak opowieść poprowadzona jest tak zgrabnie, że ta przewidywalność nie razi i nie irytuje. Trochę obawiałam się, czy lektura mnie nie zmeczy, jednak muszę przyznać, że miło mnie zaskoczyła - przeczytałam tę książkę w jedno popołudnie. Jestem też przekonana, że książka wkrótce zostanie sfilmowana, tak więc historię Lexi będziemy mogli poznać również na ekranie. 
Nie polecę tej książki miłośnikom ambitnej prozy, polecę ją komuś, kto chciałby odpocząć przy lekkiej, niezobowiązującej i zabawnej lekturze. To dobry wybór na plażę, na poimprezowe zmęczenie czy na niezbyt długą podróż. Bo któż z nas czasem nie przegląda Pudelka? 


Jessica Brody, 52 powody dla których nienawidzę mojego ojca, Fabryka słów, 2013